Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuły. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2009

Reggae nad Wartą 2009 - dzień 2 (na szybko)

1. Drugi dzień Reggae nad Wartą 2009 rozpoczął się dla mnie nieco wcześniej niż dla innych, bo już w okolicach 16:00, kiedy to swoją próbę w gorzowskim amfiteatrze miała Masala. W momencie, gdy Duże Pe nie był potrzebny na scenie, przeprowadzałem z nim wywiad, czego efekty zobaczycie w najbliższym czasie (nie będę tu rzucał terminami, bo szczerze mówiąc zapisu rozmowy nawet jeszcze nie odsłuchałem, zaraz się jednak za to zabiorę). W każdym razie, próba Masali na pewno narobiła mi sporego apetytu na to, co może dziać się podczas koncertu.

2. Najpierw wystąpiło jednak zielonogórskie Mate. Choć koncert zespołu z drugiej stolicy województwa lubuskiego w Gorzowie Wielkopolskim z góry skazany jest na niepowodzenie, to nie mogę powiedzieć, że grał on źle. Jasne, nie było to nic wielkiego, ani nic powalającego. Mate spisało się świetnie jako zespół, który miał za zadanie otworzyć drugi dzień RnW, a przy okazji rozruszać publiczność. I na pewno udało mu się to lepiej, niż 24 godziny wcześniej miejscowej Cresce. Niestety, w odwiecznej wojnie między Zieloną Górą a Gorzowem, tym razem pierwsze z wymienionych miast było górą. Swoją drogą, występ Mate pokazał, że muzyka reggae ma za zadanie łączyć, a nie dzielić, bowiem obyło się bez nieprzyjemnych incydentów, które przecież czasem, zwłaszcza w takich sytuacjach, występują. Ba, sporo osób bawiło się znakomicie.

3. Następnie sceną zawładnęła Cała Góra Barwinków - bez wątpienia jedna z gwiazd tegorocznej eydcji festiwalu. Nazwę zespołu oczywiście kojarzyłem, lecz piosenki formacji usłyszałem wczoraj po raz pierwszy. Z miejsca mi się spodobało, choć nie można powiedzieć, aby był to występ, który będę pamiętać do końca życia, tak jak było to w przypadku ubiegłorocznego koncertu Gery Moralesa. Cała Góra Barwinków zagrała bardzo dobrze, przyciągnęła pod scenę sporo osób (dla wielu z nich będzie to pewnie najlepszy występ drugiego dnia) i na pewno nie omieszkam sprawdzić płyty tej grupy w najbliższej przyszłości.

4. Kolejnym punktem programu była wyczekiwana przeze mnie Masala. Część "właściwa" koncertu, czyli już z Duże Pe na mikrofonie, poprzedzona została - nazwijmy to - "setem", który opierał się w głównej mierze na "odgłosach gardłowych" dwójki instrumentalistów. W końcu jednak pojawił się główny wokalista, który już na początku zaatakował publikę swoim freestylem, mającym na celu poderwanie wszystkich z siedzeń i zaproszenie pod scenę. Oczywiście widownia zareagowała połowicznie - część faktycznie ruszyła tyłki, lecz druga część ewidentnie nastawiona była na Daab i nie ruszyła się z miejsca. Masala zaprezentowała w głównej mierze utwory ze swojego najnowszego krążka, choć nie zabrakło też bardziej, że tak powiem, "klasycznego" materiału, w postaci numerów "Od Tarnobrzega po Bangladesz" oraz "XXI wiek". Z moich ulubionych "Obywateli IV Świata" zagrane zostało tylko "Myśl i nie ufaj" (w nieco zmienionej wersji, która zresztą - z tego co pamiętam - zakończona została całkiem niezłym freestylem). To i tak więcej niż się spodziewałem, więc i tak plus dla Pe i spółki, że postanowili zaprezentować cokolwiek z tej epki. Nie przedłużając, Masala nie zagrała może najlepszego koncertu podczas Reggae nad Wartą, ale na pewno została wyśmienicie przyjęta przez publikę, co jest swego rodzaju wyznacznikiem jakości. Sam bawiłem się rewelacyjnie.

5. Potem nadszedł czas na Daab, czyli na zespół, którego wszyscy oczekiwali (no, może poza mną). Nie jestem fanem grupy, może dlatego, że nigdy nie byłem obeznany w jej repertuarze. Mniej więcej do połowy czasu trwania koncertu, podobało mi się. Taki cover "No Woman, No Cry" odebrałem świetnie, choć - co chyba zrozumiałe - był oczywiście gorszy od oryginału. Później jednak muzyka Daabu zaczęła działać na mniej usypiająco. Szczerze mówiąc, sam nie wiem dlaczego. Ale nie mam zamiaru tutaj psioczyć. Od strony technicznej koncert stał na naprawdę wysokim poziomie, dinozaury reggae pokazały klasę i nie ma co do tego żadnej wątpliwości. To, że Daab niekoniecznie trafia w moje gusta, to już zupełnie inna sprawa i nie zamierzam się dalej nad nią rozwodzić. Prawda jest taka, iż właśnie ten występ zgromadził największą publikę, co było zresztą do przewidzenia - przyszli na niego w końcu nie tylko młodzi fajni muzyki z Jamajki, ale również ci nieco starsi, którzy pewnie mogą pamiętać koncerty Daabu z pierwszych edycji festiwalu jeszcze w latach 80.-tych. Co najważniejsze, niemal wszyscy (tak, poza mną) byli tym ponad godzinnym występem zauroczeni.

6. Tegoroczne Reggae nad Wartą wieńczyło Stage of Unity - również nieco dinozaurowaty zespół, który jednak debiutował właśnie w Gorzowie. Formacja Kristafariego grała całkiem przyjemnie, choć już do o wiele mniejszej widowni w porównaniu do wcześniejszych koncertów. Nie było to jednak nic porywającego - dobra muzyka, nic więcej. Wielbicielom bardziej klasycznego reggae na pewno się podobało. Inna sprawa, że sam Kristafari na zakończenie nieco mnie zażenował - był w stanie mocno wskazującym, przez co niektóre jego gadki zahaczały o głupotę i śmieszność.

7. Reggae nad Wartą 2009 można zaliczyć do imprez udanych, mających jednak pewne minusy. Największy to przede wszystkim regres, w porównaniu do lat ubiegłych. Podrożenie biletów wcale nie przyniosło więcej gwiazd, a wręcz przeciwnie. Efekt był gołym okiem zauważalny na widowni amfiteatru, na której panowała niezwykle niska frekwencja. Dobrze, że budynek będzie w tym roku modernizowany - może go pomniejszą, żeby w przyszłości mogli szczycić się wypełnieniem po brzegi? W tej chwili mogę tylko wyrazić nadzieję, że osoby odpowiedzialne za festiwal wezmą sobie do serca liczne narzekania i w przyszłym roku postarają się o gwiazdy, a nie jedną gwiazdę.

8. No i tak na koniec, powiedzmy takie post scriptum, chciałbym pozdrowić wszystkich znajomych, z którymi się przez te 2 dni bawiłem, na czele z twórcami i wykonawcami piosenki "Ba ba ba". Zdjęcia autorstwa Piotra Biernackiego.

niedziela, 12 lipca 2009

Reggae nad Wartą 2009 - dzień 1 (na szybko)

1. Tak jak przed rokiem postanowiłem sporządzić krótkie sprawozdanie z pierwszego dnia Reggae nad Wartą. Na papierze był to dzień gorszy i pewnie tak w istocie było, lecz - ku mojemu zdziwieniu - bawiłem się wyśmienicie, więc można mówić o pewnym pozytywnym zaskoczeniu.

2. Jak przed rokiem festiwal otworzyła gorzowska Creska. Grali nieźle, nic więcej. Tego się jednak można było spodziewać - wciąż jest to młody zespół, który w dodatku nie wybija się niczym charakterystycznym. Na rozgrzewkę Creska była jednak jak znalazł, a przecież chyba o to chodziło w ich występie. Nawet kilka osób kręciło się przez jakiś czas pod sceną.

3. Następnie na scenie zaprezentowała się Plebania. I to było mega zaskoczenie, bo zespół o takiej nazwie, którego zresztą w ogóle nie kojarzyłem, pokazał naprawdę coś ciekawego. Muzycy, pytani o reprezentowany gatunek, odpowiadają: "punk reggae indian music", co jest chyba najtrafniejszym określeniem. Pozytywna energia przekazywana jest tu z nieco mocniejszym uderzeniem, wspomaganym przez chociażby taką harmonijkę ustną oraz tekstami w języku Indian. Pogo przy Plebanii było najbardziej ostre (i zarazem nie przesadzono), sam bawiłem się doskonale.

4. Indiańskie klimaty zastąpione zostały nieco bardziej folklorystycznym Czerwie. Początek występu sobie odpuściłem, musiałem posilić się kiełbasą, która - nawiasem mówiąc - w tym roku wydawała się gorsza niż w zeszłym. Gdy wróciłem, byłem raczej zawiedziony, bowiem całe to Czerwie grało raczej mocno przeciętnie. Nie podobały mi się te wszystkie folklorystyczne akcenty, zaś wyczyny akordeonisty oraz sposób, w jaki zespół zakończył koncert, wręcz mnie zażenowały. No cóż.

