piątek, 31 lipca 2009

Fabuła - Dzieło Sztuki

Na tegorocznym Hip-Hop Kempie, u boku chociażby Warszafskiego Deszczu i Te Trisa, wystąpi inny polski reprezentant, białostocka Fabuła. Moim zdaniem, będzie to najsłabszy rodzimy wykonawca, który pojawi się na scenie w czeskim Hradec Králové. Choć z drugiej strony, zapoznałem się niedawno z debiutanckim, legalnym materiałem składu z Podlasia i - szczerze mówiąc - pozytywnie się zaskoczyłem. Wprawdzie rap Fabuły raczej do mnie nie trafia, lecz równocześnie nie jest przeogromną chałą, a muszę przyznać, że właśnie spodziewałem się czegoś na żałośnie niskim poziomie.

"Dzieło Sztuki" to efekt wspólnej pracy Poszwixxxa, Bezzczela oraz Ede. Wszyscy trzej dysponują naprawdę niezłym flow i techniką. Co zatem idzie, słucha się ich z przyjemnością, choć zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim takim styl może się do końca podobać. W tekstach Fabuły dominuje bragga, co - w związku z wysokimi umiejętnościami - daje całkiem strawny efekt. Miejscami na "Dziele Sztuki" występują tematy, które śmiało można przypisać pod uliczny hip-hop. Jednocześnie gdzieniegdzie przewijają nam się klimaty czysto rozkminkowe, natomiast tu i tam ciągnię się "politykowanie", niestety ze sporym zabarwieniem populistycznym. Obok ambitnej "Odwilży" na trackliście znajdziemy imprezowe "Wóda Tank Klan", które - nawiasem mówiąc - zupełnie nie przypadło mi do gustu. No, a żeby tak zakończyć przekrój tematów "Dzieła Sztuki", to przypomnę tylko o singlowym "Życzeniu Śmierci", skierowanym w stronę haterów.

Debiut Fabuły pod względem bitów jest - w moim odczuciu - nieco zbyt monotonny. Trochę taka produkcja na "jedno kopyto". Znacząco wybija się tylko "Proforma", gdzie słyszymy doprawdy fantastyczne wejście fortepianu. Dla niektórych może być ono wprawdzie kiczowate, lecz mi bardzo się podoba. Warto też zwrócić uwagę na arcymocną i długą listę gości. Raperów z Fabuły wspomagają nie tylko reprezentanci lokalnej sceny hip-hopowej z Pihem i Famą Familią na czele, ale również takie ksywki jak Mes, Te Tris i Ero. Wygląda na to, że same featy zachęcają do zapoznania się z albumem.

"Dzieło Sztuki" składu z Białegostoku nie jest... żadnym dziełem sztuki. Fabuła nagrała tylko i wyłącznie niezłą płytę, co i tak jest jednak - w moim mniemaniu - sporym sukcesem. Spodziewałem się żałości w co drugim wersie, a tu proszę, przeliczyłem się. Nie jest to krążek dla mnie, wolę bardziej ambitny rap. Takie albumy też są jednak potrzebne i na pewno debiut Fabuły znajdzie swoich odbiorców i fanów. Jeśli kumacie i lubicie takie klimaty, to "Dzieło Sztuki" powinniście sprawdzić.

Ocena: 6/10

Producencka strona rapu #1: Wywiad z Gedzem

Nie ukrywam, że gdy Lite zaproponował mi gościnny cykl, byłem gigantycznie zaskoczony. W końcu, nie na co dzień małolat zajawiony na amatorskie pisanie o muzyce dostaje propozycję współtworzenia (jakby nie patrzeć) dosyć fejmowego bloga. A gdy jeszcze dowiedziałem się, że Maciek oczekuje wywiadów, dostałem takiego kopa, że niecałe 48 godzin po wykluciu się pomysłu miałem gotowy materiał na dwa odcinki. Chciałbym, żebyście mnie hejtowali i zmieszali z błotem, ale się do tego nie przyznam. A tak całkiem serio...

Jako, że to pierwszy odcinek „Producenckiej strony rapu”, wypadałoby zrobić wejście razem z drzwiami. Wobec tego oddajemy w ręce Wasze wywiad z Gedzem.  

Gedz dał już się poznać szerszej publiczności dzięki całkiem sporej liczbie oddanych bitów oraz nagranych zwrotek. W swojej twórczości zdecydowanie preferuje niuskulowe, elektroniczne, gorące brzmienia. Systematycznie zdobywa szacunek na ogólnopolskiej scenie i nic nie wskazuje na to, aby najbliższa przyszłość miała przynieść jakiś obrót o 180 stopni w tej kwestii. Zapraszamy do lektury!


Noid: Na początek standardowe pytanie, które słyszałeś pewnie już milion razy i na które dostajesz odruchu wymiotnego, ale jakoś trzeba zacząć. Gdzie Cię można było, lub będzie można usłyszeć jako rapera bądź producenta?

Gedz: Przede wszystkim: DWD Album, Kaiteu Mixtape, BeerBeer, Wuerbe, Temate Henson, Szops, Shot... Poza tym BKC South Mixtape – bit dla Staha plus zwrotka w ironicznym kawałku „W chuj hajsu”. Następnie na nadchodzącej płycie Kitsha; na remixowanej wersji płyty Młodziaka „Kronika” (o ile się nie mylę wyjdzie we wrześniu); na płycie 101 Decybeli, w (prawdopodobnie) singlowym numerze; dałem jeszcze zwrotkę na Yochimutsu; u Famsona na mixtejpie; SirDefowi; coś z Grizzleem motam za tydzień; dla Ditla na jakiś mixtape; projekt Kanel/Czarnuch. No i wrzuciłem zwrotkę u mojego serdecznego ziomka Tybeta na „More Than A Mixtape”. Ponadto lokalne projekty – Lopez/Pele, Spec/Grucha (Progress Maffia). Sporo projektów wypadło mi z głowy, gubię się już. (śmiech) Jest tego dużo więcej, ale nie mam już siły grzebać w pamięci.

N: Zauważyłem, że coraz częściej dajesz gościnne featy, a coraz rzadziej bity. W czym czujesz się lepszy? Czy jesteś zadowolony z tego stanu rzeczy, czy wolałbyś to zmienić?

G: Wiesz co, wisi mi to. Bity robię z „doskoku”, a nagrywam na pełnej zajawce, kiedy mi się chce. W czym czuję się lepszy? Spełniam się jako muzyk. Nie wiem, jak to sobie podzielisz czy rozgraniczysz, ale jestem zadowolony z tego, że robię to, co mnie jara. Robię muzykę i wkładam w to dużo siebie.

N: W Twoich bitach dominuje raczej elektronika i wtyczki, samplami podpierasz się rzadko. Myślałeś kiedyś, żeby zrobić podkład w stu procentach cięty?

