Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dźwięki ze świata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dźwięki ze świata. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Nneka w Palladium

Nnekę Egbunę poznałem pod koniec ubiegłego roku, kiedy w moje łapska trafiło "No Longer At Ease", najnowszy album nigeryjskiej wokalistki. Krążek z miejsca doceniłem, aczkolwiek daleko mi do tego, aby nazywać się fanem autorki wielkiego przeboju "Heartbeat". Kiedy jednak usłyszałem, że Nneka wystąpi w Polsce, w tym m.in. w warszawskim Palladium, natychmiast podjąłem decyzje o uczestnictwie w tym koncercie.

4 kwietnia, koło godziny 19:30 byłem już na ulicy Złotej. Klub Palladium bardzo mi się spodobał, choć na początku sprawiał wrażenie toporności - zresztą nic dziwnego, w końcu jeszcze za PRL-u było tam kino.

Koncert miał zacząć się o 20:00, Nneka spóźniła się jednak jakieś 15 minut. Porównując to jednak do niektórych polskich artystów, taki poślizg to żaden poślizg. Szczerze mówiąc nie pamiętam, jakim utworem Egbuna rozpoczęła koncert. Jego początek był jednak dość charakterystyczny - na scenę wyszedł gitarzysta pochodzący z Brazylii i zaczął rozgrzewać publiczność funkową melodią. Wkrótce zaczęli pojawiać się kolejni muzycy grający z Nneką - jamajski keybordzista, kameruński basista-beatboxer oraz niemiecki perkusista, który nawiasem mówiąc pod względem powierzchowności pasował najmniej do reszty zespołu. W muzyce odnalazł się jednak rewelacyjnie, co rusz grając wyśmienite solówki.

W końcu wkroczyła też Nneka. Poznać można było ją nie tylko po głosie, ale również po charakterystycznym afro. Po piosence otwierającej, Nigeryjka zaśpiewała znakomite "Walking" i nawiązała pierwszy kontakt z publicznością. Egbuna okazała się sympatyczną osobą, mającą duże poczucie humoru. Wyraźnie zaznaczyła, że w muzyce liczy się dla niej przede wszystkim przekaz, dlatego przed wykonaniem każdego kolejnego numeru starała się tłumaczyć, co miała na myśli, pisząc do niego tekst.

A co jeszcze Nneka zaśpiewała? Głównie przeboje ze swojej najnowszej płyty. Warto zwrócić tu uwagę na inne niż na krążku aranżacje. Większość piosenek zabrzmiała o wiele ostrzej - główna tu zasługa wszędobylskiej gitary oraz basu. Pod tym względem naprawdę nowe, bardziej rockowe brzmienie zyskał utwór "Suffri" - po prostu rewelacja. Najbardziej spodobał mi się jednak kawałek zagrany na bis, a mianowicie "Focus". Już w wersji studyjnej Nneka pokazuje tam lwi pazur, na koncercie utwór był już prawdziwą bombą. Egbuna potrafi świetnie rapować na żywo, a w akompaniamencie ostrych gitarowych riffów wypada to wręcz genialnie.

Atmosfera w Palladium nie była może tak dobra jak na koncertach chociażby Kultu, publiczność znała właściwie tylko tekst do "Heartbeat", które podobnie jak "Focus" Nneka z zespołem zagrała na bis. Niemal wszyscy reagowali jednak na poczynania nigeryjskiej wokalistki żywiołowo. Nic dziwnego, w końcu zaprezentowała się naprawdę świetnie - nie podejrzewam, aby ktokolwiek żałował wydanych pieniędzy. Tylko Hirek Wrona stał jakiś taki bez życia i energii. On to już chyba widział niejedno i ciężko go zadziwić...

piątek, 13 marca 2009

Skandaali - Kultalevy

Mówiąc o Finlandii myśli się przede wszystkim o mroźnym klimacie, świętym Mikołaju, telefonach Nokia oraz o bardzo dziwnym i pokręconym języku charakteryzującym się aż 13 przypadkami. Mi od jakichś dwóch lat kojarzy się on jeszcze ze Skandaalim - jednym z czołowych raperów (może nawet najpopularniejszym) z działających na tamtejszej scenie. Choć polecono mi kilka jego albumów, szczególnie przypodobałem sobie krążek "Kultalevy".

W rapie najważniejszy jest przekaz, tekst, warstwa liryczna - to dość obiegowa opinia odnośnie mojego ulubionego gatunku muzyki. Na ogół się z tym zgadzam, lecz czasami przesłanie staje się całkowicie nieistotne, zwłaszcza gdy sprawadzam produkcje z krajów dość egzotycznych, kiedy nie mam najmniejszych szans na zrozumienie treści albumu. Słuchając Skandaaliego szybko zajarzyłem, że mam do czynienia z raperem o prawdziwie kosmicznym skillu. Oczywiście w związku z moją nieznajomością fińskiego może mi się tylko tak naprawdę wydawać, że chłopak dysponuje znakomitym flow. Posłuchajcie sobie jednak otwierające album "Tää O Räppii" - Skandaali miejscami nawija tam z taką szybkością, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. A trzeba przecież pamiętać, iż na jednym z dwóch urzędowych języków Finlandii można dosłownie połamać sobie język. Nie mam pojęcia, czy Skanadaali faktycznie posiada rewelacyjną dykcję, ale co najmniej sprawia takie wrażenie. Ciekawe ile zajęłoby dobrze wyszkolonemu polskiemu raperowi nauczenie się kwesti z "Tää O Räppii".

Drugim mocnym punktem "Kultalevy" są bity. Nie mam zielonego pojęcia, czy smaży je sam Skandaali, czy może robi to za niego cały sztab najlepszych fińskich producentów, co jednak nie zmienia faktu, że pod względem brzmienia albumowi dosłownie nic nie można zarzucić. Absolutnym mistrzem w tej materii jest największy przebój z płyty, kawałek "Elämä On Peli", w którym znakomicie podsamplowano skrzypce. Warto zwrócić też uwagę na numer "Mä en tee mitää" - bit oparto tu o sampel budzący skojarzenia z komedią "Va Banque". Wydaję mi się jednak, że akurat ta melodia nie została zaczerpnięta z polskiego filmu, a raczej wykorzystano jakieś klasyczny przykład jazzu z Nowego Orleanu.

Są takie albumy, których w ogóle nie rozumiem. Coś jednak przykuwa do nich moją uwagę. Tego typu krążkiem jest właśnie "Kultalevy" Skandaaliego. Nie jest to może materiał na miarę "73 Touches" i "Place 54" Hocus Pocus, a przecież - nawiasem mówiąc - francuskiego też nie znam, lecz trzyma naprawdę wysoki poziom. Jeśli jesteście ciekawi jak to wszystko brzmi po fińsku oraz chcecie się przekonać, czy naprawdę Skandaali ma tak potężne umiejętności jak pisałem, to "Kultalevy" powinniście jak najbardziej sprawdzić. Doskonałą zachętą powinny być wyśmienite bity, które nie są na porządku dziennym w tak egzotycznych dla hip-hopu miejscach.

Ocena: 8/10

piątek, 23 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - TOP 6!

Czołowa szóstka to dwie płyty polskie, dwie zagraniczne i – tu pewne kuriozum – dwie ani rodzime, ani auslanderskie. Dwie z podziemia. Jedna oparta na filmie, jedna w klimatach reggae, a jeszcze jedna w dość imprezowym nastroju. Lecz tylko jedna z nich jest numerem jeden. Tamtararam!

06. Jimson – Gorączka w parku igieł
Jedna z pierwszych premier w 2008 roku i od razu genialna produkcja. Koncept epka oparta na wyśmienitym filmie "Natural Born Killers". Jimson idealnie wpasował się w mroczny, trochę psychodeliczny klimat obrazu Olivera Stone’a. Pewne kontrowersje zapewne budzi długość epki. Niektórzy źle odbiorą również dwa utwory, w których studiujący w Szczecinie raper atakuje co najmniej połowę polskiej sceny hip-hopowej. Dostaje się głównie VNM-owi i Smarkowi. No i jeszcze gorzowskim drzewom się trochę oberwało. Wszystkie te ataki traktuję z dużym dystansem. Ważne, że Jimson spisał się naprawdę rewelacyjnie. I ten klimat rodem z "Urodzonych Morderców"...

05. The Let Go – Tomorrow Handles That
Jedna z niespodzianek, które poznałem pod koniec ubiegłego roku. A szkoda, bo mam wrażenie, że jeszcze bardziej bym się nią zajarał latem. W tym przekonaniu utwierdza mnie przede wszystkim optymistyczny nastrój płyty, duża ilość śpiewanych refrenów oraz bity na soulowych i funkowych samplach. Patrząc na to zestawienie, można stwierdzić, że w tym roku absolutnie w USA zarządziły składy z Seattle – najpierw Common Market, a potem The Let Go. Prawda jest jednak taka, że największe miasto ze stanu Waszyngton wygrało chyba tylko w moim, prywatnym rankingu. Niemniej "Tommorow Handles That" to prawdziwy powiew świeżości, który znany powinien być dosłownie każdemu.

04. Afro Kolektyw – Połącz Kropki
Afro Kolektyw mnie bardzo, ale to bardzo zaskoczył. Wprawdzie spodziewałem się dobrej płyty, lecz nie miałem pojęcia, że Afrojax i spółka przygotują taką rewelację. Można pokusić się o stwierdzenie, że brzmienie jakie zaserwował nam zespół, to daleko posunięta ewolucja tego, co muzycy zaprezentowali jeszcze na "Płycie Pilśniowej". Na "Połącz Kropki" powiększyło się instrumentarium – głównie o instrumenty smyczkowe, które tak fenomenalnie spisały się w "Ostatecznym rozwiązaniu naszej kwestii". Poza tym, genialne, ironiczne i przezabawne teksty napisał Afrojax – polska, hip-hopowa płyta roku.