5. Po Czerwie nastąpiła nieco dłuższa przerwa - stroiła się bowiem gwiazda wieczoru United Flavour. Szczerze mówiąc, pierwszy raz usłyszałem o tym zespole dopiero przed Reggae nad Wartą, i zapowiadało się naprawdę ciekawie. Wpływy afrykańskiej i hiszpańskiej kultury, wraz z prawdziwym miksem stylów muzycznych (reggae, latino, soul, r'n'b, hip hop i dancehall) mogły dać naprawdę porażający efekt. Nie myliłem się. United Flavour zagrało naprawdę fajnie - hiszpańska wokalistka śpiewała dobrze oraz potrafiła nawiązać kontakt z publiką. Prawdziwą bombą okazała się jednak osoba afrykańskiego basisty, który podczas koncertu zaliczył kilka rewelacyjnych wejść wokalnych. Swoją drogą, warto wspomnieć o deszczu, padającym właśnie podczas występu United Flavour. Nie wiem czemu, ale wydaję mi się, że po prostu doskonale pasował on do tej muzyki. Jest to na pewno jeden z tych zespołów, którym w najbliższym czasie się zainteresuję.

6. Na koniec zagrało Village Kollektiv. Na pewno nie można muzyki tej formacji sklasyfikować jako reggae. Był to raczej zbiór dziwnych instrumentów, dziwnego śpiewu i w miarę normalnej elektroniki. Nie mogę powiedzieć, aby mi się podobało. Nie mówię, że było słabe. Może po prostu taka muzyka do mnie nie trafia, może nie pojmuję jej głębi.

7. W porównaniu z zeszłym rokiem, pierwszy dzień Reggae nad Wartą zaliczył spory regres - droższy bilet, mniej ludzi, gorsze kiełbaski i - bądź co bądź - gorszy line-up. Jasne, Plebania mi się podobała, United Flavour również, ale to nie to samo, co zeszłoroczne Maleo Reggae Rockers czy Dubska Division z wybitnym występem Gery Moralesa. Liczę, że dzisiaj będzie lepiej. Masala to mój pewniak, Daab też się raczej postara. O Całej Górze Barwinków oraz Stage of Unity również słyszałem mnóstwo pozytywnych opinii, więc po prostu musi być lepiej.

8. Na koniec oczywiście pragnę pozdrowić wszystkich moich towarzyszy niedoli, których w tym roku było naprawdę sporo. Zamieszczone w tym artykule zdjęcia są autorstwa Piotra Biernackiego, mojego fotografa (no co, masz akredytację dzięki temu blogowi). Jutro możecie spodziewać się kolejnej szybkiej (no bez przesady) relacji z Reggae nad Wartą, a dalej, w tygodniu, myślę, że jeszcze jakichś dwóch materiałów odnośnie samej imprezy.

sobota, 25 kwietnia 2009

Kazik Na Żywo w Palladium (22.04.2009)

Początkowo KNŻ w warszawskim Palladium miał zagrać już 16 kwietnia bieżącego roku. Parę dni wcześniej prezydent ogłosił jednak żałobę narodową. Czy było to słuszne, czy nie – o tym już swego czasu pisałem. Kazik potwierdził jednak moje przekonanie, że na taki koncert warto czekać te parę dni dłużej.

W Palladium pojawiłem się koło 19, kiedy na scenie grał jeszcze drugi z supportów, zespół Soulburners, który ogólnie zaprezentował się całkiem w porządku, lecz miał strasznie obciachowego wokalistę – gdy tylko na niego patrzyłem, od razu chciało mi się śmiać. Potem na scenę wkroczył jeszcze Większy Obciach. Bez wątpienia był to najbardziej "lajtowy" występ środowego wieczoru. Takie lekkie, softrockowe granie okraszone jednakże satyrycznymi, często zarazem mocnymi tekstami.

Chwilę po 20 na scenie zaczął instalować się Kazik Na Żywo. Jako pierwszy pojawił się Robert Friedrich. Litza został przywitany przez publiczność wręcz gorączkowo. I nie ma się w sumie co dziwić. Wprawdzie to Staszewski jest postacią nr 1 podczas koncertów KNŻ, lecz przecież to ortodoksyjny katolik w dreadach podkręca atmosferę i rozgrzewa zgromadzonych. Jeszcze większymi oklaskami powitano samego Kazika. Tylko się pojawił i od razu się zaczęło.

Na początek zespół zagrał tradycyjnie "Legendę ludową", dalej były również same hity. Zresztą nic dziwnego, w końcu w koncertowym repertuarze KNŻ ciężko znaleźć słabsze numery. Staszewski – a wraz z nim ja i tysiące innych gardeł – zaśpiewał chociażby "Tatę Dilera", "Kalifornię ponad wszystko", "Artystów", "Nie zrobimy wam nic złego, tylko dajcie nam jego", "Świadomość", "Łysy jedzie do Moskwy", "W południe", "Nie ma litości", "Las Maquinas de la Muerte" czy "Konsumenta". Ciekawie wykonano cover "Krzesła Łaski" Nicka Cave’a. Zgodnie z tytułem Kazik cały utwór przesiedział na krześle. Ogromnie zaskoczył mnie gościnny występ Maleo, który wlazł na scenę w czasie grania "I’m on the top". Wyglądający z daleka jak brat bliźniak Roberta Friedricha wokalista reggae odśpiewał swoje i sobie poszedł.

Na bisy KNŻ moim zdaniem nie zostawił wcale najlepszych utworów. Pewną niespodzianką była "Ballada o kobiecie żołnierza", której się szczerze mówiąc w ogóle się nie spodziewałem. Co jeszcze Staszewski zaśpiewał na pożegnanie? Wstyd to przyznać, ale dokładnie nie pamiętam. Na pewno po raz drugi usłyszeliśmy "Legendę ludową" oraz kończącego koncert "Tatę Dilera" w wersji kilkunastominutowej. Swoją drogą brakowało mi kilku piosenek - mam tu na myśli przede wszystkim "100000000", "Spalaj się" i "Pierdolę Pera".

Warto było spędzić w Warszawie mniej czasu niż trwała podróż w jedną i drugą stronę do stolicy. Kazik Na Żywo zagrał fenomenalnie. Śpiewałem niemal wszystko, skakałem przy wielu piosenkach, przy paru największych hitach pozwoliłem sobie nawet wejść w pogo, co normą raczej u mnie nie jest. Pod sceną było gorąco – pod tym względem dobrze, że KNŻ nie grał 3 godzin, do których przyzwyczaiła mnie inna formacja Staszewskiego, Kult. Ile bym dał, aby na taki koncert pójść jeszcze raz. No cóż, może kiedyś. Póki co, muszą wystarczyć niesamowite wspomnienia.

Zdjęcia wykonał Artur Rawicz, opublikował je na swoim blogu.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Nneka w Palladium

Nnekę Egbunę poznałem pod koniec ubiegłego roku, kiedy w moje łapska trafiło "No Longer At Ease", najnowszy album nigeryjskiej wokalistki. Krążek z miejsca doceniłem, aczkolwiek daleko mi do tego, aby nazywać się fanem autorki wielkiego przeboju "Heartbeat". Kiedy jednak usłyszałem, że Nneka wystąpi w Polsce, w tym m.in. w warszawskim Palladium, natychmiast podjąłem decyzje o uczestnictwie w tym koncercie.

4 kwietnia, koło godziny 19:30 byłem już na ulicy Złotej. Klub Palladium bardzo mi się spodobał, choć na początku sprawiał wrażenie toporności - zresztą nic dziwnego, w końcu jeszcze za PRL-u było tam kino.

Koncert miał zacząć się o 20:00, Nneka spóźniła się jednak jakieś 15 minut. Porównując to jednak do niektórych polskich artystów, taki poślizg to żaden poślizg. Szczerze mówiąc nie pamiętam, jakim utworem Egbuna rozpoczęła koncert. Jego początek był jednak dość charakterystyczny - na scenę wyszedł gitarzysta pochodzący z Brazylii i zaczął rozgrzewać publiczność funkową melodią. Wkrótce zaczęli pojawiać się kolejni muzycy grający z Nneką - jamajski keybordzista, kameruński basista-beatboxer oraz niemiecki perkusista, który nawiasem mówiąc pod względem powierzchowności pasował najmniej do reszty zespołu. W muzyce odnalazł się jednak rewelacyjnie, co rusz grając wyśmienite solówki.

W końcu wkroczyła też Nneka. Poznać można było ją nie tylko po głosie, ale również po charakterystycznym afro. Po piosence otwierającej, Nigeryjka zaśpiewała znakomite "Walking" i nawiązała pierwszy kontakt z publicznością. Egbuna okazała się sympatyczną osobą, mającą duże poczucie humoru. Wyraźnie zaznaczyła, że w muzyce liczy się dla niej przede wszystkim przekaz, dlatego przed wykonaniem każdego kolejnego numeru starała się tłumaczyć, co miała na myśli, pisząc do niego tekst.

A co jeszcze Nneka zaśpiewała? Głównie przeboje ze swojej najnowszej płyty. Warto zwrócić tu uwagę na inne niż na krążku aranżacje. Większość piosenek zabrzmiała o wiele ostrzej - główna tu zasługa wszędobylskiej gitary oraz basu. Pod tym względem naprawdę nowe, bardziej rockowe brzmienie zyskał utwór "Suffri" - po prostu rewelacja. Najbardziej spodobał mi się jednak kawałek zagrany na bis, a mianowicie "Focus". Już w wersji studyjnej Nneka pokazuje tam lwi pazur, na koncercie utwór był już prawdziwą bombą. Egbuna potrafi świetnie rapować na żywo, a w akompaniamencie ostrych gitarowych riffów wypada to wręcz genialnie.

