Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musisz to znać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musisz to znać. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2009

Mały Esz Esz - Bez Zabezpieczeń

Małego Esz Esz poznałem jakieś 2 lata temu, kiedy to na fali zainteresowania Jimsonem usłyszałem "Kwiatki, Łączki i Miłość" z jego gościnnym udziałem. Szybko spodobał mi się "chill-outowe" flow oraz luzacki głos. Od razu sprawdziłem "Bez Zabezpieczeń", czyli wydane na legalu solo Esz Esza. Wiecie, młody byłem, ledwo dotrwałem do outra. Mimo wszystko, już wtedy stwierdziłem, że było cholernie warto. Jakie tam rzeczy dzieją się w "Ukrytym Bonus Tracku"! Przez te 2 lata członek Szybkiego Szmalu istniał w mojej głowie tylko z uwagi właśnie na ten kawałek oraz wcześniej wspomniany numer nagrany z Jimsonem. Wreszcie jednak postanowiłem dać "Bez Zabezpieczeń" jeszcze jedną szansę.

Z czego bardzo się cieszę. Przez te 2 lata moje gusta mocno ewoluowały, stały się jakby bardziej tolerancyjne, zwłaszcza dla rapowych produkcji z krajowego podwórka. Pojąłem, że co do solo Esz Esza bardzo się myliłem. Umówmy się, nie jest to żaden klasyk, ale naprawdę bardzo dobra płyta. Niestety mocno niedoceniona - i to nie tylko przeze mnie. Plusy albumu można mnożyć. Przede wszystkim na największe oklaski zasługuje jego autor. O dobrych umiejętnościach i predyspozycjach wspomniałem już we wstępie. Najważniejsze jest jednak to, że Esz Esz potrafi zainteresować słuchacza również przekazywaną treścią. Choć czasem zgrywa cwaniaka, to na ogół wypada jednak jako normalny, całkowicie zwyczajny gość z głową na karku. Podobać się może jego stuprocentowa szczerość, romantyczne podejście do miłości oraz zdrowe poglądy. Na płycie znajdziemy dużo emocji i wiele trafnych wersów, które spokojnie można podpiąć pod swoje, powstające na bieżąco sytuacje życiowe.

Produkcją "Bez Zabezpieczeń" w głównej mierze zajął się Szogun, beatmaker Szybkiego Szmalu, znany przede wszystkim ze skomponowania "Muzyki Rozrywkowej" Pezeta. Solo Esz Esza to jednak całkowicie inne klimaty - dominuje ciepła, miła dla ucha muzyka, oparta na świetnych skądinąd samplach. Warto dodać, że choć beaty są w pewnym stopniu zróżnicowane, to mimo tego Szogunowi udało się utrzymać jakże ważny efekt spójności. Swoje zrobili też DJ Delta oraz Malin - autor remiksu utworu "Liczę do 3". Nie można też zapominać o gościnnych występach innych raperów - świetnie zaprezentował się W.E.N.A. ("Wolność" to w ogóle jeden z ciekawszych numerów z płyty), nieźle Pezet ("Znajdź odpowiedź" to akurat mój faworyt), zaś znajomi z Szybkiego Szmalu (Proceente, Emazet, Łysonżi i Cech) na ogół poprawnie, acz bez szału. Natomiast w refrenach gdzieniegdzie usłyszymy śpiew Karoliny G. oraz Lerka. Tego drugiego można było sobie darować - szczerze mówiąc zupełnie nie podoba mi się jego głos.

Tak jak już pisałem - solo Małego Esz Esza zostało niedocenione przez wielu. "Bez Zabezpieczeń" to płyta na bardzo wysokim poziomie. Może nie dla każdego, może nie potrafi oczarować od pierwszego odsłuchu, ale jak już w końcu zaskoczy... Pełno genialnych, trafiających w sedno (niekoniecznie rewelacyjnie złożonych) linijek, tony emocji i szczerości. Z mojej strony pozostaje tylko jeszcze raz gorąco polecić "Bez Zabezpieczeń". Jeśli lubicie tego typu klimaty, a nie znacie jeszcze tej płyty, to pewnie będziecie mi dziękować za to, że o niej napisałem.

Ocena: 8/10

wtorek, 28 lipca 2009

Ortega Cartel - Nic się nie dzieje

W moim prywatnym rankingu płyt wydanych w 2007 roku "Nic się nie dzieje" Ortegi Cartel zajęło 4. miejsce, najwyższe spośród wszystkich podziemnych wydawnictw. Nie wiem, jak takie zestawienie prezentowało by się dzisiaj, w końcu poznałem mnóstwo dobrych albumów sprzed 2 lat, lecz jestem pewien, że patr00 i PiterPits znów uplasowaliby się w czołówce. Wczoraj swoją premierę miała re-edycja krążka, który początkowo został wydany w małym nakładzie, a przecież na fali popularności "Lavoramy" liczba chętnych na "Nic się nie dzieje" mocno skoczyła do góry.