03. Gera Morales i Dubska – Dubska Divison
O tej kolaboracji usłyszałem przy okazji gorzowskiego Reggae nad Wartą. Wspólnym występem Gerberta Moralesa z Jah Division oraz zespołu Dubska byłem tak zachwycony, że natychmiast zacząłem poszukiwania płyty. Kiedy ją wreszcie znalazłem, nie zawiodłem się. Gera jak nikt inny w tej części Europy potrafi przekazać pozytywną energię samym swoim śpiewem. Od Moralesa aż bije optymizm i autentyczność. Album zawiera kilka nowych utworów oraz parę starych piosenek znanych z repertuaru Jah Division, acz w nieco innych aranżacjach. Fajnym pomysłem było dodanie do wydawnictwa filmu dokumentalnego, będącego swoistą relacją z pobytu jednego z ojców rosyjskiego reggae w Polsce.

02. Looptroop Rockers – Good Things
Wstyd się przyznać, ale dopiero dzięki „Good Things” poznałem szwedzki Looptroop. Wprawdzie podzielam opinię, jakoby to nowa płyta była gorsza od dwóch poprzednich, lecz nie zmienia to faktu, że jest to naprawdę wyśmienity krążek. Mniej trueschoolowy od poprzednich dokonań Promoe, Embee i spółki, ale za to bardziej bujający. Nic dziwnego, w końcu „Good Things” wypełnione jest bangerami po brzegi. Najbardziej do ruchu pobudzają dwa single – „The Building” oraz czerpiące garściami z house’u „Naive”. Mnie do gustu przypadło jeszcze kończące album „Puzzle”. Utwór kojarzy mi się z finiszem świetnej imprezy, kiedy to uczestnikom zabawy zaczyna już brakować sił i zaczynają powoli rozmyślać o powrocie do domu. „Good Things” = MIAZGA.

01. The Jonesz – Season One
W Japonii wydane w 2007, do Polski – za sprawą Asfalt Records – trafiło dopiero w 2008. „Season One” niemal w całości wyprodukował urodzony w naszym kraju producent. Patr00 na co dzień mieszka jednak w kanadyjskim Montrealu, gdzie poznał Jessie Maxwella. Razem z nim założył duet The Jonesz. Debiutancki album grupy, to przede wszystkim genialne bity patr00 – dla mnie jest to obecnie jeden z najlepszych polskich producentów na scenie. Co ważne, Jessie Maxwell również spisał się znakomicie. Nie tylko ma całkiem fajne teksty, ale również posiada naprawdę spore umiejętności. „Season One” znalazło się na najwyższej pozycji również dlatego, że nie schodziło z mojej playlisty przez naprawdę długi okres. Poza tym, album został naprawdę pięknie wydany - wykorzystano digipack najwyższej jakości, który stylistyką nieco przypomina mi opakowania od winyli. W 2008 roku to właśnie The Jonesz było numerem jeden.

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

czwartek, 22 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 12-7

Miejsca 12-7 przypadły w głównej mierze debiutantom. Jest zbrodniarz od wielu morderstw. Jest duet, co jeszcze grubo ponad rok temu pytał, czy ich znamy, a w październiku wydał już swój pierwszy legal. Jest też łodzianin, który pierwszą swoją mainstreamową płytę nagrał na dziesięciolecie działalności. Są wreszcie reprezentanci Lublina – ci od dobrej muzyki i ładnego życia. Poza tym pomiędzy 12. a 7. pozycją znajdziecie mieszkającą w Niemczech Nigeryjkę oraz najlepszy rap oparty na gitarowych riffach w Polsce.

12. Bonus/Matek – Wspomnienia z domu umarłych
Kolejna podziemna produkcja, która wywołała spore zamieszanie w moim „muzycznym życiu”. Bonus wraz z Matkiem nagrali koncept album jak na Polskę bardzo oryginalny. Tematyka wszystkich utworów kręci się wokół – a to ci heca – zabijania. Samobójstwo, masakra w szkole, morderstwo na zlecenie – to wszystko się na „Wspomnieniach z domu umarłych” znalazło. Sugestywne teksty Bonusa uzupełniane są przez mroczne, znakomicie dopasowane do klimatu krążka bity Matka. Materiał obowiązkowy dla osób, narzekających na brak świeżości w polskim rapie. Ostatnio przeprowadziłem z Bonusem wywiad.

11. Raca/Stona/DJ Ike – Samotność, Wolność, Pasja
Tak wysoka pozycja legalnego debiutu Racy pewnie spotka się ze sporą krytyką hejterów, którzy zarzucają mi swoiste podlizywanie się raperowi z Olecka, ale nic nie poradzę na to, że „Samotność, Wolność, Pasja” podoba mi się o wiele bardziej od chociażby takiego „Ja tu tylko sprzątam”. Na longplayu znalazło się parę naprawdę pomysłowych tracków (mam tu w głównej mierze na myśli „Rewers”, „Gdy Cię Znajdę” oraz „Samotność”). Dobrze spisali się również goście – m.in. W.E.N.A., Ras Luta oraz – przede wszystkim – Duże Pe. Z Racą również był swego czasu wywiad.

10. Bakflip – 12 Nędznych Ludzi
W 2007 roku rock z rapem łączyło rewelacyjne Sekaku, w 2008 do głosu powrócił Bakflip, czyli Janek Gajdowicz z łódzkiego składu Afront oraz swoisty człowiek renesansu w dziedzinie muzyki, niejaki Marek Dulewicz. „12 Nędznych Ludzi” to bez wątpienia album znacznie przewyższający wydane 2 lata wcześniej „Ke Ke Ke”. Podobać się może nie tylko ostre, gitarowe granie, ale również warstwa liryczna. W swoich tekstach Janek Gajdowicz wylicza najbardziej denerwujące go wady ludzkie, czasem zdarza mu się też zahaczyć o tematy około-polityczne jak chociażby w rewelacyjnym „Szahidzie”.

09. Nneka – No Longer at Ease
Mieszkająca obecnie w Niemczech Nigeryjka nagrała w 2008 roku hit „Heartbeat”, oparty – jak sama nazwa wskazuje – na podkładzie imitującym bicie serca. Jak się jednak okazało cała płyta „No Longer at Ease” to naprawdę fenomenalna robota. Nneka posiada rewelacyjny głos, który potrafi – w razie czego – całkiem dobrze modulować. Dzięki temu może spokojnie balansować pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi – od soulu, przez reggae, aż po rap. Wszystko polane dźwiękami kojarzącymi się z Afryką. Mistrzostwo świata!

08. Rasmentalism – Dobra muzyka ładne życie
Jedna z dwóch najlepszych podziemnych produkcji z 2008 roku. Genialne bity zapodał Ment, świetnie na nich popłynął Ras. Na „Dobra muzyka ładne życie” znajdziemy zarówno luźniejsze utwory, jak i te poważniejsze. W powstaniu płyty swój wkład mieli m.in. PeeRZet, Jot, Rebels of the Grain oraz trio beatbokserskie Al-Fatnujah. Takie numery jak „Pierwszy i ostatni raz”, „Nie słuchasz”, „Bez zmian Panie Waglewski”, „Kupuj polskie rap płyty” czy „Linia ognia” opanowały moją foobarową playlistę na bardzo długo. Mógłbym słuchać tego w kółko. Z niecierpliwością czekam na „Duże Rzeczy”.

07. Zeus – Co nie ma sobie równych
Po „Co nie ma sobie równych” szczerze mówiąc nie spodziewałem się za wiele. Zeus nigdy nie kojarzył mi się z żadnym super raperem, a właściwie – mówiąc szczerze – brałem go raczej za mocno przeciętnego MC. Łodzianin przygotował jednak drugą – obok „Seansu Spirytystycznego” – najszczerszą i najbardziej autentyczną płytę w 2008 roku. Proste linijki, brak jakichś wielkich umiejętności. Mimo wszystko, trudno się legalnym debiutem Zeusa nie zajarać. Może to przez naprawdę dobre bity? Ciężko powiedzieć. Świetny album, który kręcił się w odtwarzaczu bardzo długo.

Ostateczne rozwiązanie naszej kwestii już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

wtorek, 20 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 24-19

Pomiędzy 24. a 19. pozycją znalazły się aż trzy zagraniczne tytuły. Dwa ze Stanów, jeden z Czech. Na płycie od Pepików jest jednak tyle przedstawicieli sceny zza oceanu, że jest ona wręcz bardziej amerykańska niż czeska. Co poza tym? Polak śpiewający z duńskim akcentem, rap ocierający się o jazz wprost z Wrocławia oraz opanowany prze mrok gdański MC, stały bywalec teatru niemych lalek.

24. Roszja i Lu – Przez Ścianę
Materiał wydany na winylu jeszcze w 2007 roku, lecz do szerszego grona słuchaczy – za sprawą Internetu – trafił dopiero w 2008. Roszja i Lu swego czasu tworzyli wrocławski Sfond Sqnksa, czyli grupę z powodzeniem mieszającą rap z funkiem. Teraz porzucają jednak ulubione brzmienie George'a Clintona i przenoszą swoją twórczość w bardziej jazzowe klimaty. Dodajmy, że cała ta operacja wyszła naprawdę bardzo dobrze. Jedynym minusem jest długość albumu. „Przez Ścianę” to tylko epka, a chciałoby się jakiś album długogrający od tego duetu.