G: Nie ma takiej opcji... idziemy z duchem czasu! (śmiech) Nie jestem, nie byłem i nie będę DJ Premierem czy Pete Rockiem. Moja zajawka to mieszanie przeróżnych styli poczynając od polskiego nu jazzu, idąc przez drum’n’bass, kończąc na południowych brzmieniach. Nie usłyszysz mojego bitu w stricte ciętych klimatach. Aczkolwiek nie zgadzam się z tym, co powiedziałeś… Często podpieram się samplami. Większość bitów zaczynam tnąc jakiś kawałek, czy to rockowy, czy soulowy... a później dorzucam do niego swoje 50 centów! (śmiech)

N: Można stwierdzić, że masz wypracowany styl. Ile czasu zajęło Ci dojście do niego? I jak długo ogólnie robisz bity/nadajesz?

G: Oj, to się zaczęło dość dawno. Kiedyś dostałem w prezencie jakieś murzyńskie taśmy z rapem, to był chyba 2000 rok, może 2001? Przyznam szczerze, nic nie kumałem, ale podniecałem się bitami i samym flow kolesi. Jakoś 3, 4 lata później powiedziałem sobie „Zrobię coś, nie mogę pozostać bierny”. Ile czasu mi zajęło? Przekalkuluj sobie!

N: Przekalkulowałem. (śmiech)

G: Generalnie czuję, że złapałem już jakiś poziom, ale nie satysfakcjonuje mnie on do końca. Ciągle chcę więcej, takie następstwo postanowienia sprzed lat.

N: Który z wyżej wymienionych featów był dla Ciebie największym wyzwaniem, bądź z którego jesteś najbardziej zadowolony?

G: Nie wiem. Wszystko nagrywam centralnie w parę minut. Dostaję bit, piszę sobie tekst i zaraz po napisaniu wchodzę na mikrofon. Później składam próbkę i wysyłam ją poszczególnym osobom zaangażowanym w produkcje kawałka. Dosłownie parę razy w życiu na tysięczną ilość nagrań spotkałem się z czymś pokroju „musisz lekko pozmieniać”. Oczywiście są osoby, którym moje rapsy w ogóle nie odpowiadają, ale to nie moja broszka…

N: Wyobraź sobie, że dostałeś zaproszenie na refren od swojego ulubionego rapera, pod absolutnie obłędny bit. Niestety, jesteś ostatnim planowanym gościem, płyta już gotowa, ostateczna data premiery za tydzień, a Ty masz chore gardło i nie możesz nawijać, ani tym bardziej śpiewać. Co robisz?
G: Zaskoczyłeś mnie... Ale ja również cię zaskoczę – nie mam ulubionego rapera. Mam szereg ulubionych artystów i nie mam pojęcia, kim się najbardziej jaram.

N: W poprzednim wywiadzie, udzielonym dla MHH, też umiałeś wybrnąć. (śmiech) Ale załóżmy, że po prostu gość jest kozakiem i Ci naprawdę zależy na takim nagraniu.
G:
No dobrze. Jest sobie ten kozak, a ja dzwonię do niego i ustawiam się jakoś. On pyta się: „Co kurwa? Nic nie rozumiem!”. Więc piszę mu SMSa, że nie dam rady, bo, jak sam „słyszał”, nie wyduszę z siebie słowa. Jak nie teraz, to później. Ja nie mam ciśnienia... pewnie zaproponowałbym mu zrobienie kawałka poza płytą, który również mógłby promować swój album.

N: Przyznam, że kiedyś podchodziłem do Twojego stylu dosyć sceptycznie, jednak każde Twoje kolejne nagranie jest inne, często zaskakujesz mnie na plus. Czy ma na to wpływ krytyka?

G: Wiesz co, konstruktywna krytyka daje mi do myślenia. A taką z reguły operują moi znajomi, najbliższe otoczenie i raperzy oraz producenci, których cenię. Nie interesuje mnie hejting, sam nie hejtuję. Jak mi się coś nie podoba, po prostu tego nie komentuję. I sądzę, że tak powinno być, ale jak ktoś musi się wyżyć, zawsze służę pomocą. Niech mnie uświadamia jaki to ja nie jestem. (śmiech) Mam na to luz, nikt nie jest idealny.

N: Na czym robisz bity? Pochwal się swoim zapleczem sprzętowym!

G: (śmiech). Fruity Loops, Nuendo 3 (ale dopiero uczę się działać w tym programie) plus parę słabych wtyczek. To wszystko. No i jeszcze raz na ruski rok jakaś gitara znajduje się w moim pokoju.

N: Gitara! Grywasz?

G: No, troszkę gram. Staram się, ale chyba nie wychodzi. (śmiech) Fakt faktem, mam nieźle ogarnięty słuch muzyczny, odgrywam riffy na bieżąco, słuchając jakiegoś kawałka, ale nic poza tym.

N: Myślisz czasem o dokupieniu czy ściągnięciu czegoś więcej, czy absolutnie Ci to wystarcza?

G: Myślałem wielokrotnie o dokupieniu sprzętu i ściągnięciu wtyczek, ale nie mam na to czasu. I często hajs przeznaczony na modernizację studia idzie na melanż, więc wszystko zawsze kończy się fiaskiem.

N: Oddałbyś bit łakowi?

G: Co ty, ewentualnie sprzedał! (śmiech)

N: Dobre podejście. (śmiech)

G: Konsumpcjonizm! Hajs nieraz jest potrzebny, to wszystko zależy od mojej sytuacji finansowej. (śmiech)

N: Co można określić punktem zwrotnym w Twojej, jeśli mogę ją tak nazwać, karierze? Taki moment, po którym ludzie zaczęli podbijać o featy i podkłady.

G: Nie ma żadnej kariery...

N: Wiem, ale nie znalazłem lepszego słowa.

G: Kontynuując, centralnie nie wiem kiedy. Nie wiem, czy coś się zmieniło. Dużo śmigam po Polsce i poznaję masy raperów, śpiewaków i producentów. Może dlatego jest coraz więcej featów i produkcji. Wszystko jakoś się kręci od 2008.

N: Planujesz wydać jakąś płytę producencką?

G: Nie będzie nigdy takiej płyty. Chyba, że w 2010 usiądę z PRW w studio, może...

N: Ostatnie pytanie. Czekasz na „Detox” Doktorka?

G: (śmiech) Kolejna zaskoczka. Chyba nie czekam, west coast to nie mój rejon.

N: Więc, jeśli chcesz kogoś pozdrowić, zdissować czy wypromować, to masz okazję. Kilka słów na koniec?

G: Powiem tak. Apeluję, ludzie! Bądźcie otwarci na nowe brzmienia, nie ograniczajcie się, osrajcie konserwatyzm. Pozdrawiam Peges bandę i moje mordy w całej Polsce! Północ, południe, wschód i zachód, jedna miłość!

N: Dziękóweczka za wywiad!

G: Dzieki, Skryly!

Rozmawiał Noid: www.enoide.blogspot.com

wtorek, 28 lipca 2009

Ortega Cartel - Nic się nie dzieje

W moim prywatnym rankingu płyt wydanych w 2007 roku "Nic się nie dzieje" Ortegi Cartel zajęło 4. miejsce, najwyższe spośród wszystkich podziemnych wydawnictw. Nie wiem, jak takie zestawienie prezentowało by się dzisiaj, w końcu poznałem mnóstwo dobrych albumów sprzed 2 lat, lecz jestem pewien, że patr00 i PiterPits znów uplasowaliby się w czołówce. Wczoraj swoją premierę miała re-edycja krążka, który początkowo został wydany w małym nakładzie, a przecież na fali popularności "Lavoramy" liczba chętnych na "Nic się nie dzieje" mocno skoczyła do góry.