Trzeci longplay Ortegi Cartel i – zarazem – czwarty upubliczniony materiał duetu z Kanady zawiera aż 35 kawałków. Warto jednak zaznaczyć, że większość z nich to raczej krótkie twory, ich runtime rzadko kiedy dobija do "eurowizyjnych" trzech minut. Mnóstwo (moim zdaniem nieco za dużo) jest skitów, również tych instrumentalnych.

U Ortegi zawsze liczył się przede wszystkim luźny klimat i pod tym względem "Nic się nie dzieje" nie zawodzi. To, że patr00 i PiterPits doskonale kumają swoją filozofię, nikogo nie dziwi. Świetnie zrozumieli ją jednak również goście. Wprawdzie nie słyszymy tu gwiazd pokroju Tede i Ostrego jak na "Lavoramie", lecz wciąż znajdziemy dobrych raperów, którzy w dodatku czują dokładnie ten sam klimat i tę samą zajawkę co chłopaki z Montrealu. Pierrot, Finker, Reno i Kanadyjczyk Jesse Maxwell – wszystkich ich powinniście doskonale kojarzyć. Nieco bardziej rozkminkowo i pesymistycznie popłynął Mielzky, ale akurat w jego przypadku nie powinno to dziwić. Co więcej, Mielon przy tym wypadł chyba najlepiej na płycie. No, może obok Pierrota, którego celne linijki w "Czystej.33" po prostu rozkładają mnie na łopatki, choć nie są to raczej wysoce ambitne teksty.

"Nic się nie dzieje" to również patr00 w znakomitej, producenckiej formie. Co jak co, ale to, że mieszkaniec Montrealu trzaska świetnie bity, było wiadomo jeszcze przed wydaniem "Season One" The Jonesz, nie mówiąc już o "Lavoramie". Urodzony w Sztumie producent przygotował nam mieszankę różnorodnych, gęsto samplowanych bitów – na trzeciej płycie długogrającej Ortegi znajdziemy zarówno te spokojniejsze rytmy, jak i nieco żywsze brzmienia. Słuchacz utrzymany jest jednak w przekonaniu, że całość jest spójna i trzyma się jednego klimatu. Mówiąc inaczej, otrzymaliśmy od patr00 znakomity prezent – urozmaicony materiał bez wrażenia – nazwijmy to – "składankowatości".

Sama re-edycja "Nic się nie dzieje" to oczywiście nie tylko dotłoczenie kolejnych egzemplarzy albumu – nowy nakład pociągnął za sobą zmiany w samym wydaniu. Teraz krążek prezentuje się doprawdy doskonale! Przypomnijmy, że początkowo płyta była wydana w dość niecodzienny sposób, bo na wysokiej jakości, polakierowanym papierze, do którego doczepiono cedek. Nowa wersja to już porządny, gruby digipack w stylu tym od "Lavoramy" z klimatyczną wkładką-książeczką. Myślę, że gdybym teraz robił zestawienie najlepiej wydanych polskich płyt w mojej kolekcji, to miejsce na pudle przypadłoby właśnie dla "Nic się nie dzieje" – pierwszorzędna robota!

Ortega Cartel jest dla mnie synonimem luźnego, zajawkowego rapu na wysokim poziomie. Nie mówię tu oczywiście o dwóch pierwszych materiałach wypuszczonych przez patr00 i PiterPitsa, ale od czasu "Podziemnego Disco" duet z Kanady trzyma się naprawdę nieźle i progresuje z roku na rok, czego sukces "Lavoramy" jest najlepszym dowodem. "Nic się nie dzieje" jest niby trochę gorsze, lecz stawiam mu dokładnie taką samą ocenę. Choćby dlatego, że 2 lata temu możliwości mieszkańcy Montrealu mieli po prostu mniejsze. Gorąco polecam – łapcie za re-edycje, póki jeszcze można. A jak już nie chcecie płacić, to ściągajcie z neta – w końcu można to zrobić za darmo i legalnie.

Ocena: 9/10

wtorek, 7 lipca 2009

Maleo Reggae Rockers - Reggaemova

Tydzień poprzedzający gorzowski festiwal Reggae nad Wartą to - jak już wczoraj pisałem - idealny czas na przybliżenie kilku (kto wie ilu, może tylko dwóch), naprawdę dobrych krążków, reprezentujących wywodzący się z Jamajki gatunek muzyki. Wczoraj było o wybuchowej mieszance reggae i ska z Radomia, czyli grupie Alicetea i jej albumie "Muzyka Moja Broń". Natomiast dziś, jak w każdy wtorek, przyszła pora na album, który po prostu musicie znać. Taką płytą jest właśnie "Reggaemova" Maleo Reggae Rockers. Może to nie żaden klasyk jak wydawnictwa Izraela bądź Daabu, lecz moim zdaniem jest on pewnym wyznacznikiem tego, co działo się na polskiej scenie w ostatnich latach.