Atmosfera w Palladium nie była może tak dobra jak na koncertach chociażby Kultu, publiczność znała właściwie tylko tekst do "Heartbeat", które podobnie jak "Focus" Nneka z zespołem zagrała na bis. Niemal wszyscy reagowali jednak na poczynania nigeryjskiej wokalistki żywiołowo. Nic dziwnego, w końcu zaprezentowała się naprawdę świetnie - nie podejrzewam, aby ktokolwiek żałował wydanych pieniędzy. Tylko Hirek Wrona stał jakiś taki bez życia i energii. On to już chyba widział niejedno i ciężko go zadziwić...

piątek, 23 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - TOP 6!

Czołowa szóstka to dwie płyty polskie, dwie zagraniczne i – tu pewne kuriozum – dwie ani rodzime, ani auslanderskie. Dwie z podziemia. Jedna oparta na filmie, jedna w klimatach reggae, a jeszcze jedna w dość imprezowym nastroju. Lecz tylko jedna z nich jest numerem jeden. Tamtararam!

06. Jimson – Gorączka w parku igieł
Jedna z pierwszych premier w 2008 roku i od razu genialna produkcja. Koncept epka oparta na wyśmienitym filmie "Natural Born Killers". Jimson idealnie wpasował się w mroczny, trochę psychodeliczny klimat obrazu Olivera Stone’a. Pewne kontrowersje zapewne budzi długość epki. Niektórzy źle odbiorą również dwa utwory, w których studiujący w Szczecinie raper atakuje co najmniej połowę polskiej sceny hip-hopowej. Dostaje się głównie VNM-owi i Smarkowi. No i jeszcze gorzowskim drzewom się trochę oberwało. Wszystkie te ataki traktuję z dużym dystansem. Ważne, że Jimson spisał się naprawdę rewelacyjnie. I ten klimat rodem z "Urodzonych Morderców"...

05. The Let Go – Tomorrow Handles That
Jedna z niespodzianek, które poznałem pod koniec ubiegłego roku. A szkoda, bo mam wrażenie, że jeszcze bardziej bym się nią zajarał latem. W tym przekonaniu utwierdza mnie przede wszystkim optymistyczny nastrój płyty, duża ilość śpiewanych refrenów oraz bity na soulowych i funkowych samplach. Patrząc na to zestawienie, można stwierdzić, że w tym roku absolutnie w USA zarządziły składy z Seattle – najpierw Common Market, a potem The Let Go. Prawda jest jednak taka, że największe miasto ze stanu Waszyngton wygrało chyba tylko w moim, prywatnym rankingu. Niemniej "Tommorow Handles That" to prawdziwy powiew świeżości, który znany powinien być dosłownie każdemu.

04. Afro Kolektyw – Połącz Kropki
Afro Kolektyw mnie bardzo, ale to bardzo zaskoczył. Wprawdzie spodziewałem się dobrej płyty, lecz nie miałem pojęcia, że Afrojax i spółka przygotują taką rewelację. Można pokusić się o stwierdzenie, że brzmienie jakie zaserwował nam zespół, to daleko posunięta ewolucja tego, co muzycy zaprezentowali jeszcze na "Płycie Pilśniowej". Na "Połącz Kropki" powiększyło się instrumentarium – głównie o instrumenty smyczkowe, które tak fenomenalnie spisały się w "Ostatecznym rozwiązaniu naszej kwestii". Poza tym, genialne, ironiczne i przezabawne teksty napisał Afrojax – polska, hip-hopowa płyta roku.

03. Gera Morales i Dubska – Dubska Divison
O tej kolaboracji usłyszałem przy okazji gorzowskiego Reggae nad Wartą. Wspólnym występem Gerberta Moralesa z Jah Division oraz zespołu Dubska byłem tak zachwycony, że natychmiast zacząłem poszukiwania płyty. Kiedy ją wreszcie znalazłem, nie zawiodłem się. Gera jak nikt inny w tej części Europy potrafi przekazać pozytywną energię samym swoim śpiewem. Od Moralesa aż bije optymizm i autentyczność. Album zawiera kilka nowych utworów oraz parę starych piosenek znanych z repertuaru Jah Division, acz w nieco innych aranżacjach. Fajnym pomysłem było dodanie do wydawnictwa filmu dokumentalnego, będącego swoistą relacją z pobytu jednego z ojców rosyjskiego reggae w Polsce.

02. Looptroop Rockers – Good Things
Wstyd się przyznać, ale dopiero dzięki „Good Things” poznałem szwedzki Looptroop. Wprawdzie podzielam opinię, jakoby to nowa płyta była gorsza od dwóch poprzednich, lecz nie zmienia to faktu, że jest to naprawdę wyśmienity krążek. Mniej trueschoolowy od poprzednich dokonań Promoe, Embee i spółki, ale za to bardziej bujający. Nic dziwnego, w końcu „Good Things” wypełnione jest bangerami po brzegi. Najbardziej do ruchu pobudzają dwa single – „The Building” oraz czerpiące garściami z house’u „Naive”. Mnie do gustu przypadło jeszcze kończące album „Puzzle”. Utwór kojarzy mi się z finiszem świetnej imprezy, kiedy to uczestnikom zabawy zaczyna już brakować sił i zaczynają powoli rozmyślać o powrocie do domu. „Good Things” = MIAZGA.

01. The Jonesz – Season One
W Japonii wydane w 2007, do Polski – za sprawą Asfalt Records – trafiło dopiero w 2008. „Season One” niemal w całości wyprodukował urodzony w naszym kraju producent. Patr00 na co dzień mieszka jednak w kanadyjskim Montrealu, gdzie poznał Jessie Maxwella. Razem z nim założył duet The Jonesz. Debiutancki album grupy, to przede wszystkim genialne bity patr00 – dla mnie jest to obecnie jeden z najlepszych polskich producentów na scenie. Co ważne, Jessie Maxwell również spisał się znakomicie. Nie tylko ma całkiem fajne teksty, ale również posiada naprawdę spore umiejętności. „Season One” znalazło się na najwyższej pozycji również dlatego, że nie schodziło z mojej playlisty przez naprawdę długi okres. Poza tym, album został naprawdę pięknie wydany - wykorzystano digipack najwyższej jakości, który stylistyką nieco przypomina mi opakowania od winyli. W 2008 roku to właśnie The Jonesz było numerem jeden.

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

czwartek, 22 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 12-7

Miejsca 12-7 przypadły w głównej mierze debiutantom. Jest zbrodniarz od wielu morderstw. Jest duet, co jeszcze grubo ponad rok temu pytał, czy ich znamy, a w październiku wydał już swój pierwszy legal. Jest też łodzianin, który pierwszą swoją mainstreamową płytę nagrał na dziesięciolecie działalności. Są wreszcie reprezentanci Lublina – ci od dobrej muzyki i ładnego życia. Poza tym pomiędzy 12. a 7. pozycją znajdziecie mieszkającą w Niemczech Nigeryjkę oraz najlepszy rap oparty na gitarowych riffach w Polsce.

12. Bonus/Matek – Wspomnienia z domu umarłych
Kolejna podziemna produkcja, która wywołała spore zamieszanie w moim „muzycznym życiu”. Bonus wraz z Matkiem nagrali koncept album jak na Polskę bardzo oryginalny. Tematyka wszystkich utworów kręci się wokół – a to ci heca – zabijania. Samobójstwo, masakra w szkole, morderstwo na zlecenie – to wszystko się na „Wspomnieniach z domu umarłych” znalazło. Sugestywne teksty Bonusa uzupełniane są przez mroczne, znakomicie dopasowane do klimatu krążka bity Matka. Materiał obowiązkowy dla osób, narzekających na brak świeżości w polskim rapie. Ostatnio przeprowadziłem z Bonusem wywiad.

11. Raca/Stona/DJ Ike – Samotność, Wolność, Pasja
Tak wysoka pozycja legalnego debiutu Racy pewnie spotka się ze sporą krytyką hejterów, którzy zarzucają mi swoiste podlizywanie się raperowi z Olecka, ale nic nie poradzę na to, że „Samotność, Wolność, Pasja” podoba mi się o wiele bardziej od chociażby takiego „Ja tu tylko sprzątam”. Na longplayu znalazło się parę naprawdę pomysłowych tracków (mam tu w głównej mierze na myśli „Rewers”, „Gdy Cię Znajdę” oraz „Samotność”). Dobrze spisali się również goście – m.in. W.E.N.A., Ras Luta oraz – przede wszystkim – Duże Pe. Z Racą również był swego czasu wywiad.

10. Bakflip – 12 Nędznych Ludzi
W 2007 roku rock z rapem łączyło rewelacyjne Sekaku, w 2008 do głosu powrócił Bakflip, czyli Janek Gajdowicz z łódzkiego składu Afront oraz swoisty człowiek renesansu w dziedzinie muzyki, niejaki Marek Dulewicz. „12 Nędznych Ludzi” to bez wątpienia album znacznie przewyższający wydane 2 lata wcześniej „Ke Ke Ke”. Podobać się może nie tylko ostre, gitarowe granie, ale również warstwa liryczna. W swoich tekstach Janek Gajdowicz wylicza najbardziej denerwujące go wady ludzkie, czasem zdarza mu się też zahaczyć o tematy około-polityczne jak chociażby w rewelacyjnym „Szahidzie”.