Trzeci longplay Ortegi Cartel i – zarazem – czwarty upubliczniony materiał duetu z Kanady zawiera aż 35 kawałków. Warto jednak zaznaczyć, że większość z nich to raczej krótkie twory, ich runtime rzadko kiedy dobija do "eurowizyjnych" trzech minut. Mnóstwo (moim zdaniem nieco za dużo) jest skitów, również tych instrumentalnych.

U Ortegi zawsze liczył się przede wszystkim luźny klimat i pod tym względem "Nic się nie dzieje" nie zawodzi. To, że patr00 i PiterPits doskonale kumają swoją filozofię, nikogo nie dziwi. Świetnie zrozumieli ją jednak również goście. Wprawdzie nie słyszymy tu gwiazd pokroju Tede i Ostrego jak na "Lavoramie", lecz wciąż znajdziemy dobrych raperów, którzy w dodatku czują dokładnie ten sam klimat i tę samą zajawkę co chłopaki z Montrealu. Pierrot, Finker, Reno i Kanadyjczyk Jesse Maxwell – wszystkich ich powinniście doskonale kojarzyć. Nieco bardziej rozkminkowo i pesymistycznie popłynął Mielzky, ale akurat w jego przypadku nie powinno to dziwić. Co więcej, Mielon przy tym wypadł chyba najlepiej na płycie. No, może obok Pierrota, którego celne linijki w "Czystej.33" po prostu rozkładają mnie na łopatki, choć nie są to raczej wysoce ambitne teksty.

"Nic się nie dzieje" to również patr00 w znakomitej, producenckiej formie. Co jak co, ale to, że mieszkaniec Montrealu trzaska świetnie bity, było wiadomo jeszcze przed wydaniem "Season One" The Jonesz, nie mówiąc już o "Lavoramie". Urodzony w Sztumie producent przygotował nam mieszankę różnorodnych, gęsto samplowanych bitów – na trzeciej płycie długogrającej Ortegi znajdziemy zarówno te spokojniejsze rytmy, jak i nieco żywsze brzmienia. Słuchacz utrzymany jest jednak w przekonaniu, że całość jest spójna i trzyma się jednego klimatu. Mówiąc inaczej, otrzymaliśmy od patr00 znakomity prezent – urozmaicony materiał bez wrażenia – nazwijmy to – "składankowatości".

Sama re-edycja "Nic się nie dzieje" to oczywiście nie tylko dotłoczenie kolejnych egzemplarzy albumu – nowy nakład pociągnął za sobą zmiany w samym wydaniu. Teraz krążek prezentuje się doprawdy doskonale! Przypomnijmy, że początkowo płyta była wydana w dość niecodzienny sposób, bo na wysokiej jakości, polakierowanym papierze, do którego doczepiono cedek. Nowa wersja to już porządny, gruby digipack w stylu tym od "Lavoramy" z klimatyczną wkładką-książeczką. Myślę, że gdybym teraz robił zestawienie najlepiej wydanych polskich płyt w mojej kolekcji, to miejsce na pudle przypadłoby właśnie dla "Nic się nie dzieje" – pierwszorzędna robota!

Ortega Cartel jest dla mnie synonimem luźnego, zajawkowego rapu na wysokim poziomie. Nie mówię tu oczywiście o dwóch pierwszych materiałach wypuszczonych przez patr00 i PiterPitsa, ale od czasu "Podziemnego Disco" duet z Kanady trzyma się naprawdę nieźle i progresuje z roku na rok, czego sukces "Lavoramy" jest najlepszym dowodem. "Nic się nie dzieje" jest niby trochę gorsze, lecz stawiam mu dokładnie taką samą ocenę. Choćby dlatego, że 2 lata temu możliwości mieszkańcy Montrealu mieli po prostu mniejsze. Gorąco polecam – łapcie za re-edycje, póki jeszcze można. A jak już nie chcecie płacić, to ściągajcie z neta – w końcu można to zrobić za darmo i legalnie.

Ocena: 9/10

niedziela, 26 lipca 2009

Mroku - Mroczne Nagrania

"Mówi Mroku, lubię chodzić ubrany na czarno jak w żałobie / Jakbym kochał dwie kobiety, naraz stracił obie / Chwytam chwilę jak ostatnie pożegnanie przy grobie / Tadeusz Mroczek umarł w Koszalinie, urodził we Lwowie / Był aktorem, ojcem mego ojca, ja wiem, że to Tobie nic nie mówi / Ale ja pamiętam jak liście brązowe opadły / Spuściłem głowę, sypiąc ziemię na urnę / On miał scenę, ja mam scenę i to mamy wspólne".

Pokuszę się o stwierdzenie, że Mroku to obecnie jeden z ciekawszych podziemnych raperów. Ma naprawdę sporo do powiedzenia i nie jest przy tym ubogi w skille, co przecież często się zdarza. "Mrocznymi Nagraniami" tylko to udowadnia. Album, na który czekała na dobrą sprawę tylko garstka osób, z miejsca stał się - co najmniej moim zdaniem - jednym z lepszych undergroundowych materiałów w tym roku. Może jednak nie będziemy uprzedzać faktów i rozpracujemy wszystko po kolei.

Znakiem rozpoznawczym Mroka jest bez wątpienia jego zachrypnięty, pewnie lekko przepity głos. Operuje przy tym naprawdę dobrym, choć na pewno nie przesadnie oryginalnym, flow. Nawijki koszalińskiego rapera słucha się z przyjemnością, choć przecież nie jest jakimś wybitnym technikiem. Nie prowadziłem statystyki rymów wielokrotnych - jestem pewien, że jakieś tam gdzieś na płycie rzucał, ale - szczerze mówiąc - nie one są tu najważniejsze. Bardzo mnie to zresztą cieszy, raperzy powinni stawiać przede wszystkim na treść, a techniczne popisy odwalać przy okazji, nie czyniąc ich clue programu.

Koszialińskiego MC spokojnie można nazwać dobrym tekściarzem i wyśmienitem obserwatorem rzeczywistości, zarówno tej bliskiej, jak i tej dalekiej. Przy okazji, nie jest raczej tym od pozytywnego hip-hopu. Uderza raczej ambitnie, celując w bardziej pesymistyczne historie i sprawy wagi ciężkiej. Na "Mrocznych Nagraniach" słyszymy m.in. o śmiertelnie chorych dzieciach ("Siódmy dzień") i katastrofach naturalnych pokroju huraganu Katrina i wybuchu wulkanu Krakatau ("Spuść głowę"). Moją uwagę przykuł też utwór "Różna są modlitwy", który - co chyba oczywiste - porusza tematykę religijną. Mroku zdaje się mieć w tych sprawach głowę na karku i naprawdę nawija z sensem. Dużo do myślenia daje też kawałek "Między słowami", będący nie do końca spełnioną, miłosną historią dwójki osób, których głównym problem było to, że oboje bali się odezwać. "Nie piszę listów" to natomiast doskonałe przedstawienie właśnej osoby. Prawdziwym mistrzostwem świata jest jednak dla mnie swego rodzaju intro "Mrocznych Nagrań", czyli "Może to morze?" - znakomita gra skojarzeń opatrzona wersami, wpadającymi w pamięć na długo ("Może jak Eldo mówi o diable, miał na myśli ziewającego w oknie Dziwisza").