23. Common Market – Tobacco Road
Album utrzymany w podobnym klimacie, co docenione przy okazji podsumowania 2007 roku „Bayani” Blue Scholars. Nic dziwnego, w końcu Tobacco Road wyszło spod dłuta tego samego producenta. Warto zaznaczyć, że Sabzi – Irańczyk z pochodzenia, to nie tylko wyśmienity bitmejker, ale również pianista jazzowy, co wyraźnie odbija się na brzmieniu albumu. Pod jego podkłady nawinął RA Scion – raper o porównywalnych umiejętnościach, co Geologic z przywoływanego przed chwilą Blue Scholars. Jazz-hop na najwyższym poziomie.

22. eMC – The Show
Kolejna, nie ostatnia, zagraniczna produkcja w zestawieniu. Amerykańskie eMC przykuło uwagę prawie każdego wielbiciela rapu, zwłaszcza jeśli ktoś gustuje w produkcjach zza oceanu. Nic dziwnego, w końcu grupę nie tworzą anonimowi ludzie. „The Show” przypadało mi do gustu stopniowo – pierw zajarałem się numerem „Winds of Change”, następnie utworami „U Let Me Grow” i „Make It Belter”. Później wszystko poszło już z górki. 22. pozycja jak najbardziej zasłużona.

21. Czesław Śpiewa – Debiut
Jedna z nielicznych pozycji w zestawieniu, reprezentujących inny gatunek muzyczny niż rap. Ponadto, jest to jedna z tych ambitniejszych produkcji, którą z wielką chęcią połykają masy. Spowodował to charakterystyczny akcent i głos Czesława Mozila w połączeniu z zabawnymi tekstami napisanymi przez internautów oraz z dość niecodziennym i rzadko spotykanym brzmieniem. Przyszłość pokaże, czy był to jednorazowy wyskok mieszkającego w Danii Polaka, czy może tylko preludium do jakiejś większej kariery.

20. Skor – W teatrze niemych lalek
Jedna z większych, ubiegłorocznych niespodzianek. Trzecia solówka Skora poraża mrocznym do szpiku kości klimatem. Przy okazji tego podsumowania, pragnę dopuścić się sprostowania pewnej nieścisłości jaka pojawiła się w mojej recenzji. Otóż materiał nie został wyprodukowany przez Skora, a przez Shadowville. Trzeba zaznaczyć, że bity znakomicie oddają klimat krążka. Nastroju trzyma się też sam raper, nagrywający – nawiasem mówiąc – w Gdańsku. Jego flow, głos oraz dykcja idealnie dopasowują się do tematyki albumu.

19. DJ Wich – The Golden Touch
Płyta, która udowodniła, że również w Europie Środkowo-Wschodniej można nagrywać producenckie płyty z gościnnymi występami największych tuzów amerykańskiej sceny. Lil’ Wayne, Talib Kweli, Little Brother, M.O.P., Rasco – ci wykonawcy robią spore wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że DJ Wich jest Czechem. Co więcej, producent zza południowej granicy przygotował naprawdę kozackie bity, które bujają aż miło. Czego chcieć więcej?

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 30-25

Płyty ulokowane między 30. a 25. miejscem to zarówno zawody, niespodzianki, jak i materiały dosłownie znikąd oraz twory niedocenione. Jeden polski raper z najwyższej półki, jeden światowej klasy producent, jeden zespół punkrockowy, który na najnowszej płycie z punk rockiem nic wspólnego już nie ma. Mówiąc prościej, jest ciekawie!

30. Pih – Kwiaty Zła
Jedynym czynnikiem powodującym, że jako tako wyczekiwałem „Kwiatów Zła” był featuring Brudnych Serc. Okazało się jednak, że Pih nie jest takim złym raperem. Zwłaszcza, jeśli już przyzwyczaimy się do jego nietypowej barwy głosu i jeszcze bardziej oryginalnego sposobu jego wydobywania. Liryzm na wysokim poziomie przeplatany jest tu niestety ze słabymi, często wręcz zabawnymi wersami. Miejsce w czołowej „trzydziestce” się jednak jak najbardziej należy.

29. KSU – Akustycznie
Album, dzięki któremu poznałem twórczość bieszczadzkiego KSU. Siczka i spółka przygotowali krążek mniej ostry od poprzednich, co zresztą nie dziwi, w końcu taka już specyfika płyt nagrywanych „bez prądu”. Akustyczna wersja piosenki „Jabol punk” to prawdziwy majstersztyk. Pozostałe utwory w większości przypadków wypadły gorzej niż w oryginale, choć takie „Moje Bieszczady”, mimo utraty swojej – nazwijmy to – „punkowości”, zyskały klimat idealnie pasujący do charakterystycznego nastroju gór z południowo-wschodniej Polski.

28. Emil Blef – Mam taką twarz, że ludzie mi ufają… Biling
Krążek przeze mnie początkowo niedoceniony, co niestety odbiło się na dość krytycznej recenzji. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać, że Emil Blef całkiem fajnie to sobie wszystko wymyślił. Można zarzucać, że śpiewane refreny, że na dłuższą metę nudzi, ale obiektywnie rzecz ujmując, członek składu Flexxip przygotował jeden z najbardziej ambitnych, ubiegłorocznych albumów w polskim rapie. A przecież takich pozycji wciąż jest chyba na rynku za mało, prawda?

27. Abradab – Ostatni Poziom Kontroli
Płyta po której w sumie nie oczekiwałem za wiele. Początkowo „Ostatnio Poziom Kontroli” nie przypadł mi za bardzo do gustu, lecz z czasem zacząłem doceniać luźny klimat przeplatany tu i ówdzie mocniejszymi, dosadniejszymi i poważniejszymi wersami. O dziwo, w końcu nawet wycie Gutka przestało mi przeszkadzać. Jeśli już przy gościach jesteśmy, to wypada wspomnieć o Marice, która w numerze „Szukam Cię pod swój rytm” spisała się więcej niż rewelacyjnie.

26. Nicolay & Kay – TIME:LINE
Pierwsza zagraniczna produkcja w zestawieniu. Nicolay to uznany, holenderski bitmejker, członek chwalonego Foreign Exchange. Pod jego mistrzowskie podkłady tym razem nawinął Kay, czyli raczej mało znany, amerykański raper. Efektem tej współpracy jest „TIME:LINE”, tj. album z co najmniej dwoma hitami. Mam tu na myśli szybko wpadające w ucho „When You Die” oraz bujające „The Gunshot”. Szkoda, że wydanie krążka raczej nie powala. Wolałbym mieć „TIME:LINE” w gustownym digipacku, a nie w atakującym zwykłością plastikowym pudełku.

25. Eldo – Nie pytaj o Nią
Piątej solówki warszawskiego rapera nie wyczekiwałem. Głównie przez to „Nie pytaj o Nią” się nie zawiodłem. Gdybym oczekiwał czegoś pokroju „Eternii” bądź „27” to podejrzewam, że do dziś nie mógłbym się pogodzić z tym, co przygotował Eldoka. Dominują nowoczesne bity wymieszane z produkcjami opartymi na tkliwym brzmieniu pianina. Pod względem lirycznym mamy do czynienia z bardziej poważniejszymi tematami. Wyraziste wersy są wprawdzie w większości, lecz zdarzają się na płycie zwrotki, które mnie po prostu nudzą. „Nie pytaj o Nią” to dobra płyta, w zestawieniu nie mogło jej zabraknąć. Nie jest to jednak ten sam Eldo co parę lat wcześniej, dlatego też ulokowałem go na tak niskiej pozycji.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

niedziela, 18 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - wyróżnienia

2008 rok pod względem muzycznym był naprawdę bardzo dobrym, mocnym okresem. W polskim rapie wychodziły zarówno świetne płyty starych wyjadaczy (a nawet swoistych dinozaurów rodzimej sceny), jak i wręcz szokujących debiutantów. Za granicą również się działo, czego dowodzą czołowe pozycje na liście. Innych gatunków starałem się nie zaniedbywać, aczkolwiek polskie reggae w 2008 roku przynosiło mi głównie same zmartwienia. Ranking najlepszych albumów składać się będzie z sześciu części, na które składać będzie się 30 miejsc oraz wyróżnienia.

Chciałbym jeszcze wyraźnie zaznaczyć, że ranking niekoniecznie oddaje wyższość jednej płyty nad drugą. Pozycja ulokowana np. na 27. miejscu, wcale nie musi być gorsza od tej z 23. Na ostateczną ocenę wpływ miała wprawdzie głównie jakość, lecz ważne dla mnie było również spełnienie oczekiwań (co nie udało się paru artystom), odbiór danego krążka po czasie (tu najwięcej stracił Ostry) oraz ew. powiew świeżości, który można odnaleźć szczególnie w niektórych tytułach ulokowanych w samym czubie zestawienia. Przejdźmy do wyróżnień:

El Da Sensei & Returners – Global Takeover: The Beginning

Na początku 2008 roku prorokowałem, że może być to najlepszy album jaki wyjdzie pod szyldem polskiej wytwórni. Jeszcze przed premierą wiedziałem, że tak niestety jednak nie będzie. Mimo tego, krążek warto wyróżnić ze względu na to, że wreszcie polscy producenci w całości wyprodukowali płytę uznanemu raperowi ze Stanów. A przecież przyszłość ma dostarczać takich wydawnictw więcej.