09. Nneka – No Longer at Ease
Mieszkająca obecnie w Niemczech Nigeryjka nagrała w 2008 roku hit „Heartbeat”, oparty – jak sama nazwa wskazuje – na podkładzie imitującym bicie serca. Jak się jednak okazało cała płyta „No Longer at Ease” to naprawdę fenomenalna robota. Nneka posiada rewelacyjny głos, który potrafi – w razie czego – całkiem dobrze modulować. Dzięki temu może spokojnie balansować pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi – od soulu, przez reggae, aż po rap. Wszystko polane dźwiękami kojarzącymi się z Afryką. Mistrzostwo świata!

08. Rasmentalism – Dobra muzyka ładne życie
Jedna z dwóch najlepszych podziemnych produkcji z 2008 roku. Genialne bity zapodał Ment, świetnie na nich popłynął Ras. Na „Dobra muzyka ładne życie” znajdziemy zarówno luźniejsze utwory, jak i te poważniejsze. W powstaniu płyty swój wkład mieli m.in. PeeRZet, Jot, Rebels of the Grain oraz trio beatbokserskie Al-Fatnujah. Takie numery jak „Pierwszy i ostatni raz”, „Nie słuchasz”, „Bez zmian Panie Waglewski”, „Kupuj polskie rap płyty” czy „Linia ognia” opanowały moją foobarową playlistę na bardzo długo. Mógłbym słuchać tego w kółko. Z niecierpliwością czekam na „Duże Rzeczy”.

07. Zeus – Co nie ma sobie równych
Po „Co nie ma sobie równych” szczerze mówiąc nie spodziewałem się za wiele. Zeus nigdy nie kojarzył mi się z żadnym super raperem, a właściwie – mówiąc szczerze – brałem go raczej za mocno przeciętnego MC. Łodzianin przygotował jednak drugą – obok „Seansu Spirytystycznego” – najszczerszą i najbardziej autentyczną płytę w 2008 roku. Proste linijki, brak jakichś wielkich umiejętności. Mimo wszystko, trudno się legalnym debiutem Zeusa nie zajarać. Może to przez naprawdę dobre bity? Ciężko powiedzieć. Świetny album, który kręcił się w odtwarzaczu bardzo długo.

Ostateczne rozwiązanie naszej kwestii już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

środa, 21 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 18-13

Miejsca 18-13 przypadły w większości reprezentantom Asfalt Records. W tym gronie znalazł się raper-cyborg, dwaj dorośli chłopcy wspominający modę na heavy metal, redaktor CD-Action oraz jedyny Polak, który rozmawiał przez telefon z samym Bogiem. Oprócz tego mamy zdobywcę nagrody „Najbardziej szczery i autentyczny w 2008” oraz tych samych, dwóch panów, których wymieniłem dosłownie przed chwilą. Tym razem jednak zagrali oni z tatą, co ma zespół o nieco krótszej nazwie od skrótu wyrażenia World Wide Web.

18. Medium – Seans Spirytystyczny
Jedna z większych, tegorocznych niespodzianek. O kielczaninie nikt wcześniej nie słyszał, a tu proszę, powstaje album, który wręcz poraża szczerością oraz ogromnym wkładem pracy i serca. Wprawdzie cierpi na tym czasem technika, a niektóre polityczne wersy są trochę populistyczne (acz nie można odmówić im autentyzmu), jednak nie zmienia to ostatecznej, wysokiej oceny płyty. Swoją drogą, jakiś czas temu przeprowadziłem wywiad z Medium, dotyczący w głównej mierze jego debiutanckiej płyty.

17. Waglewski Fisz Emade – Męska Muzyka
Rodzinna płyta klanu Waglewskich. Współpracowali ze sobą raper, producent hip-hopowy oraz wokalista i gitarzysta w jednej osobie, posiadający powalający staż na polskiej scenie muzycznej. „Męska Muzyka” to przede wszystkim świetne, zahaczające o country, blues i klimaty softrockowe, akustyczne i – zarazem – minimalistyczne granie. Do tego znakomite teksty Wojtka Waglewskiego oraz jego syna, Fisza. Nie wiem dokładnie czemu, ale wydaję mi się, że jest to tak właściwie album dla każdego.

16. Magierski/Tymon – Oddycham Smogiem
W 2008 roku do gry powrócił Tymon, autor hitu „Oto ja” oraz jednego z najsłynniejszych dissów w historii polskiego rapu. Swego czasu dziennikarz kultowego „Klanu”, obecnie pisze dla „CD-Action” oraz „Clicka!”, którego zresztą jest redaktorem naczelnym. „Oddycham Smogiem” to również mistrzowska metamorfoza Magiery, który przygotował całkiem inne niż na wszystkich trzech „Kodeksach” bity. Świetnie wydane. I jeszcze ta rewelacyjna okładka. Byłoby wyżej, gdyby album był nieco dłuższy.

15. O.S.T.R. – Ja tu tylko sprzątam
Wielu z Was tak niska pozycja dziewiątej płyty Ostrego może dziwić. W końcu „Ja tu tylko sprzątam” to bądź co bądź płyta świetna, sam się nie zresztą przez długi czas mocno jarałem. Pozwoliłem sobie jednak ostatnio album łodzianina przypomnieć. Wrażenia moje były już o wiele słabsze niż cały miesiąc (jak nie dwa) po premierze krążka. Bity wciąż są wprawdzie rewelacyjnie, ale pewna monotematyczność w tekstach Ostrowskiego jednak jest zauważalna. Ponadto, styl reprezentanta Asfalt Records tak jakby trochę mi się przejadł. Szkoda, że singiel, zwiastujący kolejny krążek najpopularniejszego rapera w Polsce, nie zapowiada żadnej zmiany w tym temacie.

14. Łona i Webber – Insert EP
Epka, której tak na dobrą sprawę nikt się nie spodziewał. W końcu wcześniej Łona trzymał się trzyletnich odstępów między płytami. „Insert” zadowala pod każdym względem – Webber jak zwykle wysmażył ciekawe bity, zaś Adam Zieliński zdaje się być jakby nieco weselszy niż na wydanym nieco ponad rok wcześniej „Absurd i nonsens”. Co więcej, wreszcie u mieszkańców Szczecina pojawili się goście. W genialnym „Świat jest pełen filozofów” swój storytelling opowiedział Smarki, natomiast w „Co to będzie?” słyszymy Paco, z którym Łona swego czasu nagrywał w grupie Wiele CT.

13. Fisz Emade – Heavi Metal
Bracia Waglewscy zaskoczyli mnie w 2008 roku dwukrotnie. Najpierw nagrali wraz z ojcem nieco inną od poprzednich dokonań „Męską Muzykę”, potem zaatakowali swoją własną, utrzymaną w hip-hopowych klimatach płytą pt. „Heavi metal”. Do gustu przypadły mi przede wszystkim bity Emade. Piotr Waglewski często korzysta na nowej płycie z prawdziwej, klasycznej perkusji, czym zyskał moją ogromną sympatię. Fisz jakby nieco gorzej niż kiedyś, nie ma już tego błysku, co na początku kariery. Inna sprawa, że nadal potrafi serwować ciekawe historie, a nawet… braggadocio, które jest jednak utrzymane w typowej dla Bartka Waglewskiego, niekoniecznie prostej, formie.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

wtorek, 20 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 24-19

Pomiędzy 24. a 19. pozycją znalazły się aż trzy zagraniczne tytuły. Dwa ze Stanów, jeden z Czech. Na płycie od Pepików jest jednak tyle przedstawicieli sceny zza oceanu, że jest ona wręcz bardziej amerykańska niż czeska. Co poza tym? Polak śpiewający z duńskim akcentem, rap ocierający się o jazz wprost z Wrocławia oraz opanowany prze mrok gdański MC, stały bywalec teatru niemych lalek.

24. Roszja i Lu – Przez Ścianę
Materiał wydany na winylu jeszcze w 2007 roku, lecz do szerszego grona słuchaczy – za sprawą Internetu – trafił dopiero w 2008. Roszja i Lu swego czasu tworzyli wrocławski Sfond Sqnksa, czyli grupę z powodzeniem mieszającą rap z funkiem. Teraz porzucają jednak ulubione brzmienie George'a Clintona i przenoszą swoją twórczość w bardziej jazzowe klimaty. Dodajmy, że cała ta operacja wyszła naprawdę bardzo dobrze. Jedynym minusem jest długość albumu. „Przez Ścianę” to tylko epka, a chciałoby się jakiś album długogrający od tego duetu.

23. Common Market – Tobacco Road
Album utrzymany w podobnym klimacie, co docenione przy okazji podsumowania 2007 roku „Bayani” Blue Scholars. Nic dziwnego, w końcu Tobacco Road wyszło spod dłuta tego samego producenta. Warto zaznaczyć, że Sabzi – Irańczyk z pochodzenia, to nie tylko wyśmienity bitmejker, ale również pianista jazzowy, co wyraźnie odbija się na brzmieniu albumu. Pod jego podkłady nawinął RA Scion – raper o porównywalnych umiejętnościach, co Geologic z przywoływanego przed chwilą Blue Scholars. Jazz-hop na najwyższym poziomie.