Wyprodukowaniem albumu w większości zajął się Mahyn - beatmaker powiązany z Bla-Bla. Jego podkłady są znakomitym tłem dla rymów Mroka - stoją na wysokim poziomie, ale nie wybijają się zanadto, aby nie przyćmić głównego bohatera "Mrocznych Nagrań". Parę swoich bitów dołożył też Bober, co już powinno być gwarancją jakości. Oprócz tego, coś tam od siebie dodał sam Mroku oraz Asia Alpop, która poza tym na płycie udziela się jeszcze wokalnie. Co do gości, którzy również powiązani są z koszalińskim Bla-Bla, wypadają oni różnie. Na plus zaprezentował się Em, całkiem zjadliwe Wonz, reszta raczej bardzo przeciętnie, mocno ustępując klasy gospodarzowi.

"Mroczne Nagrania" bardzo mi się spodobały. Szkoda, że wydano je w tak koszmarny sposób. Rozumiem, że to wciąż undergound i że powinniśmy się cieszyć z tego, iż w ogóle możemy obcować z wersją fizyczną. Za te 15 zł można było jednak zrobić coś przyjemniejszego dla oka, niż biała, rozkładana, kartonowa kopertka z obrzydliwie wydrukowanym, niechlujnie naklejoną okładką. Dobrze, że chociaż cover samego cedeka wyszedł z tego starcia obronną ręką... Niemniej, jeśli lubicie ambitny rap, to "Mrocznymi Nagraniami" powinniście się czym prędzej zainteresować.

Ocena: 8/10

poniedziałek, 13 lipca 2009

Reggae nad Wartą 2009 - dzień 2 (na szybko)

1. Drugi dzień Reggae nad Wartą 2009 rozpoczął się dla mnie nieco wcześniej niż dla innych, bo już w okolicach 16:00, kiedy to swoją próbę w gorzowskim amfiteatrze miała Masala. W momencie, gdy Duże Pe nie był potrzebny na scenie, przeprowadzałem z nim wywiad, czego efekty zobaczycie w najbliższym czasie (nie będę tu rzucał terminami, bo szczerze mówiąc zapisu rozmowy nawet jeszcze nie odsłuchałem, zaraz się jednak za to zabiorę). W każdym razie, próba Masali na pewno narobiła mi sporego apetytu na to, co może dziać się podczas koncertu.

2. Najpierw wystąpiło jednak zielonogórskie Mate. Choć koncert zespołu z drugiej stolicy województwa lubuskiego w Gorzowie Wielkopolskim z góry skazany jest na niepowodzenie, to nie mogę powiedzieć, że grał on źle. Jasne, nie było to nic wielkiego, ani nic powalającego. Mate spisało się świetnie jako zespół, który miał za zadanie otworzyć drugi dzień RnW, a przy okazji rozruszać publiczność. I na pewno udało mu się to lepiej, niż 24 godziny wcześniej miejscowej Cresce. Niestety, w odwiecznej wojnie między Zieloną Górą a Gorzowem, tym razem pierwsze z wymienionych miast było górą. Swoją drogą, występ Mate pokazał, że muzyka reggae ma za zadanie łączyć, a nie dzielić, bowiem obyło się bez nieprzyjemnych incydentów, które przecież czasem, zwłaszcza w takich sytuacjach, występują. Ba, sporo osób bawiło się znakomicie.

3. Następnie sceną zawładnęła Cała Góra Barwinków - bez wątpienia jedna z gwiazd tegorocznej eydcji festiwalu. Nazwę zespołu oczywiście kojarzyłem, lecz piosenki formacji usłyszałem wczoraj po raz pierwszy. Z miejsca mi się spodobało, choć nie można powiedzieć, aby był to występ, który będę pamiętać do końca życia, tak jak było to w przypadku ubiegłorocznego koncertu Gery Moralesa. Cała Góra Barwinków zagrała bardzo dobrze, przyciągnęła pod scenę sporo osób (dla wielu z nich będzie to pewnie najlepszy występ drugiego dnia) i na pewno nie omieszkam sprawdzić płyty tej grupy w najbliższej przyszłości.

4. Kolejnym punktem programu była wyczekiwana przeze mnie Masala. Część "właściwa" koncertu, czyli już z Duże Pe na mikrofonie, poprzedzona została - nazwijmy to - "setem", który opierał się w głównej mierze na "odgłosach gardłowych" dwójki instrumentalistów. W końcu jednak pojawił się główny wokalista, który już na początku zaatakował publikę swoim freestylem, mającym na celu poderwanie wszystkich z siedzeń i zaproszenie pod scenę. Oczywiście widownia zareagowała połowicznie - część faktycznie ruszyła tyłki, lecz druga część ewidentnie nastawiona była na Daab i nie ruszyła się z miejsca. Masala zaprezentowała w głównej mierze utwory ze swojego najnowszego krążka, choć nie zabrakło też bardziej, że tak powiem, "klasycznego" materiału, w postaci numerów "Od Tarnobrzega po Bangladesz" oraz "XXI wiek". Z moich ulubionych "Obywateli IV Świata" zagrane zostało tylko "Myśl i nie ufaj" (w nieco zmienionej wersji, która zresztą - z tego co pamiętam - zakończona została całkiem niezłym freestylem). To i tak więcej niż się spodziewałem, więc i tak plus dla Pe i spółki, że postanowili zaprezentować cokolwiek z tej epki. Nie przedłużając, Masala nie zagrała może najlepszego koncertu podczas Reggae nad Wartą, ale na pewno została wyśmienicie przyjęta przez publikę, co jest swego rodzaju wyznacznikiem jakości. Sam bawiłem się rewelacyjnie.

5. Potem nadszedł czas na Daab, czyli na zespół, którego wszyscy oczekiwali (no, może poza mną). Nie jestem fanem grupy, może dlatego, że nigdy nie byłem obeznany w jej repertuarze. Mniej więcej do połowy czasu trwania koncertu, podobało mi się. Taki cover "No Woman, No Cry" odebrałem świetnie, choć - co chyba zrozumiałe - był oczywiście gorszy od oryginału. Później jednak muzyka Daabu zaczęła działać na mniej usypiająco. Szczerze mówiąc, sam nie wiem dlaczego. Ale nie mam zamiaru tutaj psioczyć. Od strony technicznej koncert stał na naprawdę wysokim poziomie, dinozaury reggae pokazały klasę i nie ma co do tego żadnej wątpliwości. To, że Daab niekoniecznie trafia w moje gusta, to już zupełnie inna sprawa i nie zamierzam się dalej nad nią rozwodzić. Prawda jest taka, iż właśnie ten występ zgromadził największą publikę, co było zresztą do przewidzenia - przyszli na niego w końcu nie tylko młodzi fajni muzyki z Jamajki, ale również ci nieco starsi, którzy pewnie mogą pamiętać koncerty Daabu z pierwszych edycji festiwalu jeszcze w latach 80.-tych. Co najważniejsze, niemal wszyscy (tak, poza mną) byli tym ponad godzinnym występem zauroczeni.