Lilu – La
Choć zawiodłem się strasznie, to w podsumowaniu minionego roku „La” pojawić się musiało. Najlepsza polska raperka wreszcie wydała legalny album – posiada on swoje wzloty i upadki. Swego czasu trochę się go nasłuchałem. Głównie z uwagi na naprawdę pierwszoligowe featuringi. Rahim, Łona, Smarki, Wankej i – przede wszystkim – Finker.

Marika – Plenty
Marta Zarębska to obecnie pierwsza dama polskiego reggae, choć swoim debiutanckim krążkiem udowadnia, że chętnie miesza jamajski styl z innymi gatunkami muzyki. Tylko wyróżnienie ze względu na to, iż mimo wszystko „Plentów” za często nie słuchałem.

Molesta – Molesta + Kumple
Wprawdzie żadna rewelacja, lecz warto zwrócić uwagę na kilka featuringów (Ero!). Cieszy również to, że Vienio, Włodi i Pelson postanowili dorosnąć i wyjść z tematyki kręcącej się wokół osiedlowej ławki. Niektórym starym fanom to się pewnie nie spodobało, ale cóż, mentalności pewnej grupy ludzi się już nie zmieni.

Na pół etatu – Materiał Promocyjny
Pozytywne zaskoczenie pod sam koniec 2008 roku. Wprawdzie żadna rewelacja to nie jest, ale słucha się jej całkiem sympatycznie. Szczególnie numery „Zostaję tu” i „Socjologia” przypadły mi do gustu. Gościnnie m.in. W.E.N.A, VNM oraz – mniej znany, ale naprawdę dobry – Pivot.

Nosowska – Osiecka

Wiadomość o kolejnej płycie z piosenkami Agnieszki Osieckiej przyjąłem – mówiąc dyplomatycznie – ze sporym dystansem. Kasia Nosowska po raz kolejny udowodniła, ze śmiało można ją nazwać królową polskiej muzyki alternatywnej. Tylko wyróżnienie z prostego powodu – „Osiecką” potrafię słuchać raz na jakiś czas.

PeeRZet – Hipocentrum
Żeby się załapać do pierwszej trzydziestki nie wystarczyło nagrać kilkunastu numerów kręcących się wokół melanży, dziewczyn i braggadocio. „Hipocentrum” i PeeRZeta można jednak wyróżnić za dobre punche, głos, technikę oraz flow. Poza tym płyta wydaje się być lepsza od utrzymanej w podobnej tematyce „Muzyki Rozrywkowej” Pezeta.

Taki Jeden Krzysiek – Bezczelne Gówno EP

Inna płyta od wszystkich jakie wyszły w ubiegłym roku. Taki Jeden Krzysiek to autor jednych z zabawniejszych punchów. Płyta nagrana dla jaj, choć byłaby znacznie lepsza, gdyby wraz z humorystyczną treścią szła zjadliwa forma. Wielu osobom flow Krzyśka raczej nie przypadnie do gustu i może być ono poważną przeszkodą w polubieniu płyty.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

sobota, 10 stycznia 2009

Najlepszy track 2008

Przed podaniem dania głównego, tj. zestawienia najlepszych płyt 2008 roku, przygotowałem kolejną przekąskę. Tym razem przygotowałem 22 utwory, które absolutnie zarządziły u mnie w minionych 12 miesiącach. Uszeregowałem je w kolejności alfabetycznej (wg. tytułu danego kawałka). Przy pomocy ankiety ulokowanej w prawym menu, możecie wybrać swojego faworyta spośród tego grona. Nie owijajmy w bawełnę i przejdźmy do meritum.

Rasmentalism - Bez Zmian Panie Waglewski (feat. PeeRZet) [YouTube]
Zwrotki Rasa nawiązują do jednego z pierwszych hitów Fisza, numeru "Bla Bla Bla". Wersy PeeRZeta to już jawna krytyka wywiadu Wojtka Waglewskiego, ojca rapera z wytwórni Asfalt Records. Niektórzy doszukują się w tym utworze dissu na Fisza, co jest oczywiście przeogromnym nonsensem. Najbardziej wyrazisty track z rewelacyjnej płyty "Dobra muzyka ładne życie" Rasmentalismu.

Pih - Co było, a nie jest (feat. Brudne Serca) [YouTube]
Utwór, który wałkowałem w okresie świąteczno-noworocznym. W tak krótkim czasie nabiłem grubo ponad 100 odsłuchów. Głównie za sprawą mistrzowskiej zwrotki Smarki Smarka, w której jak zwykle znajdziemy masę mocnych/trafnych/fantastycznych (niepotrzebne skreślić) wersów. Zkibwoy nieco gorzej, Pih najsłabiej (tekstem o uszach jamnikach trochę się zbłaźnił). "Jak dla mnie możesz to naraz kochać i hejtować".

Raca/Stona/DJ Ike - Czysty Hip-Hop (feat. Visual, Duże Pe) [YouTube]
Z wyborem jednego utworu z "Samotność, Wolność, Pasja" (założyłem sobie, że tylko jeden kawałek z jednego krążka może trafić do zestawienia) miałem nie lada problem. Z jednej strony "Tak Jak Życie Nie Boli Nic" z Ras Lutą, z drugiej "Samotność" na podstawie książki "Król Szczurów", z trzeciej storytelling od tyłu o nazwie "Rewers". Ostatecznie wybrałem "Czysty Hip-Hop", gdzie Duże Pe chyba najlepszą zwrotkę tego roku. "Nie ważne czy to trueschool, bauns czy ulica / Co słabe wkurwia, co dobre zachwyca / Hejterzy ujadają - pierdol to! / Radia tego nie grają - pierdol to! / Yo, rób swoje i rób to z ikrą / By cały świat krzyknął HIP-HOP!". Raca i Visual poziom trzymają, aczkolwiek odstaję od Dużego Pe.

Jimson - Gorąca Ofiara [YouTube]
Kawałek wypuszczony jeszcze w 2007, ale umieszczony na wydanej na początku 2008 roku "Gorączce w parku igieł". Niektórzy pewnie stwierdzą, że to co przekazuje w tym tracku Jimson jest chore. Na całe szczęście, utwór nie jest inspirowany osobistymi przeżyciami rapera pochodzącego ze Słupska, a jedną ze scen z filmu "Natural Born Killers". Chyba najlepszy utwór ze wspomnianej "Gorączki w parku igieł", aczkolwiek miał silną konkurencje w postaci "Umrę młodo" i "Eenie-Meenie-Miney-Moe" z gościnnym udziałem Te Trisa i Es Dwa.

Nneka - Heartbeat [YouTube]
Jedno z odkryć końcoworocznych. Nneka posiada piękny głos, który znakomicie sprawdza się w czarnej muzyce. Mieszkająca w Niemczech Nigeryjka doskonale balansuje między soulem, reggae i rapem, wzbogacając wszystko afrykańskimi ozdobnikami. "Heartbeat" to najbardziej charakterystyczny utwór wokalistki. Singiel z rytmicznym bitem przypominającym bicie serca. Rewelacja.

KSU - Jabol Punk [YouTube]
Zaraz, czy "Jabol Punk" nie zostało pokazane szerszemu gronu ponad 20 lat temu? Zostało. Ale w 2008 roku wypuszczono album "Akustycznie", a tam znalazła się wersja "bez prądu" tej sztandarowej piosenki KSU. Dodajmy, że brzmi ona o wiele lepiej niż oryginał z debiutanckiego "Pod prąd". Mimo, że zagrano ją akustycznie, to jest jakby w niej nieco więcej mocy.

The Jonesz - Lemonade [YouTube]
Bez wątpienia najlepszy utwór ze znakomitego, przesmacznego "Season One" polsko-kanadyjskiego duetu The Jonesz. Co ciekawe, bit do "Lemonade" przygotował jednak nie patr00, a Think Twice. Numer, którego nie nagrywa się codziennie.

Molesta - Martwię się (feat. Ero, Pablopavo) [YouTube]
Co by nie mówić o nierównym nowym albumie warszawskiej grupy-legendy, to utwór "Martwię się" chłopakom się udał. Znacznie powyżej oczekiwań spisał się Ero, którego skład JWP nigdy, doprawdy nigdy mnie nie zachwycał. A tutaj pojechał wzorowo, raz po raz wskazując rzeczy, którymi martwi się, patrząc na współczesny świat. Na koniec wygarnia polskim mediom, za negowanie popularności polskiego rapu. Do tego Pablopavo, który nie pcha się wszędzie jak nudny do szpiku kości Miodu z Jamala.

Smarshall Smatters - Młoda Foka [YouTube]
Track-niszczyciel. Smarki Smark nagrał idealny follow-up, doskonale oddając tzw. "chore jazdy Eminema". Gorzowianin pokazał tym utworem, że nadal potrafi nagrywać dobre, jak na Polskę świeże numery i że wcale nie skończył się na "Najebawszy", kiedy tak naprawdę wielbiciele rodzimego rapu dopiero o nim usłyszeli. Nie zdziwię się, jeśli właśnie ten utwór zostanie przez Was uznany za najlepszy spośród moich propozycji.

Afro Kolektyw - Mozart pisał bez skreśleń [YouTube]
Najprawdopodobniej najmniej trzymający się kupy kawałek z albumu "Połącz kropki". Zauroczył mnie on jednak przede wszystkim od strony stricte muzycznej. Już sam wstęp do piosenki pokazuje, że "Mozart pisał bez skreśleń" zapowiada się na coś zupełnie innego i właśnie tak jest w istocie. Afrojax znów bawi do łez, aczkolwiek - jak wspomniałem - jego kolejne wersy są niejako trochę oderwane od poprzednich. Mimo to, super numer.