22. eMC – The Show
Kolejna, nie ostatnia, zagraniczna produkcja w zestawieniu. Amerykańskie eMC przykuło uwagę prawie każdego wielbiciela rapu, zwłaszcza jeśli ktoś gustuje w produkcjach zza oceanu. Nic dziwnego, w końcu grupę nie tworzą anonimowi ludzie. „The Show” przypadało mi do gustu stopniowo – pierw zajarałem się numerem „Winds of Change”, następnie utworami „U Let Me Grow” i „Make It Belter”. Później wszystko poszło już z górki. 22. pozycja jak najbardziej zasłużona.

21. Czesław Śpiewa – Debiut
Jedna z nielicznych pozycji w zestawieniu, reprezentujących inny gatunek muzyczny niż rap. Ponadto, jest to jedna z tych ambitniejszych produkcji, którą z wielką chęcią połykają masy. Spowodował to charakterystyczny akcent i głos Czesława Mozila w połączeniu z zabawnymi tekstami napisanymi przez internautów oraz z dość niecodziennym i rzadko spotykanym brzmieniem. Przyszłość pokaże, czy był to jednorazowy wyskok mieszkającego w Danii Polaka, czy może tylko preludium do jakiejś większej kariery.

20. Skor – W teatrze niemych lalek
Jedna z większych, ubiegłorocznych niespodzianek. Trzecia solówka Skora poraża mrocznym do szpiku kości klimatem. Przy okazji tego podsumowania, pragnę dopuścić się sprostowania pewnej nieścisłości jaka pojawiła się w mojej recenzji. Otóż materiał nie został wyprodukowany przez Skora, a przez Shadowville. Trzeba zaznaczyć, że bity znakomicie oddają klimat krążka. Nastroju trzyma się też sam raper, nagrywający – nawiasem mówiąc – w Gdańsku. Jego flow, głos oraz dykcja idealnie dopasowują się do tematyki albumu.

19. DJ Wich – The Golden Touch
Płyta, która udowodniła, że również w Europie Środkowo-Wschodniej można nagrywać producenckie płyty z gościnnymi występami największych tuzów amerykańskiej sceny. Lil’ Wayne, Talib Kweli, Little Brother, M.O.P., Rasco – ci wykonawcy robią spore wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że DJ Wich jest Czechem. Co więcej, producent zza południowej granicy przygotował naprawdę kozackie bity, które bujają aż miło. Czego chcieć więcej?

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 30-25

Płyty ulokowane między 30. a 25. miejscem to zarówno zawody, niespodzianki, jak i materiały dosłownie znikąd oraz twory niedocenione. Jeden polski raper z najwyższej półki, jeden światowej klasy producent, jeden zespół punkrockowy, który na najnowszej płycie z punk rockiem nic wspólnego już nie ma. Mówiąc prościej, jest ciekawie!

30. Pih – Kwiaty Zła
Jedynym czynnikiem powodującym, że jako tako wyczekiwałem „Kwiatów Zła” był featuring Brudnych Serc. Okazało się jednak, że Pih nie jest takim złym raperem. Zwłaszcza, jeśli już przyzwyczaimy się do jego nietypowej barwy głosu i jeszcze bardziej oryginalnego sposobu jego wydobywania. Liryzm na wysokim poziomie przeplatany jest tu niestety ze słabymi, często wręcz zabawnymi wersami. Miejsce w czołowej „trzydziestce” się jednak jak najbardziej należy.

29. KSU – Akustycznie
Album, dzięki któremu poznałem twórczość bieszczadzkiego KSU. Siczka i spółka przygotowali krążek mniej ostry od poprzednich, co zresztą nie dziwi, w końcu taka już specyfika płyt nagrywanych „bez prądu”. Akustyczna wersja piosenki „Jabol punk” to prawdziwy majstersztyk. Pozostałe utwory w większości przypadków wypadły gorzej niż w oryginale, choć takie „Moje Bieszczady”, mimo utraty swojej – nazwijmy to – „punkowości”, zyskały klimat idealnie pasujący do charakterystycznego nastroju gór z południowo-wschodniej Polski.

28. Emil Blef – Mam taką twarz, że ludzie mi ufają… Biling
Krążek przeze mnie początkowo niedoceniony, co niestety odbiło się na dość krytycznej recenzji. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać, że Emil Blef całkiem fajnie to sobie wszystko wymyślił. Można zarzucać, że śpiewane refreny, że na dłuższą metę nudzi, ale obiektywnie rzecz ujmując, członek składu Flexxip przygotował jeden z najbardziej ambitnych, ubiegłorocznych albumów w polskim rapie. A przecież takich pozycji wciąż jest chyba na rynku za mało, prawda?

27. Abradab – Ostatni Poziom Kontroli
Płyta po której w sumie nie oczekiwałem za wiele. Początkowo „Ostatnio Poziom Kontroli” nie przypadł mi za bardzo do gustu, lecz z czasem zacząłem doceniać luźny klimat przeplatany tu i ówdzie mocniejszymi, dosadniejszymi i poważniejszymi wersami. O dziwo, w końcu nawet wycie Gutka przestało mi przeszkadzać. Jeśli już przy gościach jesteśmy, to wypada wspomnieć o Marice, która w numerze „Szukam Cię pod swój rytm” spisała się więcej niż rewelacyjnie.

26. Nicolay & Kay – TIME:LINE
Pierwsza zagraniczna produkcja w zestawieniu. Nicolay to uznany, holenderski bitmejker, członek chwalonego Foreign Exchange. Pod jego mistrzowskie podkłady tym razem nawinął Kay, czyli raczej mało znany, amerykański raper. Efektem tej współpracy jest „TIME:LINE”, tj. album z co najmniej dwoma hitami. Mam tu na myśli szybko wpadające w ucho „When You Die” oraz bujające „The Gunshot”. Szkoda, że wydanie krążka raczej nie powala. Wolałbym mieć „TIME:LINE” w gustownym digipacku, a nie w atakującym zwykłością plastikowym pudełku.

25. Eldo – Nie pytaj o Nią
Piątej solówki warszawskiego rapera nie wyczekiwałem. Głównie przez to „Nie pytaj o Nią” się nie zawiodłem. Gdybym oczekiwał czegoś pokroju „Eternii” bądź „27” to podejrzewam, że do dziś nie mógłbym się pogodzić z tym, co przygotował Eldoka. Dominują nowoczesne bity wymieszane z produkcjami opartymi na tkliwym brzmieniu pianina. Pod względem lirycznym mamy do czynienia z bardziej poważniejszymi tematami. Wyraziste wersy są wprawdzie w większości, lecz zdarzają się na płycie zwrotki, które mnie po prostu nudzą. „Nie pytaj o Nią” to dobra płyta, w zestawieniu nie mogło jej zabraknąć. Nie jest to jednak ten sam Eldo co parę lat wcześniej, dlatego też ulokowałem go na tak niskiej pozycji.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

niedziela, 18 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - wyróżnienia

2008 rok pod względem muzycznym był naprawdę bardzo dobrym, mocnym okresem. W polskim rapie wychodziły zarówno świetne płyty starych wyjadaczy (a nawet swoistych dinozaurów rodzimej sceny), jak i wręcz szokujących debiutantów. Za granicą również się działo, czego dowodzą czołowe pozycje na liście. Innych gatunków starałem się nie zaniedbywać, aczkolwiek polskie reggae w 2008 roku przynosiło mi głównie same zmartwienia. Ranking najlepszych albumów składać się będzie z sześciu części, na które składać będzie się 30 miejsc oraz wyróżnienia.

Chciałbym jeszcze wyraźnie zaznaczyć, że ranking niekoniecznie oddaje wyższość jednej płyty nad drugą. Pozycja ulokowana np. na 27. miejscu, wcale nie musi być gorsza od tej z 23. Na ostateczną ocenę wpływ miała wprawdzie głównie jakość, lecz ważne dla mnie było również spełnienie oczekiwań (co nie udało się paru artystom), odbiór danego krążka po czasie (tu najwięcej stracił Ostry) oraz ew. powiew świeżości, który można odnaleźć szczególnie w niektórych tytułach ulokowanych w samym czubie zestawienia. Przejdźmy do wyróżnień:

El Da Sensei & Returners – Global Takeover: The Beginning

Na początku 2008 roku prorokowałem, że może być to najlepszy album jaki wyjdzie pod szyldem polskiej wytwórni. Jeszcze przed premierą wiedziałem, że tak niestety jednak nie będzie. Mimo tego, krążek warto wyróżnić ze względu na to, że wreszcie polscy producenci w całości wyprodukowali płytę uznanemu raperowi ze Stanów. A przecież przyszłość ma dostarczać takich wydawnictw więcej.

Lilu – La
Choć zawiodłem się strasznie, to w podsumowaniu minionego roku „La” pojawić się musiało. Najlepsza polska raperka wreszcie wydała legalny album – posiada on swoje wzloty i upadki. Swego czasu trochę się go nasłuchałem. Głównie z uwagi na naprawdę pierwszoligowe featuringi. Rahim, Łona, Smarki, Wankej i – przede wszystkim – Finker.

Marika – Plenty
Marta Zarębska to obecnie pierwsza dama polskiego reggae, choć swoim debiutanckim krążkiem udowadnia, że chętnie miesza jamajski styl z innymi gatunkami muzyki. Tylko wyróżnienie ze względu na to, iż mimo wszystko „Plentów” za często nie słuchałem.