6. Tegoroczne Reggae nad Wartą wieńczyło Stage of Unity - również nieco dinozaurowaty zespół, który jednak debiutował właśnie w Gorzowie. Formacja Kristafariego grała całkiem przyjemnie, choć już do o wiele mniejszej widowni w porównaniu do wcześniejszych koncertów. Nie było to jednak nic porywającego - dobra muzyka, nic więcej. Wielbicielom bardziej klasycznego reggae na pewno się podobało. Inna sprawa, że sam Kristafari na zakończenie nieco mnie zażenował - był w stanie mocno wskazującym, przez co niektóre jego gadki zahaczały o głupotę i śmieszność.

7. Reggae nad Wartą 2009 można zaliczyć do imprez udanych, mających jednak pewne minusy. Największy to przede wszystkim regres, w porównaniu do lat ubiegłych. Podrożenie biletów wcale nie przyniosło więcej gwiazd, a wręcz przeciwnie. Efekt był gołym okiem zauważalny na widowni amfiteatru, na której panowała niezwykle niska frekwencja. Dobrze, że budynek będzie w tym roku modernizowany - może go pomniejszą, żeby w przyszłości mogli szczycić się wypełnieniem po brzegi? W tej chwili mogę tylko wyrazić nadzieję, że osoby odpowiedzialne za festiwal wezmą sobie do serca liczne narzekania i w przyszłym roku postarają się o gwiazdy, a nie jedną gwiazdę.

8. No i tak na koniec, powiedzmy takie post scriptum, chciałbym pozdrowić wszystkich znajomych, z którymi się przez te 2 dni bawiłem, na czele z twórcami i wykonawcami piosenki "Ba ba ba". Zdjęcia autorstwa Piotra Biernackiego.

niedziela, 12 lipca 2009

Reggae nad Wartą 2009 - dzień 1 (na szybko)

1. Tak jak przed rokiem postanowiłem sporządzić krótkie sprawozdanie z pierwszego dnia Reggae nad Wartą. Na papierze był to dzień gorszy i pewnie tak w istocie było, lecz - ku mojemu zdziwieniu - bawiłem się wyśmienicie, więc można mówić o pewnym pozytywnym zaskoczeniu.

2. Jak przed rokiem festiwal otworzyła gorzowska Creska. Grali nieźle, nic więcej. Tego się jednak można było spodziewać - wciąż jest to młody zespół, który w dodatku nie wybija się niczym charakterystycznym. Na rozgrzewkę Creska była jednak jak znalazł, a przecież chyba o to chodziło w ich występie. Nawet kilka osób kręciło się przez jakiś czas pod sceną.

3. Następnie na scenie zaprezentowała się Plebania. I to było mega zaskoczenie, bo zespół o takiej nazwie, którego zresztą w ogóle nie kojarzyłem, pokazał naprawdę coś ciekawego. Muzycy, pytani o reprezentowany gatunek, odpowiadają: "punk reggae indian music", co jest chyba najtrafniejszym określeniem. Pozytywna energia przekazywana jest tu z nieco mocniejszym uderzeniem, wspomaganym przez chociażby taką harmonijkę ustną oraz tekstami w języku Indian. Pogo przy Plebanii było najbardziej ostre (i zarazem nie przesadzono), sam bawiłem się doskonale.

4. Indiańskie klimaty zastąpione zostały nieco bardziej folklorystycznym Czerwie. Początek występu sobie odpuściłem, musiałem posilić się kiełbasą, która - nawiasem mówiąc - w tym roku wydawała się gorsza niż w zeszłym. Gdy wróciłem, byłem raczej zawiedziony, bowiem całe to Czerwie grało raczej mocno przeciętnie. Nie podobały mi się te wszystkie folklorystyczne akcenty, zaś wyczyny akordeonisty oraz sposób, w jaki zespół zakończył koncert, wręcz mnie zażenowały. No cóż.

5. Po Czerwie nastąpiła nieco dłuższa przerwa - stroiła się bowiem gwiazda wieczoru United Flavour. Szczerze mówiąc, pierwszy raz usłyszałem o tym zespole dopiero przed Reggae nad Wartą, i zapowiadało się naprawdę ciekawie. Wpływy afrykańskiej i hiszpańskiej kultury, wraz z prawdziwym miksem stylów muzycznych (reggae, latino, soul, r'n'b, hip hop i dancehall) mogły dać naprawdę porażający efekt. Nie myliłem się. United Flavour zagrało naprawdę fajnie - hiszpańska wokalistka śpiewała dobrze oraz potrafiła nawiązać kontakt z publiką. Prawdziwą bombą okazała się jednak osoba afrykańskiego basisty, który podczas koncertu zaliczył kilka rewelacyjnych wejść wokalnych. Swoją drogą, warto wspomnieć o deszczu, padającym właśnie podczas występu United Flavour. Nie wiem czemu, ale wydaję mi się, że po prostu doskonale pasował on do tej muzyki. Jest to na pewno jeden z tych zespołów, którym w najbliższym czasie się zainteresuję.

6. Na koniec zagrało Village Kollektiv. Na pewno nie można muzyki tej formacji sklasyfikować jako reggae. Był to raczej zbiór dziwnych instrumentów, dziwnego śpiewu i w miarę normalnej elektroniki. Nie mogę powiedzieć, aby mi się podobało. Nie mówię, że było słabe. Może po prostu taka muzyka do mnie nie trafia, może nie pojmuję jej głębi.

7. W porównaniu z zeszłym rokiem, pierwszy dzień Reggae nad Wartą zaliczył spory regres - droższy bilet, mniej ludzi, gorsze kiełbaski i - bądź co bądź - gorszy line-up. Jasne, Plebania mi się podobała, United Flavour również, ale to nie to samo, co zeszłoroczne Maleo Reggae Rockers czy Dubska Division z wybitnym występem Gery Moralesa. Liczę, że dzisiaj będzie lepiej. Masala to mój pewniak, Daab też się raczej postara. O Całej Górze Barwinków oraz Stage of Unity również słyszałem mnóstwo pozytywnych opinii, więc po prostu musi być lepiej.