O.S.T.R. - Mówiłaś mi... [YouTube]
Najbardziej charakterystyczny i - jak pokazują również różne statystyki - jeden z najczęściej słuchanych utworów z "Ja tu tylko sprzątam". "Mówiłaś mi..." nawiązuje poniekąd do kawałka "Mówisz", który znalazł się parę lat wcześniej na znakomitym albumie "Jazz w wolnych chwilach". Track nastraja pozytywnie, ale nie za sprawą - jak to często bywa u Ostrego - bujającego bitu, a dzięki - o dziwo - samemu tekstowi. "Ile szczęścia może dać jedna chmura na niebie?".

Loooptroop Rockers - Naive (feat. Timbuktu) [YouTube]
Absolutny banger roku. DJ Embee połączył klaysczne hip-hopowe brzmienie z klimatami house'owymi. Początkowo mnie to odrzucało, jednak w końcu kawałek do mnie przemówił i od tego czasu nie mogę przestać się nim jarać. Całe "Good Things" było super, ale to właśnie "Naive" wybijało się z płyty najbardziej. Nic lepszego w tym roku przeznaczonego do klubu, a w dodatku ocierającego się o rap, nie wymyślono.

Eldo - Nie pytaj o Nią [YouTube]
Hicior, z których przecież Eldoka nigdy nie słynął. Co więcej, warszawiak nagrywając przebój, nie porzucił swojego stylu. "Nie pytaj o Nią" traktuje o Polsce i całkiem rozsądnie odnosi się do tematu patriotyzmu. Utwór rzecz jasna był inspirowany piosenką "Nie pytaj o Polskę" Grzegorza Ciechowskiego. Najprawdopodobniej utwór o największym przesłaniu ze wszystkich zamieszczonych w tym zestawieniu.

Projektanci - Pamiętasz? (feat. Łona, Maja) [YouTube]
Mocno wybijający się utwór z dość przeciętnej płyty Projektantów. Co łatwo zrozumieć, wszystko dzięki Łonie, który zapodał świetną, jak zwykle humorystyczną zwrotkę. Szczecinianin opowiada swoje początki z rapem, które okupił uszkodzoną, o czym zresztą nie może zapomnieć "bo do dziś coś mu strzela w kostce". Warto zwrócić uwagę jeszcze na niejaką Maję, która naprawdę ładnie i ciepło wyśpiewała jak ulał pasujący do kawałka refren, co w polskim hip-hopie niestety nie jest na porządku dziennym.

Bakflip - Szahid [YouTube]
Jeden z moich największych faworytów. Janek Gajdowicz w mistrzowskiej formie przybliża nam charakterystykę izraelsko-palestyńskich konfliktów, skupiając się przy tym na jednostce. Wprawdzie nie padają z jego strony słowa potępienia, to trudno tej krytyki bliskowschodnich zawieruch nie wyczuć. Wszystko w akompaniamencie gitar Marka Dulewicza i kolegów. Świetny tekst i ogromna moc. Czego chcieć więcej?

Fisz Emade - Szef Kuchni [YouTube]
Najnowsza solówka braci Waglewskich pozytywnie mnie zaskoczyła. Spodziewałem się nijakiego materiału, otrzymałem coś doprawdy rewelacyjnego. Najbardziej do gustu przypadł mi numer "Szef Kuchni", czyli nietypowe, metaforyczne braggadocio w wykonaniu Fisza oraz wręcz mistrzowska forma Emade - kocham klasyczne brzmienie perkusji. Oni mają smak!

Łona i Webber - Świat jest pełen filozofów (feat. Smarki Smark) [YouTube]
To, że utwór zarządzi na mojej playliście wiedziałem jeszcze przed jego usłyszeniem. Łona i Smarki to klasa sama w sobie, a razem w jednym numerze mogli dokonać wielkich czynów. Kawałek utrzymany jest w ironiczno-humorystycznej konwencji, do jakiej przyzwyczaił nas mieszkaniec Szczecina. Smarki odnajduje się w niej idealnie, dostarczając słuchaczom naprawdę fajnego storytellingu (aczkolwiek zwrotka Łony jakby zabawniejsza). "Mijam ich, jestem świadkiem naocznym / Jak nie Hagel w windzie to Platon w nocnym / Kant wiezie mnie taksówką, Nietzsche mieszka w każdym bloku / Świat jest pełen filozofów".

Zeus - W dół [YouTube]
"Co nie ma sobie równych" to bez dwóch zdań największe zaskoczenie in plus tego roku. Wybór największego hitu z tego albumu sprawił mi jednak nie lada problem. Ostatecznie wybrałem "W dół", chociażby dlatego, że wg statystyk na LastFM był to najczęściej odtwarzany utwór Zeusa. Trzy różne historie, trzy różne postaci. Każdą z nich mimo wszystko coś ciągnie w dół. Dodajmy, że "z dziesięciu pięter w dół". Denerwować niektórych może wkyrzykiwany refren, lecz warto się zastanowić, czy wtedy utwór nie straciłby za wiele.

Nicolay & Kay - When You Die [YouTube]
Bodajże pierwszy z zamieszczonych tu hitów 2008 roku, który miałem okazje usłyszeć. Nicolay przygotował bit z tak mocnym i wyrazistym basem, że niemal od razu lądujemy na łopatkach. Kay żadnym wielkim raperem nie jest, ale w "When You Die" spisał się wręcz wzorowo. Pierwszorzędna robota, której zarzucić nie można dosłownie.

eMC - Winds of Change [YouTube]
Choć na ogół amerykański rap raczej do mnie nie przemawia, to eMC szybko zwróciło moją uwagę. Duża w tym zasługa numeru "Winds of Change", który wpierw zauroczył mnie bitem, a później poszczególnymi wersami. Najbardziej do gustu przypadły mi linijki ukazujące zmiany na podstawie konsol do gier. Niby mała rzecz, w dodatku nawinięta dość prostymi rymami, a mimo tego cieszy.

PeeRZet - Zwyczajnie niezwyczajni [YouTube]
Jedyny głębszy (aczkolwiek bez przesady z tą głębią) track z "Hipocentrum" PeeRZeta. Przy okazji najlepszy utwór z płyty utrzymanej w dość podobnej konwencji co "Muzyka Rozrykowa" Pezeta. PeeRZetowi zarzucić nie można nic - w porządku tekst, dobre flow i charakterystyczny głos. Co więcej, naprawdę niezły bit dał Puzzel.

Lilu - Żyję Spox (feat. Finker) [YouTube]
Numer zamykający zestawienie. Track utrzymany w dość luźnym klimacie, Lilu raczej przeciętnie, za to genialnie spisał się Finker. Mocne wejście w bit oraz dobre, wpadające w pamięć wersy ("Jestem fanem monarchii jak Marek Jurek") - to wszystko czym zaskoczył nas raper znany z grupy Klimat. Wprawdzie na "La" był jeszcze dobry utwór ze Smarkiem, ale jakoś tak wyszło, że to "Żyję Spox" zyskało moje większe uznanie.

A teraz możecie już tylko głosować!

niedziela, 27 lipca 2008

Reggae nad Wartą - dzień 2 (na szybko)

1. Tak jak przewidywałem, znów było upalnie. Uogólniając już na samym początku - drugi dzień Reggae nad Wartą był gorszy od pierwszego. Zawiodła kondycja, zawiódł line-up. Nie było tragicznie. Nie było źle. Było po prostu jakby mniej fajnie niż dzień wcześniej.

2. Drugi dzień Reggae nad Wartą rozpoczęła nie Etna jak powinno być według programu, a Managga z charyzmatycznym frontmanem i wokalistą Grizzleem (EastWest Rockers). Grali nieźle, choć bez większej ikry. Pod sceną gibałem się początkowo tylko ja i Justyna, później dołączyło do nas parę innych osób. Większej widowni Managga poderwać nie potrafiła.

3. Potem na scenie pojawiła się Etna, czyli jeden z nielicznych zespołów, którego słuchałem trochę więcej przed samym Reggae nad Wartą. Zagrali tak jak się można tego było spodziewać - przeciętna grupa dała przeciętny koncert. Etna zdołała jednak zachęcić większą rzeszę publiczności do wspólnej zabawy, za co bez dwóch zdań należy się szacunek.

4. Występ Bob One & Tumbao Riddim Band sobie odpuściłem. Do gorzowskiego amfiteatru wróciłem już w czasie koncertu Ares & The Tribe, który mi się szczerze mówiąc w ogóle nie podobał. Pachniało mi plastikowym dancehallem i graniem wciąż na jedną nutę, ale może tylko przesadzam.

5. Potem na scenę wszedł radomski skład Jamal (Miód, Frenchman, Łukasz Borowiecki) wspierany przez zespół muzyków oraz Grizzleego. Grupa zagrała przede wszystkim największe przeboje z albumu "Rewolucje" - nie mogło przecież zabraknąć takich hitów jak "Policeman", "Słowo" czy "Kiedyś będzie nas więcej". Zaprezentowano też kilka nowych utworów ze zbliżającej się wielkimi krokami drugiej płyty zespołu. Oczywiście, Miodu i koledzy nie zapomnieli o swoim haśle "sadzić, palić, zalegalizować", którym tak niemiłosiernie zachęcili do zabawy gorzowski amfiteatr również 2 lata temu. Warto dodać, że Jamal porwał tłum jak mało kto na tegorocznym Reggae nad Wartą. Spodziewałem się jednak, że więcej osób przyjdzie na koncert tej formacji. Widocznie bilet okazał się za drogi. Mnie osobiście bardzo się podobało. Można mówić, że Jamal to przecież komercha, że Frenchman nawija strasznie niewyraźnie, że chłopaki dość nachalnie łączą reggae z rapem. Nie można jednak odmówić im jednak tego, iż potrafią zrobić niezłe show i właśnie głównie przez to tak mi się podobało.