Album "Reggaemova" miał swoją premierę w 2006 roku i był to drugi studyjny krążek formacji. No, trochę tu może naciągam fakty, ale teraz nie pora na ilustrowanie historii zespołu. Musicie tylko wiedzieć, że Maleo Reggae Rockers to grupa skupiona wokół osoby Darka Malejonka, pseudonim Maleo - znakomitego wokalisty i gitarzysty. Jeśli zaglądacie na tego bloga tylko ze względu na wpisy związane z hip-hopem, to tak czy siak powinniście go kojarzyć. Pojawił się on bowiem u boku Dużego Pe w kawałku "Zion" z płyty "Sinus". Już tam w refrenie pokazał swoje niezwykle wysokie umiejętności wokalne, zatem możecie być wręcz pewni, że na swoim najnowszym albumie Darek Malejonek spisał się co najmniej równie dobrze (prawda jest taka, iż wypadł jeszcze lepiej). Warto jeszcze dodać, że większość składu Maleo Reggae Rockers oparto na muzykach z legendarnej kapeli Bakshish.

"Reggamova" to album przepełniony pozytywną wibracją oraz bujającymi, choc nie zawsze skocznymi, rytmami. Pod względem muzycznym spodobał mi się dosłownie każdy numer - wprawdzie wyróżnić mógłbym chociażby kawałek "Rise Up", zważywszy na występującą w nim gitarę akustyczną, acz zalet z pewnością doszukałbym się również w pozostałych utworach. Brzmienie wzbogacono tekstami z refrenami, które szybko wpadają w ucho i nie są przy tym przesadnie infantylne. Liryczna strona albumu jest o tyle ciekawa, że z jednej strony wydawać się może przyjemna, lekka i łatwa do przyswojenia, a z drugiej - wręcz przeciwnie, kipi z niej zaangażowaniem, zwróceniem uwagi na problemy współczesnego świata (i nie mam tu na myśli tych politycznych, ale przede wszystkim tych społecznych) oraz chęcią przekazania i promowania wartości jak najbardziej pozytywnych, z czego reggae przecież słynie.

Nie muszę chyba mówić, że taki materiał świetnie wypada na koncertach. Wiem to doskonale, w końcu przy Maleo Reggae Rockers na żywo bawiłem się co najmniej 2 razy - co najlepsze, za każdym razem równie dobrze. Duża w tym zasługa wpadających w ucho refrenów, o których wspominałem przed chwilą. Za pierwszym razem nie znałem bowiem ani jednej piosenki zespołu, lecz, mimo tego, śpiewałem wraz z całą publicznością. Nawiasem mówiąc, umiejętności wokalne samego Darka Malejonka podziwiałem 3 razy. W końcu pojawił się on na chwilę u boku Kazika podczas koncertu KNŻ - odśpiewał wtedy swoje i zszedł ze sceny.

Jeśli już zahaczyliśmy o takie gościnne występy, to nie można zapomnieć o wzbogacających "Reggamovę" featuringach. Spory wpływ na odbiór płyty miał King Lover (słyszymy go w aż 3 piosenkach) oraz duet znany z warszawskiego Vavamuffin, a mianowicie Reggaenerator oraz Pablopavo. Razem pojawili w kawałku tytułowym, zaś każdy z osobna zaliczył jeszcze po jednym utworze. Fanów rapu na pewno zainteresuje numer "Żyję w tym mieście", gdzie gościnnie wystąpili Vienio i Pele - spisali się nieźle, choć takie kolaboracje, gdzie MC's stoją na drugim planie, raczej zawsze pozostawiają po sobie spory niedosyt. Warto jeszcze dodać, że w tym samym kawałku słyszymy również syna Darka Malejonka, Maleo Juniora, który urzeka swoim sympatycznym, dziecinnym głosikiem.

Trudno mi zdecydować, czy "Reggaemova" to istna rewelacja, czy może po prostu "tylko" bardzo dobry album. To nie jest mój gatunek muzyki, nie siedzę w nim do końca na bieżąco, więc ocenę liczbową proszę traktować z małym przymrużeniem oka. Wiem, że jest to porządny materiał. Materiał, który w dodatku znakomicie się sprawdza się podczas występów na żywo. Takie utwory jak tytułowa "Reggaemova", "Chant 2006", "Hasanoga", "Ostrożnie", "Serce Człowieka" oraz "Kochać albo żyć" to koncertowe bomby - zawsze bawiłem się przy nich znakomicie. Polecam więc nie tylko sam album, ale również koncert, na który podczas tego lata będzie pewnie łatwo trafić - w końcu festiwali reggae w Polsce mamy teraz naprawdę sporo. Szkoda tylko, że Maleo Reggae Rockers zabraknie na tegorocznym Reggae nad Wartą...

Ocena: 9/10