8. Na koniec oczywiście pragnę pozdrowić wszystkich moich towarzyszy niedoli, których w tym roku było naprawdę sporo. Zamieszczone w tym artykule zdjęcia są autorstwa Piotra Biernackiego, mojego fotografa (no co, masz akredytację dzięki temu blogowi). Jutro możecie spodziewać się kolejnej szybkiej (no bez przesady) relacji z Reggae nad Wartą, a dalej, w tygodniu, myślę, że jeszcze jakichś dwóch materiałów odnośnie samej imprezy.

wtorek, 7 lipca 2009

Maleo Reggae Rockers - Reggaemova

Tydzień poprzedzający gorzowski festiwal Reggae nad Wartą to - jak już wczoraj pisałem - idealny czas na przybliżenie kilku (kto wie ilu, może tylko dwóch), naprawdę dobrych krążków, reprezentujących wywodzący się z Jamajki gatunek muzyki. Wczoraj było o wybuchowej mieszance reggae i ska z Radomia, czyli grupie Alicetea i jej albumie "Muzyka Moja Broń". Natomiast dziś, jak w każdy wtorek, przyszła pora na album, który po prostu musicie znać. Taką płytą jest właśnie "Reggaemova" Maleo Reggae Rockers. Może to nie żaden klasyk jak wydawnictwa Izraela bądź Daabu, lecz moim zdaniem jest on pewnym wyznacznikiem tego, co działo się na polskiej scenie w ostatnich latach.

Album "Reggaemova" miał swoją premierę w 2006 roku i był to drugi studyjny krążek formacji. No, trochę tu może naciągam fakty, ale teraz nie pora na ilustrowanie historii zespołu. Musicie tylko wiedzieć, że Maleo Reggae Rockers to grupa skupiona wokół osoby Darka Malejonka, pseudonim Maleo - znakomitego wokalisty i gitarzysty. Jeśli zaglądacie na tego bloga tylko ze względu na wpisy związane z hip-hopem, to tak czy siak powinniście go kojarzyć. Pojawił się on bowiem u boku Dużego Pe w kawałku "Zion" z płyty "Sinus". Już tam w refrenie pokazał swoje niezwykle wysokie umiejętności wokalne, zatem możecie być wręcz pewni, że na swoim najnowszym albumie Darek Malejonek spisał się co najmniej równie dobrze (prawda jest taka, iż wypadł jeszcze lepiej). Warto jeszcze dodać, że większość składu Maleo Reggae Rockers oparto na muzykach z legendarnej kapeli Bakshish.

"Reggamova" to album przepełniony pozytywną wibracją oraz bujającymi, choc nie zawsze skocznymi, rytmami. Pod względem muzycznym spodobał mi się dosłownie każdy numer - wprawdzie wyróżnić mógłbym chociażby kawałek "Rise Up", zważywszy na występującą w nim gitarę akustyczną, acz zalet z pewnością doszukałbym się również w pozostałych utworach. Brzmienie wzbogacono tekstami z refrenami, które szybko wpadają w ucho i nie są przy tym przesadnie infantylne. Liryczna strona albumu jest o tyle ciekawa, że z jednej strony wydawać się może przyjemna, lekka i łatwa do przyswojenia, a z drugiej - wręcz przeciwnie, kipi z niej zaangażowaniem, zwróceniem uwagi na problemy współczesnego świata (i nie mam tu na myśli tych politycznych, ale przede wszystkim tych społecznych) oraz chęcią przekazania i promowania wartości jak najbardziej pozytywnych, z czego reggae przecież słynie.

Nie muszę chyba mówić, że taki materiał świetnie wypada na koncertach. Wiem to doskonale, w końcu przy Maleo Reggae Rockers na żywo bawiłem się co najmniej 2 razy - co najlepsze, za każdym razem równie dobrze. Duża w tym zasługa wpadających w ucho refrenów, o których wspominałem przed chwilą. Za pierwszym razem nie znałem bowiem ani jednej piosenki zespołu, lecz, mimo tego, śpiewałem wraz z całą publicznością. Nawiasem mówiąc, umiejętności wokalne samego Darka Malejonka podziwiałem 3 razy. W końcu pojawił się on na chwilę u boku Kazika podczas koncertu KNŻ - odśpiewał wtedy swoje i zszedł ze sceny.

Jeśli już zahaczyliśmy o takie gościnne występy, to nie można zapomnieć o wzbogacających "Reggamovę" featuringach. Spory wpływ na odbiór płyty miał King Lover (słyszymy go w aż 3 piosenkach) oraz duet znany z warszawskiego Vavamuffin, a mianowicie Reggaenerator oraz Pablopavo. Razem pojawili w kawałku tytułowym, zaś każdy z osobna zaliczył jeszcze po jednym utworze. Fanów rapu na pewno zainteresuje numer "Żyję w tym mieście", gdzie gościnnie wystąpili Vienio i Pele - spisali się nieźle, choć takie kolaboracje, gdzie MC's stoją na drugim planie, raczej zawsze pozostawiają po sobie spory niedosyt. Warto jeszcze dodać, że w tym samym kawałku słyszymy również syna Darka Malejonka, Maleo Juniora, który urzeka swoim sympatycznym, dziecinnym głosikiem.

Trudno mi zdecydować, czy "Reggaemova" to istna rewelacja, czy może po prostu "tylko" bardzo dobry album. To nie jest mój gatunek muzyki, nie siedzę w nim do końca na bieżąco, więc ocenę liczbową proszę traktować z małym przymrużeniem oka. Wiem, że jest to porządny materiał. Materiał, który w dodatku znakomicie się sprawdza się podczas występów na żywo. Takie utwory jak tytułowa "Reggaemova", "Chant 2006", "Hasanoga", "Ostrożnie", "Serce Człowieka" oraz "Kochać albo żyć" to koncertowe bomby - zawsze bawiłem się przy nich znakomicie. Polecam więc nie tylko sam album, ale również koncert, na który podczas tego lata będzie pewnie łatwo trafić - w końcu festiwali reggae w Polsce mamy teraz naprawdę sporo. Szkoda tylko, że Maleo Reggae Rockers zabraknie na tegorocznym Reggae nad Wartą...

Ocena: 9/10

poniedziałek, 6 lipca 2009

Alicetea - Muzyka Moja Broń

Tegoroczne Reggae nad Wartą za pasem. Myślę, że to idealny moment na przybliżenie kilku naprawdę fajnych, a nie - jak to bywało wcześniej - słabych, lecz popularnych, krążków utrzymanych w jamajskich klimatach. Zaczniemy od wizyty w mieście Radomiu, gdzie tworzy kapela Alicetea, w ciekawy sposób łącząca reggae ze ska. Obecnie, można przypuszczać, że zespół przeżywa mały kryzys - siedmiu facetów opuściła bowiem Alicja - wokalistka i jeden ze znaków rozpoznawczych grupy. Choć z tą "zapaścią" to nie są żadne potwierdzone informacje, a jedynie moje gdybania.

Właśnie dlatego lepiej je od razu porzucić i zająć się czymś, co nie budzi aż takich kontrowersji. Formacja, podczas swojej 7-letniej działalności, wypuściła jedynie (albo aż, zależy jak na to spojrzeć) jeden studyjny album, stojący za to naprawdę na wysokim poziomie. "Muzyka Moja Broń" to 12 przepełnionych pozytywną energią oraz ciekawymi pomysłami tracków. Na ogół dominują beztroskie, luźne i optymistyczne kawałki w stylu "Lena Sambora" - za takie klimaty wiele osób ceni sobie reggae i w sumie im się nie dziwie. W dodatku, Alicetea doskonale czuje się w takiej stylistyce, co zresztą słychać. Nie brakuje jednak bardziej zaangażowanych piosenek - tu można wymienić chociażby "Radio Bagdad".