6. Drewno From Las oraz gwiazdę wieczoru - Wayne'a McArthura & The Steppa Warriors sobie odpuściłem. Podobnie jak w pierwszy dzień, nie miałem już sił na pogowanie, tańczenie czy też gibanie się w okolicach sceny.

7. Dwie uwagi na koniec:
  1. Jeśli impreza ma przetrwać, to chyba powinna przyciągać większą rzeszę widzów. Jasne, przez te 2 dni przewinęło się przez amfiteatr cała masa ludzi, ale ani razu nie był on wypełniony po brzegi, czego co najmniej kilka razy w swoim życiu byłem już świadkiem. Jeśli bilet z roku na roku ma już drożeć, to niech chociaż line-up będzie coraz lepszy. Na festiwal reggae w Sudetach można zaprosić Groundation i całą śmietankę polskiej sceny, to czemu porównywalnych gwiazd nie ściągnąć w przyszłym roku do Gorzowa?
  2. Pogo podczas Jamala było już - według mnie - przesadzone. Wcześniej również było agresywnie, ale równocześnie ludzie bawili się całkiem dobrze. Na Jamalu uśmiech na ustach miała tylko garstka ludzi, którzy zgotowali całą tą masakrę.
8. No i tradycyjne podziękowania dla:
  1. Justynki, za to samo, o czym pisałem wczoraj (tak przy okazji, Kaji również).
  2. Wszystkich, którzy przybili mi wczoraj piątkę/dziesiątkę (a wydaję mi się, że drugiego dnia było ich znacznie mniej niż pierwszego).
  3. Pjotra, za pomysł z pójściem na kiełbasę. Nigdy bym się nie spodziewał, że pod amfiteatrem będą grillować całkiem dobre jedzenie. To był naprawdę rewelacyjny pomysł.
  4. Jacka i reszty ekipy, za miłe towarzystwo przed samym reggae.
  5. Aśki, za tzw. niusa, po którym Jacek był w szoku. I ja również.
  6. Wszystkich, którzy chwalili moją koszulkę. Tak, lubię się chwalić swoimi koszulkami.
  7. Wszystkich, których nie wymieniłem, a powinienem, lecz w wyniku mojej wrodzonej sklerozy o tym zapomniałem.
Jeśli w sieci pojawią się godne uwagi zdjęcie z Reggae nad Wartą, to wybiorę najciekawsze i je tutaj opublikuję.

sobota, 26 lipca 2008

Reggae nad Wartą - dzień 1 (na szybko)

1. Pogoda dopisała aż za bardzo. Grzało nieziemsko, dziś zapowiada się podobnie. Lepszy jednak upał niż chłód i deszcz.

2. Wielkiego tłumu ludzi w sumie nie było. Parę razy widziałem już pełniejszy amfiteatr. Może dzisiaj Jamal spowoduje, że tłoczno będzie nie tylko pod sceną, ale również na widowni.

3. Creska zagrała tak jak zagrała. Nie żeby tragicznie, mi się po prostu nie spodobało. W porównaniu z resztą wypadli blado, co jest jednak zrozumiałe, w końcu mają dużo mniejsze doświadczenie.

4. Kulturę de Naturę sobie odpuściłem, do amfiteatru wróciłem więc dopiero na koncert zespołu Jafia Namuel. Grali całkiem fajnie, pod sceną było już gorąco. Niektórzy pogowali, niektórzy się bujali. Ogólnie wrażenie bardzo dobre zwłaszcza, że z twórczością tej grupy spotkałem się po raz pierwszy.

5. Potem zaczęło grać Maleo Reggae Rockers, czyli chyba jedna z największych gwiazd Reggae nad Wartą. Szczerze mówiąc nie za bardzo znam piosenki tego zespołu, lecz ponownie - do momentu aż opadłem z sił - bawiłem się znakomicie. No ale jak przed chwilą wspomniałem, tego koncertu nie zdołałem wytrzymać kondycyjnie.

6. Koniec mojego odpoczynku zbiegł się w czasie z początkiem występu zespołu Dubska Division. Jako, że na Reggae nad Wartą przyszedłem nie do końca przygotowany, to nie miałem pojęcia, iż na scenie swoje umiejętności zaprezentują połączone siły polskiego DUBSKA i rosyjskiego Jah Division. Część, w której śpiewano piosenki autorów słynnego "Avokado" można zaliczyć do jak najbardziej udanych. Widownie porwał i zauroczył jednak dopiero Gerbert Morales, syn rosyjskiej arystokratki i kubańskiego partyzanta, który zginął u boku Che Guevary. Od wiecznie uśmiechniętego wokalisty Jah Division biła pozytywna, zarażająca wszystkich wokół, energia. Choć nie rozumiałem większości tekstów, to właśnie koncert Dubska Division uważam za najbardziej udany.

7. Występ Gaddeon Jerubbaal & Inity Dub Mission sobie już darowałem, ze względu na opuszczające mnie siły witalne.

8. Jako, że ten wpis trzeba jakoś zakończyć, postanowiłem niektórym osobom za to i owo podziękować:
  1. Tradycyjnie Justynce, za znakomite towarzystwo (przy okazji dziękuję Kai) i parę innych rzeczy, o których jednak nie będę wspominał, nie dlatego, że się nie nadają do publikacji czy coś, ale z takiego powodu, iż nikt by tego już nie czytał, a ostatnio zacząłem się interesować tym, ile osób wchodzi na tego bloga.
  2. Wszystkim, którzy przybili mi piątkę/dziesiątkę (mógłbym wymieniać imienia/nazwiska/ksywki, ale wydaje się to być zbyteczne, bo i tak bym kogoś pominął). Bless.
  3. Ufirowi, bo zdołał mnie wziąć na barana, co przy mojej imponującej wadze jest nie lada wyczynem. Swoją drogą, ostatni raz na barana byłem u taty, w dodatku bardzo dawno temu.
  4. Pjotrowi, bo sobie żartował i pstrykał milion fotek. Mam nadzieję, że je szybko zobaczę.
  5. Nieznajomemu, który podbił do mnie pod sceną i powiedział "Puściliby lepiej Dinala", po czym zapytał czy noszę superstary (powinienem odpowiedzieć inaczej niż odpowiedziałem, tj. "nie, bo miałbym w nich kupę siary", sprawdź follow-up). Ujawnij się.
  6. Jackowi i reszcie ekipy za miłe towarzystwo przed samym Reggae nad Wartą.
  7. Wszystkim, których nie wymieniłem, a powinienem, lecz w wyniku mojej wrodzonej sklerozy o tym zapomniałem.
Dzisiaj dzień drugi, jutro go w jakiś sposób zrelacjonuję.

piątek, 11 stycznia 2008

Płyta roku 2007 [część 4]

Dochodzimy do kresu rocznych podsumowań. Przed Wami 5 najlepszych płyt ubiegłego roku, być może dwie z nich, zestawione tak wysoko w tym rankingu, mogą być dla niektórych zaskoczeniem. Zaczynamy.

5. Łona i Webber - Absurd i Nonsens
U szczecińskiego rapera słychać wyraźny progres. Pod względem techniki i flow dogania Ostrego, którego dawno już przewyższył, jeśli idzie o warstwę tekstową. Łona chyba przestał wierzyć w to, że "fruźki wolą optymistów" - pesymizm bije od niemal wszystkich utworów zamieszczonych na płycie. Na całe szczęście, "Absurd i Nonsens" pełny jest ironicznych tekstów, do czego Adam Zieliński zdążył już nas przyzwyczaić. Bez skrupułów pokonuje "pokolenie Gadu-Gadu" ich własną bronią, tj. rapując, nie używając polskich znaków diarektycznych. Chwilę później opisuje podróż relacji Gdańsk-Szczecin, w dodatku nie skupiając się jedynie na uwielbianych Polskich Kolejach Państwowych. Ponadto, Łona upatruje niezależność i demokrację w kioskach "Ruchu", wyśmiewa polską scenę hip-hopową, zaprasza Mahmuda Ahmedineżada na swojski "kielonek" i zamartwia się wysoką ceną baryłki ropy. Te - jakże znakomite - teksty szczecińskiego rapera urozmaicane są bitami Webbera. Wprawdzie nie jestem jakimś wielkim fanem podkładów tego producenta, lecz trzeba przyznać, że do stworzonej przez niego muzyki nie da się właściwie przyczepić. "Absurd i Nonsens" to fantastyczny krążek, w którym odnajdą się nie tylko wielbiciele rapu.