Molesta – Molesta + Kumple
Wprawdzie żadna rewelacja, lecz warto zwrócić uwagę na kilka featuringów (Ero!). Cieszy również to, że Vienio, Włodi i Pelson postanowili dorosnąć i wyjść z tematyki kręcącej się wokół osiedlowej ławki. Niektórym starym fanom to się pewnie nie spodobało, ale cóż, mentalności pewnej grupy ludzi się już nie zmieni.

Na pół etatu – Materiał Promocyjny
Pozytywne zaskoczenie pod sam koniec 2008 roku. Wprawdzie żadna rewelacja to nie jest, ale słucha się jej całkiem sympatycznie. Szczególnie numery „Zostaję tu” i „Socjologia” przypadły mi do gustu. Gościnnie m.in. W.E.N.A, VNM oraz – mniej znany, ale naprawdę dobry – Pivot.

Nosowska – Osiecka

Wiadomość o kolejnej płycie z piosenkami Agnieszki Osieckiej przyjąłem – mówiąc dyplomatycznie – ze sporym dystansem. Kasia Nosowska po raz kolejny udowodniła, ze śmiało można ją nazwać królową polskiej muzyki alternatywnej. Tylko wyróżnienie z prostego powodu – „Osiecką” potrafię słuchać raz na jakiś czas.

PeeRZet – Hipocentrum
Żeby się załapać do pierwszej trzydziestki nie wystarczyło nagrać kilkunastu numerów kręcących się wokół melanży, dziewczyn i braggadocio. „Hipocentrum” i PeeRZeta można jednak wyróżnić za dobre punche, głos, technikę oraz flow. Poza tym płyta wydaje się być lepsza od utrzymanej w podobnej tematyce „Muzyki Rozrywkowej” Pezeta.

Taki Jeden Krzysiek – Bezczelne Gówno EP

Inna płyta od wszystkich jakie wyszły w ubiegłym roku. Taki Jeden Krzysiek to autor jednych z zabawniejszych punchów. Płyta nagrana dla jaj, choć byłaby znacznie lepsza, gdyby wraz z humorystyczną treścią szła zjadliwa forma. Wielu osobom flow Krzyśka raczej nie przypadnie do gustu i może być ono poważną przeszkodą w polubieniu płyty.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

sobota, 10 stycznia 2009

Najlepszy track 2008

Przed podaniem dania głównego, tj. zestawienia najlepszych płyt 2008 roku, przygotowałem kolejną przekąskę. Tym razem przygotowałem 22 utwory, które absolutnie zarządziły u mnie w minionych 12 miesiącach. Uszeregowałem je w kolejności alfabetycznej (wg. tytułu danego kawałka). Przy pomocy ankiety ulokowanej w prawym menu, możecie wybrać swojego faworyta spośród tego grona. Nie owijajmy w bawełnę i przejdźmy do meritum.

Rasmentalism - Bez Zmian Panie Waglewski (feat. PeeRZet) [YouTube]
Zwrotki Rasa nawiązują do jednego z pierwszych hitów Fisza, numeru "Bla Bla Bla". Wersy PeeRZeta to już jawna krytyka wywiadu Wojtka Waglewskiego, ojca rapera z wytwórni Asfalt Records. Niektórzy doszukują się w tym utworze dissu na Fisza, co jest oczywiście przeogromnym nonsensem. Najbardziej wyrazisty track z rewelacyjnej płyty "Dobra muzyka ładne życie" Rasmentalismu.

Pih - Co było, a nie jest (feat. Brudne Serca) [YouTube]
Utwór, który wałkowałem w okresie świąteczno-noworocznym. W tak krótkim czasie nabiłem grubo ponad 100 odsłuchów. Głównie za sprawą mistrzowskiej zwrotki Smarki Smarka, w której jak zwykle znajdziemy masę mocnych/trafnych/fantastycznych (niepotrzebne skreślić) wersów. Zkibwoy nieco gorzej, Pih najsłabiej (tekstem o uszach jamnikach trochę się zbłaźnił). "Jak dla mnie możesz to naraz kochać i hejtować".

Raca/Stona/DJ Ike - Czysty Hip-Hop (feat. Visual, Duże Pe) [YouTube]
Z wyborem jednego utworu z "Samotność, Wolność, Pasja" (założyłem sobie, że tylko jeden kawałek z jednego krążka może trafić do zestawienia) miałem nie lada problem. Z jednej strony "Tak Jak Życie Nie Boli Nic" z Ras Lutą, z drugiej "Samotność" na podstawie książki "Król Szczurów", z trzeciej storytelling od tyłu o nazwie "Rewers". Ostatecznie wybrałem "Czysty Hip-Hop", gdzie Duże Pe chyba najlepszą zwrotkę tego roku. "Nie ważne czy to trueschool, bauns czy ulica / Co słabe wkurwia, co dobre zachwyca / Hejterzy ujadają - pierdol to! / Radia tego nie grają - pierdol to! / Yo, rób swoje i rób to z ikrą / By cały świat krzyknął HIP-HOP!". Raca i Visual poziom trzymają, aczkolwiek odstaję od Dużego Pe.

Jimson - Gorąca Ofiara [YouTube]
Kawałek wypuszczony jeszcze w 2007, ale umieszczony na wydanej na początku 2008 roku "Gorączce w parku igieł". Niektórzy pewnie stwierdzą, że to co przekazuje w tym tracku Jimson jest chore. Na całe szczęście, utwór nie jest inspirowany osobistymi przeżyciami rapera pochodzącego ze Słupska, a jedną ze scen z filmu "Natural Born Killers". Chyba najlepszy utwór ze wspomnianej "Gorączki w parku igieł", aczkolwiek miał silną konkurencje w postaci "Umrę młodo" i "Eenie-Meenie-Miney-Moe" z gościnnym udziałem Te Trisa i Es Dwa.

Nneka - Heartbeat [YouTube]
Jedno z odkryć końcoworocznych. Nneka posiada piękny głos, który znakomicie sprawdza się w czarnej muzyce. Mieszkająca w Niemczech Nigeryjka doskonale balansuje między soulem, reggae i rapem, wzbogacając wszystko afrykańskimi ozdobnikami. "Heartbeat" to najbardziej charakterystyczny utwór wokalistki. Singiel z rytmicznym bitem przypominającym bicie serca. Rewelacja.

KSU - Jabol Punk [YouTube]
Zaraz, czy "Jabol Punk" nie zostało pokazane szerszemu gronu ponad 20 lat temu? Zostało. Ale w 2008 roku wypuszczono album "Akustycznie", a tam znalazła się wersja "bez prądu" tej sztandarowej piosenki KSU. Dodajmy, że brzmi ona o wiele lepiej niż oryginał z debiutanckiego "Pod prąd". Mimo, że zagrano ją akustycznie, to jest jakby w niej nieco więcej mocy.

The Jonesz - Lemonade [YouTube]
Bez wątpienia najlepszy utwór ze znakomitego, przesmacznego "Season One" polsko-kanadyjskiego duetu The Jonesz. Co ciekawe, bit do "Lemonade" przygotował jednak nie patr00, a Think Twice. Numer, którego nie nagrywa się codziennie.

Molesta - Martwię się (feat. Ero, Pablopavo) [YouTube]
Co by nie mówić o nierównym nowym albumie warszawskiej grupy-legendy, to utwór "Martwię się" chłopakom się udał. Znacznie powyżej oczekiwań spisał się Ero, którego skład JWP nigdy, doprawdy nigdy mnie nie zachwycał. A tutaj pojechał wzorowo, raz po raz wskazując rzeczy, którymi martwi się, patrząc na współczesny świat. Na koniec wygarnia polskim mediom, za negowanie popularności polskiego rapu. Do tego Pablopavo, który nie pcha się wszędzie jak nudny do szpiku kości Miodu z Jamala.

Smarshall Smatters - Młoda Foka [YouTube]
Track-niszczyciel. Smarki Smark nagrał idealny follow-up, doskonale oddając tzw. "chore jazdy Eminema". Gorzowianin pokazał tym utworem, że nadal potrafi nagrywać dobre, jak na Polskę świeże numery i że wcale nie skończył się na "Najebawszy", kiedy tak naprawdę wielbiciele rodzimego rapu dopiero o nim usłyszeli. Nie zdziwię się, jeśli właśnie ten utwór zostanie przez Was uznany za najlepszy spośród moich propozycji.

Afro Kolektyw - Mozart pisał bez skreśleń [YouTube]
Najprawdopodobniej najmniej trzymający się kupy kawałek z albumu "Połącz kropki". Zauroczył mnie on jednak przede wszystkim od strony stricte muzycznej. Już sam wstęp do piosenki pokazuje, że "Mozart pisał bez skreśleń" zapowiada się na coś zupełnie innego i właśnie tak jest w istocie. Afrojax znów bawi do łez, aczkolwiek - jak wspomniałem - jego kolejne wersy są niejako trochę oderwane od poprzednich. Mimo to, super numer.

O.S.T.R. - Mówiłaś mi... [YouTube]
Najbardziej charakterystyczny i - jak pokazują również różne statystyki - jeden z najczęściej słuchanych utworów z "Ja tu tylko sprzątam". "Mówiłaś mi..." nawiązuje poniekąd do kawałka "Mówisz", który znalazł się parę lat wcześniej na znakomitym albumie "Jazz w wolnych chwilach". Track nastraja pozytywnie, ale nie za sprawą - jak to często bywa u Ostrego - bujającego bitu, a dzięki - o dziwo - samemu tekstowi. "Ile szczęścia może dać jedna chmura na niebie?".