Radomski zespół zyskał moje uznanie nie ze względu na warstwę liryczną, a przede wszystkim z uwagi na samą, kipiącą od różnych pomysłów muzykę. Wszystko trzyma się tu klimatów reggae i ska, o czym zresztą pisałem już we wstępie. Można pokusić się o stwierdzenie, że po trochu Alicetea inspiruje się funkiem. Podobać mogą się przede wszystkim rozbudowane, dynamiczne kompozycje. Radomscy artyści chętnie zmieniają tempo - dodają niektórym piosenkom energicznego kopa bądź - wręcz przeciwnie - zwalniają, wprowadzając słuchacza w błogi, spokojny stan. Ba, Alicetea potrafi nawet całkowicie zmienić melodie w jednym utworze, co też jest pewnego rodzaju ciekawostką. Przy ocenie samej muzyki nie można zapomnieć o fantastycznej sekcji dętej oraz o męskim i żeńskim wokalu - zarówno Adam, jak i Alicja posiadają naprawdę mocne głosy, którymi spokojnie mogliby zawojować polską scenę reggae również solowo.

"Muzyka Moja Broń" to album wprost przepełniony pozytywną wibracją. Znajdziemy tu też pełno skocznych melodii, czyli - mówiąc inaczej - na słoneczne dni jak znalazł. Chciałbym kiedyś wybrać się na koncert tej grupy, bo, słuchając tej płyty, jestem wręcz pewien, że znakomicie radzi sobie ona podczas występów przed publicznością. Póki co, niestety nie będzie mi to dane. Może kiedyś Alicetea zawita do Gorzowa w ramach Reggae nad Wartą? Oby. W tej chwili nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny posłuchać krążek "Muzyka Moja Broń". Jeśli nie znacie, to gorąco zachęcam do zapoznania tego materiału!

Ocena: 8/10

niedziela, 5 lipca 2009

Enson - Osiem kroków dalej

Dawno, dawno temu mocno pojechałem Ensona na łamach tego bloga. Dziś się tego wstydzę, bo raz, że używałem do tego słabych argumentów, a dwa, że dziś jest raperem, który zaliczył jeden z większych progresów w polskim undergroundzie w ostatnim czasie. Wysoki poziom pokazał już na "Literach Jutra" duetu LJ, teraz zaatakował Internet nowym materiałem, tym razem solowym. Już we wstępie mogę napisać, że "Osiem kroków dalej" to może niekoniecznie najlepsza, ale na pewno jedna z ważniejszych i ciekawszych podziemnych produkcji tego roku.

Eno nie ma prostych linii, o czym zresztą sam daje do zrozumienia w jednym z kawałków na płycie. Gorzowianin rzuca niebanalne wersy, często niejednoznaczne, pełne ciekawych porównań i nawiązań. Nie jest to jednak pseudointelektualny rap - czasem wprawdzie trzeba chwilę pomyśleć, co autor miał na myśli, lecz jest to jak najbardziej w możliwościach przeciętnego śmiertelnika. Gdzieniegdzie Enson atakuje nas follow-upami. Najbardziej rozpoznawalny każdy odnajdzie w kawałku "To nie oni", w którym raper z gorzowskich Piasków krytykuje polską scenę hip-hopową (bo raczej nie jednego, konkretnego MC, choć kto tam wie) słowami "To twój rap, ale nie twoja rzeczywistość", nawiązującymi do słynnego "Mój rap, moja rzeczywistość" Peji.

Pojedyncze wersy to bez wątpienia najmocniejsza strona "Osiem kroków dalej". Tracki jako całość już tak nie powalają. No, może poza kończącym płytę utworem "Kain i Abel" - Enson dał ciekawy i intrygujący storytelling, z dobrym, dającym do myślenia zakończeniem. Wspomnieć należy jeszcze o singlu, promującym krążek. W "Świat jest wielki" gościnnie pojawiają się 2sty, LaikIke1 oraz KotKuler - obecność tego drugiego wywołuje największe poruszenie i słusznie, w końcu zaprezentował się naprawdę świetnie. Reszta featów, nie tylko w tym numerze, ale również na całym albumie, pozostaje raczej w cieniu gospodarza. Nie powinno to dziwić, w końcu Ensona wspomagają mniej uznani raperzy. Zarówno Roka vel "poeci są jak bletki", jak i gorzowianin Belo spisali się wprawdzie nieźle, lecz to wciąż klasa niżej. Sam Eno pod względem technicznym wypada naprawdę dobrze - jak już pisałem zaliczył spory progres (pozwolę przypomnieć sobie jego "Progres to pedał - ciągle mnie dotyka") i to po prostu słychać. Szkoda, że nie nagrywa na lepszym sprzęcie.

Producentami poszczególnych kawałków na płycie są m.in. Oliwa, Nastyk, Riki, 2sty, Bonifacy oraz duet Wallcut. Ksywki raczej mało znane, bity jednak wyszły całkiem niezłe i klimatyczne. Wprawdzie żaden z nich się jakoś przesadnie nie wybija, lecz najważniejsze jest to, że Enson znakomicie się na nich czuje, a o to przecież głównie chodzi. Osobne zdanie należy się skrzypkowi ŁC, które swoje umiejętności pokazał w utworze "Świat jest wielki" - kapitalna robota!

Eno jest raperem, któremu można wiele zarzucić. Umówmy się jednak, właściwie do każdego można się przyczepić, skupiając się tylko na jego minusach. Prawda jest taka, że "Osiem kroków dalej" to najlepszy gorzowski materiał od czasu "Liter Jutra", który spokojnie można pokazać hip-hopowym głowom z całej Polski. Dobry album, pełen mocnych, trafnych i ciekawych linijek. Nie każdemu przypadnie do gustu, to pewne. Mi się podoba, Enson pokazał spore umiejętności i za to trzeba go chwalić. Sprawdźcie album, może i Wy będziecie go później propsować. Polecam.

Ocena: 7+/10

wtorek, 30 czerwca 2009

Premiera producenckiej płyty Noida

Noid, szerzej znany jako eNOIDe, twórca chociażby tego bloga, właśnie wypuścił do neta swój debiutancki album producencki. Sam o sobie mówi, że jest najgorszym beatmakerem w tym kraju. Prawdą to raczej nie jest, aczkolwiek w ostrej recenzji swojego krążka (!!!) wymienił chyba wszystkie wady tego projektu.

Nad płytą patronat medialny sprawuje... mój blog, co jest gestem tylko i wyłącznie koleżeńskim - płyty nie słyszałem przed zadeklarowaniem się, jednak uważam teraz, że wcale źle nie zrobiłem. Jeśli jakiś inny producent / raper / DJ byłby zainteresowany moim patronatem, w co szczerze mówiąc wątpię, to odsyłam do rubryki "Kontakt". Ostrzegam tylko, że nie będzie to takie proste.