4. Ortega Cartel - Nic się nie dzieje
Bez dwóch zdań najbardziej rozrywkowa i bujająca pozycja z pierwszej piątki zestawienia. Ortegę Cartel poznałem dopiero w tym roku i bardzo tego żałuję, ponieważ jej poprzednie wydawnictwa również stoją na wysokim poziomie. Grupę tworzą dwaj Polacy, na co dzień mieszkający w Kanadzie. Najważniejsze są noszące i bujające, a zarazem wgniatające w fotel bity patr00. Biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie ubiegłoroczne produkcje, to z podkładami z "Nic się nie dzieje" może konkurować chyba tylko nowy materiał Hocus Pocus (choć obu projektów raczej bym nie porównywał, bo to całkiem odmienny styl). Rapowaniem, oprócz samego patr00 zajął się również Piter. Chłopaki nagrywają na szybko i spontanicznie, co czasem jest widoczne w ich nie do końca dopracowanych i zazwyczaj mało ambitnych tekstach. Wśród zaproszonych gości znaleźli się MC zrzeszeni wokół przedsięwzięcia zwanego Polej Przechyl Powtórz Entertainment, czyli Reno, Finker (Klimat) oraz Pierrot. Oprócz tego możemy usłyszeć znanego z Sekaku Mielzky'ego. "Nic się nie dzieje" to jedna z najciekawszych płyt ubiegłego roku i bez wątpienia najlepszy krążek wyciągnięty z hip-hopowego podziemia. Inna sprawa, że pewnie nie wszystkim spodoba się stosowana przez Ortegę Cartel idea spontanicznego nawijania na szybko.

3. O.S.T.R. - HollyŁódź
Najgłośniejsza hip-hopowa premiera ubiegłego roku. Ostry wydaje płyty z niezwykłą częstotliwością, mniej więcej raz na 12 miesięcy, co czasem nawet odbija się na poziomie jego tekstów. Nie jest w tym jednak odosobniony, bo co rok wydaje również chociażby Kazik Staszewski i nadal zgarnia z tego tytułu duże pieniądze (inna sprawa, że akurat lider Kultu ukrywa się pod ciągle powstającymi, nowymi formacjami). "HollyŁódź" to - pod względem bitów - najlepszy, legalnie wydany w Polsce album. Adam Ostrowski po raz kolejny pokazuje, że po prostu zna się na tworzeniu muzyki. W przeciwieństwie do projektów w stylu "Jazzurekcji", na najnowszym krążku O.S.T.R.-a dominują podkłady stworzone z wykorzystaniem funkowych sampli, co dla mnie osobiście samo w sobie jest już znakomitą rekomendacją. Warstwa tekstowa stoi na równym, dość wysokim poziomie. Można się przyczepić tylko do niektórych, politycznych kawałków. Ostry, rymując o Kaczyńskich, Lepperach i innych Giertychach czasem zamienia się w zwykłego populistę, choć z drugiej strony, trafiają mu się również celne, błyskotliwe i dosadne wersy. Gdyby nie dość powtarzalne i na dłuższą metę nużące teksty Ostrowskie, "HollyŁódź" uznałbym za najlepszą, polską produkcję roku. Był jednak ktoś lepszy.

2. Eldo - 27
Leszek Kaźmierczak nigdy nie miał świetnego flow, dobrej techniki, ale mimo to, dzięki swoim - często zahaczającym o poezję - tekstom, wybił się ponad przeciętność polskich raperów. Czwarty, solowy album Eldoki posiada jednak kilka trochę luźniejszych kawałków, jak chociażby "Szyk", "Noc, rap, samochód", czy "Dany Drumz Gra Funk". Reszta utrzymana jest w raczej poważnym tonie. Na "27" Eldo opisuje m.in. swoje dzieciństwo i ukochane miasto - Warszawę. Nie brakuje zwrotek o hip-hopie ("Styl, Flow, Oryginalność") i bardziej metaforycznych, niejednoznacznych utworów ("Są rzeczy, których chciałbym nie pamiętać", "Krew, pot, sperma i łzy", "Więcej"). Co ciekawe, w kawałku "Spacer" można znaleźć pełno nawiązań do mało znanego numeru Eldoki, nagranego wraz z Pjusem i Pelsonem pt. "Lubię włóczyć się". Produkcją zajęli się najbardziej utalentowani, polscy bitmejkerzy w tym m.in. Kixnare, Daniel Drumz, Flamaster i Webber. Zaangażowanie więcej, niż jednej osoby w tworzenie podkładów spowodowało, iż mamy do czynienia ze zróżnicowanym materiałem. Z jednej strony pobrzmiewają skoczne, funkowe sample, z drugiej - bardziej stonowane i spokojne, acz nie usypiające dźwięki. Na płycie gościnnie wystąpili Pjus i Diox, którzy jednak wyraźnie odstają umiejętnościami od Eldoki. "27" to najbardziej wciągająca i zarazem najlepsza, polska płyta ubiegłego roku.

1. Hocus Pocus - Place 54
Kto by przypuszczał, że zaciekawi mnie francuski (!!!) rap. A tu proszę, Hocus Pocus idealnie wpasowało się w moje gusta. Chłopaki robią naprawdę genialną muzykę - w mistrzowski sposób łączą rap z jazzem i funkiem, grają przy tym nie tylko z komputera, ale też na instrumentach. Po jakimś czasie można wychwycić takie smaczki, jak chociażby idealnie wkomponowany odgłos dzwonka do roweru. Na wysoką ocenę "Place 54" wpływa jeszcze osoba Sylvaina Richarda, szerzej znanego jako 20Syl, czyli mówiąc prościej głównego tekściarza i wokalisty Hocus Pocus. Facet ma naprawdę fajny, ciepły głos, którego może mu pozazdrościć 99% raperów na świecie. Dobrze się jednak stało, że grupa zadbała o wręcz znakomite featuringi, ponieważ melodeklamacja 20Syla na dłuższą metę może być denerwującą. Na "Place 54" gościnnie wystąpiły takie gwiazdy muzyki niezależnej, jak The Procussions, T Love (nie mylić z formacją Muńka Staszczyka!), Omar oraz Magik Malik. Oprócz tego słyszymy Freda Wesleya, Stro the 89th Key, Dajla, C2C oraz Tad'riq Kedę. Pewnie większość wyżej wymienionych wykonawców jest dla Was anonimowa, lecz musicie wiedzieć, że doskonale oni pasują do konceptu płyty i w całej rozciągłości rozumieją rap tworzony przez Hocus Pocus. Jeśli szukacie ambitnej, a zarazem niezwykłej muzyki, to uderzajcie we francuski kolektyw. Nawet jeśli nie znacie języka Joanny D'Arc i ni w ząb nie zrozumiecie słów 20Syla, to i tak w "Place 54" warto zainwestować.

[część 1] [część 2] [część 3]

środa, 9 stycznia 2008

Płyta roku 2007 [część 3]

Przechodzimy do "właściwej" części rankingu. Znalazło się na niej 10 najlepszych, ubiegłorocznych pozycji. Dzisiaj piątka albumów ulokowana w dolnej części zestawienia. Zaczynamy.

10. Sekaku - Demo / Greatest Hits
Jedno z największych zaskoczeń ubiegłego roku. Otóż niejaki Mielzky, znany chociażby ze współpracy z BennCartem, zbiera swoich ziomów i zakłada zespół, grający coś na pograniczu rapu i rocka. W ciągu paru miesięcy Sekaku wydaje dwie epki: "Demo" oraz "Greatest Hits", razem jakieś 11 utworów. Wśród nich można znaleźć prawdziwe perełki, zarówno pod względem dźwięku, jak i tekstów, za które oczywiście odpowiada Mielzky. Z czymś podobnym, na krajowej scenie jeszcze się nie spotkałem. Mam nadzieję, że Sekaku nagra wkrótce coś nowego, a i może wyda jakąś płytę całkowicie legalnie, na "żywym" nośniku. Zespół mógłby wtedy zaistnieć na polskim rynku muzycznym. Trzymam za to kciuki.

9. Masala - Obywatele IV Świata
Duże Pe to raper dość kontrowersyjny, z jednej strony współpracuję z Mezo, z drugiej działa w bardziej ambitnych projektach, jak chociażby Cisza i Spokój, czy Masala Soundsystem. Drugi z wymienionych zespołów początkowo miał być jedynie kolektywem grającym muzykę orientalną wymieszaną z reggae. Na "Obywatelach IV Świata" dochodzą jednak - właśnie za sprawą Dużego Pe - inspiracje rapem oraz teksty iście wolnościowe. Epka została bowiem wydana, jako odpowiedź na ówczesne wydarzenia na krajowej scenie politycznej. Duże Pe z częstotliwością karabinu maszynowego krytykuje zarówno Kaczyńskich, jak i koalicjantów Prawa i Sprawiedliwości. Jeden kawałek ("M.E.N. In Black") został nawet w całości poświęcony Ministerstwu Edukcji Narodowej. "Obywatele IV Świata" to bez wątpienia jednak z najciekawszych pozycji ubiegłego roku. Oczywiście, nie wszystkim może spodobać się tak masowa krytyka rządów gabinetu Jarosława Kaczyńskiego, lecz jest to rekompensowane przez naprawdę fajne, wpadające w ucho melodie.

8. Vavamuffin - Inadibusu
Pablopavo, Reggaenerator oraz Gorg przygotowali drugi, studyjny materiał, wypełniony po brzegi pozytywnymi wibracjami. Obok skocznych, bujających rytmów pojawiają się dość przejmujące, anty-globalistyczne teksty. Krytyka sportowego dopingu, pokolenia iPodów - to tylko niektóre podejmowane przez Vavamuffin tematy. Na całe szczęście, na płycie nie brakuje również nieco lżejszych, zahaczających o dancehall, utworów, jak chociażby "Natasha From Rush'ya". Nie śledzę jakoś bardzo uważnie polskiej sceny reggae, lecz w ostatnim czasie nowe albumy wydały tylko dwa, naprawdę wypromowane zespoły. Indios Bravos i Gutka nie trawię, stawiam więc na ragga z Warszawy. Vavamuffin na "Inadibusu" daje czadu, warto sprawdzić te bujające melodie opatrzone dobrą, a w porywach wręcz świetną nawijką Gorga, Pablopavo i Reggaeneratora.