Loooptroop Rockers - Naive (feat. Timbuktu) [YouTube]
Absolutny banger roku. DJ Embee połączył klaysczne hip-hopowe brzmienie z klimatami house'owymi. Początkowo mnie to odrzucało, jednak w końcu kawałek do mnie przemówił i od tego czasu nie mogę przestać się nim jarać. Całe "Good Things" było super, ale to właśnie "Naive" wybijało się z płyty najbardziej. Nic lepszego w tym roku przeznaczonego do klubu, a w dodatku ocierającego się o rap, nie wymyślono.

Eldo - Nie pytaj o Nią [YouTube]
Hicior, z których przecież Eldoka nigdy nie słynął. Co więcej, warszawiak nagrywając przebój, nie porzucił swojego stylu. "Nie pytaj o Nią" traktuje o Polsce i całkiem rozsądnie odnosi się do tematu patriotyzmu. Utwór rzecz jasna był inspirowany piosenką "Nie pytaj o Polskę" Grzegorza Ciechowskiego. Najprawdopodobniej utwór o największym przesłaniu ze wszystkich zamieszczonych w tym zestawieniu.

Projektanci - Pamiętasz? (feat. Łona, Maja) [YouTube]
Mocno wybijający się utwór z dość przeciętnej płyty Projektantów. Co łatwo zrozumieć, wszystko dzięki Łonie, który zapodał świetną, jak zwykle humorystyczną zwrotkę. Szczecinianin opowiada swoje początki z rapem, które okupił uszkodzoną, o czym zresztą nie może zapomnieć "bo do dziś coś mu strzela w kostce". Warto zwrócić uwagę jeszcze na niejaką Maję, która naprawdę ładnie i ciepło wyśpiewała jak ulał pasujący do kawałka refren, co w polskim hip-hopie niestety nie jest na porządku dziennym.

Bakflip - Szahid [YouTube]
Jeden z moich największych faworytów. Janek Gajdowicz w mistrzowskiej formie przybliża nam charakterystykę izraelsko-palestyńskich konfliktów, skupiając się przy tym na jednostce. Wprawdzie nie padają z jego strony słowa potępienia, to trudno tej krytyki bliskowschodnich zawieruch nie wyczuć. Wszystko w akompaniamencie gitar Marka Dulewicza i kolegów. Świetny tekst i ogromna moc. Czego chcieć więcej?

Fisz Emade - Szef Kuchni [YouTube]
Najnowsza solówka braci Waglewskich pozytywnie mnie zaskoczyła. Spodziewałem się nijakiego materiału, otrzymałem coś doprawdy rewelacyjnego. Najbardziej do gustu przypadł mi numer "Szef Kuchni", czyli nietypowe, metaforyczne braggadocio w wykonaniu Fisza oraz wręcz mistrzowska forma Emade - kocham klasyczne brzmienie perkusji. Oni mają smak!

Łona i Webber - Świat jest pełen filozofów (feat. Smarki Smark) [YouTube]
To, że utwór zarządzi na mojej playliście wiedziałem jeszcze przed jego usłyszeniem. Łona i Smarki to klasa sama w sobie, a razem w jednym numerze mogli dokonać wielkich czynów. Kawałek utrzymany jest w ironiczno-humorystycznej konwencji, do jakiej przyzwyczaił nas mieszkaniec Szczecina. Smarki odnajduje się w niej idealnie, dostarczając słuchaczom naprawdę fajnego storytellingu (aczkolwiek zwrotka Łony jakby zabawniejsza). "Mijam ich, jestem świadkiem naocznym / Jak nie Hagel w windzie to Platon w nocnym / Kant wiezie mnie taksówką, Nietzsche mieszka w każdym bloku / Świat jest pełen filozofów".

Zeus - W dół [YouTube]
"Co nie ma sobie równych" to bez dwóch zdań największe zaskoczenie in plus tego roku. Wybór największego hitu z tego albumu sprawił mi jednak nie lada problem. Ostatecznie wybrałem "W dół", chociażby dlatego, że wg statystyk na LastFM był to najczęściej odtwarzany utwór Zeusa. Trzy różne historie, trzy różne postaci. Każdą z nich mimo wszystko coś ciągnie w dół. Dodajmy, że "z dziesięciu pięter w dół". Denerwować niektórych może wkyrzykiwany refren, lecz warto się zastanowić, czy wtedy utwór nie straciłby za wiele.

Nicolay & Kay - When You Die [YouTube]
Bodajże pierwszy z zamieszczonych tu hitów 2008 roku, który miałem okazje usłyszeć. Nicolay przygotował bit z tak mocnym i wyrazistym basem, że niemal od razu lądujemy na łopatkach. Kay żadnym wielkim raperem nie jest, ale w "When You Die" spisał się wręcz wzorowo. Pierwszorzędna robota, której zarzucić nie można dosłownie.

eMC - Winds of Change [YouTube]
Choć na ogół amerykański rap raczej do mnie nie przemawia, to eMC szybko zwróciło moją uwagę. Duża w tym zasługa numeru "Winds of Change", który wpierw zauroczył mnie bitem, a później poszczególnymi wersami. Najbardziej do gustu przypadły mi linijki ukazujące zmiany na podstawie konsol do gier. Niby mała rzecz, w dodatku nawinięta dość prostymi rymami, a mimo tego cieszy.

PeeRZet - Zwyczajnie niezwyczajni [YouTube]
Jedyny głębszy (aczkolwiek bez przesady z tą głębią) track z "Hipocentrum" PeeRZeta. Przy okazji najlepszy utwór z płyty utrzymanej w dość podobnej konwencji co "Muzyka Rozrykowa" Pezeta. PeeRZetowi zarzucić nie można nic - w porządku tekst, dobre flow i charakterystyczny głos. Co więcej, naprawdę niezły bit dał Puzzel.

Lilu - Żyję Spox (feat. Finker) [YouTube]
Numer zamykający zestawienie. Track utrzymany w dość luźnym klimacie, Lilu raczej przeciętnie, za to genialnie spisał się Finker. Mocne wejście w bit oraz dobre, wpadające w pamięć wersy ("Jestem fanem monarchii jak Marek Jurek") - to wszystko czym zaskoczył nas raper znany z grupy Klimat. Wprawdzie na "La" był jeszcze dobry utwór ze Smarkiem, ale jakoś tak wyszło, że to "Żyję Spox" zyskało moje większe uznanie.

A teraz możecie już tylko głosować!

niedziela, 24 sierpnia 2008

Games Convention 2008

Games Convention 2008 przeszło już właściwie do historii. Na lipskich targach byłem w piątek, kiedy to drzwi otwarte były dla zwiedzających najdłużej, bo aż do 20:00. Przez ponad 10 godzin zobaczyłem mnóstwo nowych i dobrze zapowiadających się gier, ogromną ilość pięknych hostess oraz niezliczoną liczbę dziwów, nietypowych rozwiązań i tym podobnych. Przy pomocy poniższego tekstu i zamieszczonych zdjęć autorstwa mojego taty, Mirosława Blatkiewicza, postaram się przybliżyć to, co na własne oczy widziałem.

Games Convention 2008 to 6 hal. Na tym ogromnym terenie swoje stanowiska ulokowali najwięksi branży poczynając od Electronic Arts, idąc przez Activision, Take Two, THQ i Ubisoft, kończąc na Microsofcie i Sony. W tym roku zabrakło oficjalnego stoiska Nintendo, ale może tylko mi nie udało się znaleźć japońskiego giganta. Nie wiem do końca jak tegoroczne targi prezentowały się w liczbach, ale jedno jest pewne - wszystkiego w jeden dzień, choćby był wydłużony względem dni poprzednich, po prostu nie dało radę ogarnąć. Zabrałem się więc za rzeczy, które jako tako mnie interesują, a całą resztę erpegów, efpeesów, gier massive multiplayer i pozostałe podobne nudziarstwo najzwyczajniej w świecie olałem. Założenie to pozostawiam indywidualnej ocenie każdego z czytelników. Większość z Was na Games Convention jechać nie mogła bądź nie chciała, ale informacje nt. gameplayu poszczególnych, oczekiwanych przez daną osobę tytułów na pewno ucieszą. Jeśli więc oczekiwaliście opisu tego, jak grało się w "Starcrafta II" (a tego w poniższym tekście nie znajdziecie), to posmutniejecie i dacie tej relacji niższą notę. Dość jednak tego wodolejstwa, przejdźmy do meritum.