7. L-Dópa - Gra?
Kazik Staszewski pojawia się na jakichś projektach praktycznie co roku. W okolicach maja wyszedł drugi album długogrający niezwykłego kolektywu muzycznego, szerzej znanego jako El Dupa. Tym razem, w przeciwieństwie do wcześniejszego materiału zespołu, melodie są mniej kakofoniczne, da się ich słuchać, a niektóre nawet wpadają w ucho. Również teksty mogą się podobać - Kazik opisuje sytuację polityczno-społeczną w Polsce, przedstawia historię fikcyjnej Mieci, przypomina sprawę tzw. wanny byłego ministra-koordynatora służb specjalnych Zbigniewa Wassermana, a nawet zastanawia się nad istnieniem moherowego ninjy. El Dupa (a właściwie L-Dópa) przygotowała dość luźny, ironiczny i zabawny materiał. Staszewski jak zwykle przygotował celne, błyskotliwe i mocne teksty, a i dźwiękowo nie jest najgorzej, biorąc pod uwagę jak było na "A Pudle?", czyli ostatnim, a zarazem pierwszym krążku zespołu, to warstwa muzyczna płyty zakrawa wręcz na rewelację. Warto sprawdzić, ]choć osobom nie trawiącym Kazika raczej bym nie polecał.

6. Kontrafakt - Bozk na rozlúčku
Porządna pozycja zza południowej granicy. Na płycie znajdziemy wiele świetnych, w dodatku różnorodnych podkładów. Raz słyszymy plastikowe i syntetyczne bity, jak na "Muzyce Rozrywkowej" Pezeta. Kiedy indziej - chociażby w numerze z Nate Doggiem, "Polnočná čokoláda" - pobrzmiewają nam bardziej chilloutowe, choć nadal imprezowe, rytmy. Dla wielbicieli instrumentów muzycznych przygotowano za to takie numery, jak m.in. tytułowe "Bozk na rozlúčku", czy przejmujące "Počkaj tam na nás hore", gdzie w tle można wychwycić pianino. Teksty Ego i Rytmusa również dają radę. Nie rozumiem może wszystkiego, lecz zazwyczaj idzie się połapać w tym, co chłopaki nawijają, i to nie znając słowackiego. Nie jest to jakiś wielce ambitny rap, ale po prostu słucha się go znakomicie, a o to przecież głównie w muzyce chodzi. Tym samym bardzo żałuję, że żaden z polskich sklepów internetowych nie ma "Bozk na rozlúčku" w swojej ofercie. Trzeba będzie pojechać po ten album aż na Słowację.

Ciąg dalszy nastąpi... [1], [2], [4];

niedziela, 6 stycznia 2008

Płyta roku 2007 [część 2]

Muzyczne podsumowanie ubiegłego roku zacząłem przed paroma dniami. Jak do tej pory wyróżniłem tak kozackie płyty, jak m.in. "2F" duetu Frodo & Flesh, "Bayani" grupy Blue Scholars, czy "Class of 90's" Kixnare'a. Jedziemy dalej.

LJ - Litery Jutra
Niespodzianka pod sam koniec roku. Enson i Gieca mocno się postarali i nagrali coś naprawdę fajnego. Obaj raperzy zaskakują dobrymi, trafnymi i błyskotliwymi tekstami. Czasem nadal nie rozumiem Ensona i muszę się mocno wsłuchiwać w wypuszczane przez niego głoski, lecz nie jest to chyba wina dykcji, a jakości nagrania. Bity również nie zachwycają, strasznie złe też nie są, ale po prostu uderzają przeciętnością. Mimo kilku wad, "Litery Jutra" to naprawdę dobra, zajawkowa pozycja. Warto zassać i przesłuchać, a jak się spodoba, to śmiało wesprzeć chłopaków i kupić opisywaną epkę na "żywym" nośniku, który ma pojawić się na dniach.

Mef - Przy zdrowych zmysłach
Epka niby znikąd, lecz przecież bity są od Kixnare'a, a wszystko, co ostatnio produkował osiągnęło jako-taki sukces. Podkłady oskreczował i ocutował Ike, czyli również dość uznany DJ. Sam Mef po bicie płynie nienagannie, jego podwójne/potrójne/poczwórne (lub po prostu wielokrotne) rymy potrafią wprowadzić w osłupienie, szczególnie w utworze "Pewnego Dnia". Cała epka mocno zalatuje klimatem kultowego już "Najebawszy EP". Taki stan jednak nie dziwi, przecież za "Modą na Epkę" stoi nie tylko rewelacyjny Smark i równie świetny Pysk, ale też wspominany na samym początku Kixnare. To głównie bity częstochowskiego producenta sprawiają, że po "Przy zdrowych zmysłach" warto sięgnąć i to już teraz, zaraz, natychmiast.

Nosowska - UniSexBlues
Ostatnio nie siedzę jakoś mocno w polskiej alternatywnie, lecz patrząc na ilość wydanych dobrych, w porywach nawet bardzo dobrych płyt, to bez wątpienia 2007 rok był rokiem Kasi Nosowskiej. Wiosną zaatakowała nas albumem "UniSexBlues". Jest to misz-masz złożony z melancholijnych i spokojnych piosenek oraz z bardziej dynamicznych utworów w stylu promującej krążek "Ery Retuszera". Mi osobiście bardziej przypadły do gustu te łagodne, pełne ciekawych refleksji i metafor kawałki (chociażby "Konsorcjum K.C.K.", "Sub Rosa" czy "Kasitet Romans"). Polska alternatywa Kasią Nosowską stoi, co udowadnia płyta "UniSexBlues".

Pezet - Muzyka Rozrywkowa
Kilka tygodni po premierze płyty mocno ją skrytykowałem. Teraz zdaję mi się, że zrobiłem to trochę na wyrost. Owszem, nie ulega wątpliwości, iż Pezet nagrało mało ambitne, płytkie i plastikowe - przepraszam za wyrażenie - gówno. Lecz przecież takie było jego założenie. "Muzyka Rozrywkowa" miała być krążkiem nadającym się na - używając slangu - melanż i tak jest w istocie. Pezet trzyma odpowiedni dystans do tego całego imprezowego życia, nie operuje trudnymi do zrozumienia sformułowaniami, nie rzuca ciężkimi refleksjami i podchodzi do wszystkie na luzie. Osobiście bardzo nie lubię tej płyty, ale trzeba oddać raperowi z Ursynowa to, co jego - większość utworów wpada w ucho, a to dzięki minimalistycznym bitom Szoguna oraz świetnej, w paru miejscach powalającej, technice i flow samego Pezeta. Najbardziej luźna, mainstreamowa produkcja ubiegłego roku.

Returners - Different Places One Hip Hop
Singiel, który można scharakteryzować w paru prostych słowach: bity Little'a, cuty i skrecze DJ Chwiała, wśród zaproszonych gości takie tuzy, jak El Da Sensei, Rasco, Mic Stylez, Nat Ill, Supastition, Seven, czy jedyny polski reprezentant na "Different Places One Hip Hop" - grupa Afront. Na taką współpracę krajowych producentów z amerykańskimi raperami wiele osób czekało od dawno. Na maj zapowiadany jest drugi singiel Returners, tym razem nagrany we współpracy z Radio Rewers. Prawdziwa gratka czeka jednak we wrześniu. Wtedy na bitach Little'a, popłynie El Da Sensei, członek legendarnego składu Artifacts. Na koniec wszystko oskreczuje i ocutuje - jak zawsze - niezawodny DJ Chwiał. Nic tylko czekać.

Strachy na Lachy - Autor
Dobrych aranżacji piosenek Jacka Kaczmarskiego doczekaliśmy się niewielu. Tą swoistą klątwę parę miesięcy temu przełamał muzyczny kolektyw założony przez Grabaża - zespół Strachy na Lachy. Wszystkie utwory zostały wykonane w stylu do jakiego grupa zdążyła nas przyzwyczaić poprzednimi, niezwykle udanymi krążkami. Na krążku znajdziemy zarówno skoczne i dynamiczne kawałki (np. "Czerwony Autobus"), jak i bardziej spokojne i melodyjne piosenki (m.in. "Kazimierz Wierzyński", "Szklana Góra"). Grabaż pokazuje, że mimo, iż Pidżama Porno zawiesiła swoją działalność, to nadal potrafi tworzyć dobrą, choć będącą jedynie zlepkiem coverów, muzykę.

Sweet Noise - The Triptic
Muzyczny majstersztyk. Glaca miał koncept - pojechał do RPA, nagrał świetny, ciężki materiał. Lecz to nie wszystko - zaprosił artystów z całej Afryki, dzięki czemu słyszymy zarówno tamtejszy rap, reggae, jak i bardziej orientalne, folklorystyczne brzmienia. Z jednej strony mamy do czynienia z najbardziej dopracowaną, polską płytą zeszłego roku (dlatego właśnie znalazła się w tym zestawieniu). Z drugiej - z krążkiem bez hitów, zbyt ciężkim, aby słuchać go w nieskończoność. Fani Sweet Noise'a będą zachwyceni, wielbiciele tego typu muzyki również. Inni? To już pytanie nie do mnie. Mnie akurat album "The Triptic" najzwyczajniej w świecie podszedł.

Ciąg dalszy nastąpi... [1], [3], [4];