Jeśli miałbym wybrać grę targów biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie czas spędzony przed monitorem/handheldem w ręku, to bez dwóch zdań ów tytuł zgarnąłby "Burnout: Paradise" w wersji na PC-ty. Szczerze mówiąc nawet nie wiedziałem, że dzieło Criterion szykuje atak na blaszaki, a tu proszę - już w styczniu przyszłego roku, będziemy mogli porozbijać parę aut, przy niezwykle szybkiej jeździe i niepuszczaniu palca z przycisku odpowiadającego z tzw. boost, czyli dopalacz. I to wszystko bez kupowania jakiejkolwiek konsoli! Co się zmieniło względem wersji poprzednich, znanych właściwie przede wszystkim posiadaczom PlayStation 2? Bardzo, ale to bardzo wiele. Przede wszystkim do dyspozycji mamy teraz - wzorem ostatnich Need for Speedów, Midnight Clubów i całej reszcie tego pro-tuningowego badziewia - całe miasto, po którym jeździmy sobie spokojnie, "nabijamy" nitro starymi metodami i zatrzymujemy się w miejscach do tego wyznaczonych, aby wystartować w takim a takim wyścigu. Rozwiązano to całkiem fajnie, a miasto nie jest jakieś przesadnie duże, aby przemieszczanie się po nim znudziło się zbyt szybko. Zrezygnowano z tzw. "crashy", czyli trybu, w którym dokonywaliśmy kosmicznych karamboli. Zrezygnowano, ale nie do końca. W "Paradise" możemy w dosłownie każdym momencie przytrzymać dwa triggery i już po ułamku sekundy uruchamia się coś w rodzaju "crashy" właśnie. Z tą jednak różnicą, że mając odpowiednią ilość nitro możemy auto "przenosić" z miejsca na miejsce, trafiając na kolejne samochody i autobusy, za które - nawiasem mówiąc - otrzymujemy mnożnik. Całość stanowi swego rodzaju grę w grze, dającą sporo frajdy (choć po paru razach pewnie się nudzi). Fajne były reakcje pracowników EA, kiedy to pobijałem nowe rekordy w "crashach" i drugim moim ulubionym trybie - "Road Rage". Wow, you are pro! - krzyczeli.

Przez dziennikarzy grą targów okrzyknięto "LittleBigPlanet" (opisywane przeze mnie dawno temu tutaj). I w sumie coś w tym jest. Exclusive dla PlayStation 3 to produkt zaiste genialny. Niestety nie dopchałem się do konsoli, na której można było tworzyć poziomy, ale za to udało mi się rozegrać jeden, przygotowany przez speców z Sony level. Na pierwszy rzut oka "LittleBigPlanet" to typowa platformówka "starej szkoły" (mam tu na myśli rzecz jasna ujęcie akcji z boku). Szybko jednak to wrażenie umyka. Japończyki stworzyli platformera na wskroś oryginalnego i nowatorskiego. To zasługa realistycznego silnika fizyki - powie ktoś, kto opisywaną grę widział w akcji, lecz pada w ręku już nie trzymał. Jasne, trochę racji ma, fakt zaimplementowania znakomitego silnika fizyki to jedno, a umiejętność jego wykorzystania to drugie. Programiści z Sony przygotowali w tej materii potencjalnemu nabywcy szerokie pole do popisu. Beczki się ruszają, windy unoszą i spadają, a zawieszone na linach drewniane kładki kołyszą się pod wpływem ciężaru naszego bohatera. Najfajniejszy jest jednak właśnie on, awatar wcześniej stworzony przez nas przy pomocy specjalnego kreatora. Nie dość że wygląda milusio, to jeszcze posiada całkiem spore możliwości. Dla przykładu - spusty DualSchocka 3 odpowiedzialne są odpowiednio za prawą i lewą rękę, co przydaje się do chwytania wszelkiej maści lian, które często są naszą jedyną drogą do ukończenia poziomu. Na samym finiszu na gracza czeka boss - pokonamy go, jak to zwykle bywa w tego typu grach, nie siłą, a sprytem. Warto dodać, iż "LittleBigPlanet" daje ponoć ogromne możliwości współpracy z innymi graczami, czego - niestety - nie mogłem już sprawdzić.

Spore wrażenie zrobiło na mnie też "Guitar Hero on Tour" przeznaczone na kieszonkowego Dual Screena. Po obejrzeniu tego filmiku, wiele osób, do których zresztą dość nieśmiało się przyłączyłem, pukało się w głowę. Na Games Convention 2008 rozwiałem jednak wszystkie swoje wątpliwości. Guitar Hero na DS-a daje równie wielką radochę, co Guitar Hero na popularną "peesdwójkę" czy też Xboksa 360. Stylusem "wybijamy" odpowiedni rytm, a określone dźwięki wybieramy przy pomocy dołączanej do gry nakładki. Początkowo wszystko wydaje się za małe, ale po kilku minutach byłem już przyzwyczajony do sprzętu w skali mikro. Nie muszę chyba mówić, że bezbłędnie zagrane "Breed" Nirvany, na takim właśnie kieszonkowym wydaniu gitary, dało mi mnóstwo satysfakcji. Wrażenie jakie wywarło na mnie "Guitar Hero on Tour" było tak duże, że już teraz planuje zakup Dual Screena. Od czasu sprzedania PSP nie miałem na własność żadnej konsoli, a handheld Nintendo wydaje się spełniać wszystkie moje wymagania odnośnie "kieszonki".

Jak zwykle ogromne emocje budziły gry piłkarskie. Najpierw przetestowałem "Pro Evolution Soccer 2009". W porównaniu do ubiegłorocznej edycji gra się o wiele lepiej. Wprawdzie dynamizm zabawy trochę siadł, ale nie zmienia to faktu, iż liczba błędów znanych z PES 2008 wyraźnie zmalała. Czy jest to efekt ogromnych zmian, czy - wręcz przeciwnie - skromnych, kosmetycznych poczynań speców z Konami, tego niestety nie wiem. Jeden rozegrany przeze mnie mecz to po prostu za mało, aby wyłapać takie szczegóły. Inna sprawa, że właśnie to jedno spotkanie wystarczyło, aby odprawić niemieckojęzycznego przeciwnika 2:0. Można powiedzieć, że było wręcz łatwo. "FIFA 09" podobnie jak nowy PES zelektryzowała setki graczy przybyłych do Lipska. Co ciekawe, dostać się do piłki kopanej od Electronic Arts było co najmniej kilka razy trudniej niż do odpowiednika od japońskiego giganta. Wszystko za sprawą małej ilości standów z grą. W końcu się jednak dopchałem do trzeciej "plejstacji" z wyżej wspomnianym tytułem. Wrażenia takie jak co roku - gra się całkiem przyjemnie, ale wydaję mi się, że do PES-a wciąż daleko. Za wolno i za ślamazarnie. Fani serii nie powinni być jednak zawiedzeni.

Kolejne gry nie wywarły już na mnie takiego wrażenia. "Tomb Raider: Underwold" to kolejne, trzecie już przygody Lary Croft przygotowane przez programistów z Crystal Dynamics. Oparte na tych samych schematach co "Legenda" i "Anniversary", tj. mnóstwo elementów platformowych, parę zagadek oraz niewielka ilość walk przy użyciu broni palnej. Wersja prezentowana na targach miała to do siebie, że spore kłopoty sprawiało sterowanie i - zwłaszcza - kamera. Niemniej, dzięki niej odkryłem, że graficy z Crystal Dynamics kolejny raz mocno popracowali nad Larą wygładzając, powiększając i uwypuklając to i owo.

Ze sporym zaciekawieniem podszedłem do "Mirror's Edge" - nowatorskiej produkcji twórców słynnego "Battlefielda", będącej połączeniem FPS-a z grą action-adventure. Rzecz dzieje się w utopijnej przyszłości, a nasz bohater jest gońcem płci żeńskiej przenoszącym cenne informacje. Wszystko dzieje się w widoku z pierwszej osoby, a nasze zadanie polega na przedostaniu się z punktu A do punktu B. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że biegamy po... drapaczach chmur. Większość z Was wnet pojęła, że nasza bohaterka uprawia nic innego, a mający swe korzenie we Francji le parkour. Grając w "Mirror's Edge" jakieś 15-20 minut zauważyłem, że program owszem ma potencjał, ale nie jest skierowany dla mnie, bowiem sterowanie sprawiło mi nieco za wiele trudności. Pan z EA bardzo starał mi się pomóc, mówił nawet po angielsku (zresztą jak cały personel na targach), no ale drygu do tego typu gier mi niestety nikt nie podaruje.

W obroty wziąłem również dwa, dość bliźniacze tytuły, a mianowicie "Motorstorm 2" oraz "Pure". O ironio do gustu bardziej przypadło mi to drugie. W "Pure" gracz ściga się na quadach oraz - dodatkowo - robi przy tym różnego rodzaju ewolucje. Frajdy przy jeździe i skokach jest co nie miara, aż szkoda, że wyjdzie to tylko na PS3. "Motorstorm 2" spodobał mi się już średnio, lecz było to spowodowane raczej tym, iż po prostu nie szło mi za dobrze. Było też "Spore" (więcej o tem tutaj), w które jednak nie zdołałem zagrać. Ludzie okupowali standy z nowym projektem Willa Wrighta straszliwie. Ponadto, każdy komputer odpaloną miał inną fazę rozwoju organizmu, a ja chciałem zagrać od samego początku aż po samiutki koniec. Tak się jednak nie dało, więc "Spore" sobie darowałem. Premiera już za 2 tygodnie, więc nie ma co się gorączkować.

Games Convention 2008 to bez dwóch zdań impreza udana. Niestety, na przełomie 3 ostatnich lat nie zanotowałem jakiegoś zauważalnego rozwoju targów. Ten nastąpi jednak najprawdopodobniej już w przyszłym roku, kiedy to cały cyrk zostanie przeniesiony do Kolonii, gdzie już raczej niestety się nie wybiorę. Chciałem w tej relacji umieścić jak największą ilość informacji o grach, które za jakiś czas pojawią się na półkach sklepowych. Biorąc pod uwagę jednak to, że na blogu powinny przeważać krótkie formy wypowiedzi, całość starałem się skrócić jak najbardziej się dało (choć i tak mocno się rozpisałem). Nie mogłem zamieścić wszystkich informacji. Dlatego też, jeśli macie jakieś pytania, to śmiało zadawajcie je w komentarzach. Na pewno na nie odpowiem.