"Oderwanego od rzeczywistości" Noida pobierzecie z tego adresu. Poniżej prezentuję tracklistę albumu:

1. Nie podoba mi się ten sampel
2. Bogurodzica (XXI century version)
3. Amstaf REMIX (feat. Jotu)
4. Wycieczka (feat. Tołt & Xeyos)
5. Kołysanka
6. Było dobrze skit (Uodyga w studio)
7. Bez wyjścia (feat. Uodyga & Deote)
8. Noid vs Rahzel (Producencki 100% spontan zrobiony w 10 minut i tak dalej)
9. Nigdy więcej LSD
10. Słabsi od nas (feat. Peonsky)

poniedziałek, 1 czerwca 2009

RAPER NIHILISTA, czyli wywiad z Mielzkym

Mielzky to niezwykle utalentowany raper, znakomicie radzący sobie również w innych gatunkach muzycznych, o czym świadczy jego całkiem udana kariera z zespołem Sekaku. Poniżej możecie przeczytać z nim wywiad, z którego zapewne wywnioskujecie, że nie jest to kolejny taki sam, undergroundowy raper.

Z Sekaku powróciłeś po ponad roku. Nie żałujesz, że nowy materiał znów jest taki krótki?

Wróciłem, a to jest dla mnie najistotniejsze. Miewam zarówno krótsze, jak i dłuższe przerwy w tej całej zabawie, jednak zawsze staram się wrócić. Materiał jest krótki, z pewnością, jednakże w mojej opinii jest bardzo dopracowany, co działa na naszą korzyść. Rozumiesz o co mi chodzi, możemy wrócić z długogrającą płytą, na której każdy utwór jest taki sam, a możemy wrócić z krótkim, ale mocnym gównem. Wybraliśmy bramkę numer dwa. Na ten moment więc nie żałuję.

Skąd pomysł na wydanie płyty w kartonie od pizzy?

Jest to wynik burzy mózgów między mną a Grzesiem Forinem. Tak czy inaczej, Forin wykonał strasznie wielką i czasochłonną robotę przy tej płycie i jego wkład w całość jest bardzo duży, za co należy mu się wielka miłość. Projekty, które ten gość robił Ostremu, Pelsonowi czy Tymonowi, są klasyką gatunku.

Na forum Ślizgu informowałeś, że była propozycja wydania "Złej Karmy" na legalu. Nie chciałeś jednak wyjawić o jaką wytwórnię chodzi...

I nadal tego nie zrobię, ponieważ nie rozumiem po co poruszać temat, którego tak naprawdę nie ma. Wytwórni odpowiadała nasza muzyka, a to i tak dużo, uwierz, jednakże kiedy pokazaliśmy projekty wydania, omówiliśmy te opcje kartonów, keczupów, gratisów, to powiedzieli, że albo mamy brać digipack i pchać to na półki albo nara. Z tym że panowie zaznaczyli, iż jeśli będziemy kiedyś mieli ochotę zrobić longplay, to możemy do nich śmiało uderzać.

Kiedy premiera płyty z Patr00? W wywiadzie udzielonym Spinnerowi czytamy, że to ona jest dla Ciebie priorytetem, a nie nowy materiał Sekaku. A tu proszę, najpierw wyszła "Zła Karma".

Początkowo tak właśnie miało być, jednakże z czasem ja zacząłem robić Sekaku, a on Ortegę i doszliśmy do wniosku, że najpierw te projekty ujrzą światło dzienne, a potem zaatakujemy wspólnie. Zresztą mój utwór na nowym krążku Ortegi jest niejako zapowiedzią i wstępem do płyty z Patr00.

W tym samym wywiadzie wspominasz o gościach, którzy pojawią się na wspólnej płycie z Patr00. Wymieniasz Jaśka (Afront) oraz Zkibwoya. Mówisz też coś o bonusie, który nie został do końca dogadany. Jak sprawa wygląda teraz? Mógłbyś zdradzić, kto jest tym "bonusem"?

Sprawa wygląda tak, że ostatnio nawet o tym nie myślałem jakoś specjalnie. Jasiu powiedział, iż nie odpuści zwrotki na Patr00, więc będzie fajnie. Natomiast Zkibwoy to mój człowiek, choć ostatnio nie plotkujemy już tak jak kiedyś, ale numer też będzie. Co dalej? Sądzę, że Jot. Ugadywałem to z Jurą, dla mnie ten gracz to filar gatunku w kraju, dzieciaki powinny brać z niego przykład, definitywnie. Drutz!

Czy płyta z Patr00 będzie promowana teledyskami od 77cuts?

Nie tyle teledyskami, co jednym teledyskiem. Ciężko jest zrobić parę klipów, skoro chłopaki z 16pads siedzą w Kanadzie, a ja w Polsce. Także rozumiesz w czym jest problem, ja już mówiłem, że chce klip taki bardziej w opcji piknik / barbecue, niż wczuwanie się i machanie łapami. Ale będzie klip i będzie dobrze - 77cuts to mój człowiek, który ma nosa do wyczucia dobrego klimatu.

Jest szansa na winyl w przypadku płyty z Patr00?

W sumie to trochę dziwne pytanie, zważywszy na to, że od początku mówimy, iż będzie edycja winylowa. Powinieneś się pytać, czy jest szansa na CD. (śmiech)

No to jest szansa na CD? (śmiech)

Naprawdę ciężko to powiedzieć, być może pomoże nam z tym jakaś wytwórnia, jeśli nie to będziemy walczyć o CD, bo mamy świadomość, że gramofony w kraju mają już tylko prawdziwi zapaleńcy tematu. Na pewno spróbujemy to załatwić. Czy się uda? Nie możemy niczego obiecać.

Twoje teksty obfitują w zdarzenia, których raczej nie przeżyłeś na własnej skórze. Skąd czerpiesz inspiracje na pisanie takich utworów jak "Hanibal", "Niemy krzyk" czy "Zamykam oczy"? Jakieś filmy, książki?

"Hanibal" to utwór który przez nikogo nie został właściwie odebrany. To raczej znaczna metafora odnośnie wpieprzania się ludzi w moje życie. Także to raczej zwyczajny numer, jedynie to "wpieprzanie" przedstawiłem jako "zjadanie" mnie, mojej osoby. "Niemy krzyk" i "Zamykam oczy" – (dłuższa chwila zastanowienia) – wiesz, to jest tak, że do tego mogą zainspirować mnie tylko wieczorne Fakty czy Panorama, naprawdę. Bardziej denerwuje mnie fakt, iż tego typu sytuacje mają miejsce nie tylko w filmach i książkach, a przede wszystkim na ulicy. Śmierć której nikt nie zauważa jest wpisana w dzisiejsze czasy. Przywykliśmy do tego.

Kontynuując temat Twoich poszczególnych utworów, pragną zadać Ci pytanie z serii osobistych. Na czym polega Twój konflikt z ojcem, o jakim dajesz do zrozumienia w "A ja co"?

Ojciec jest skurwysynem, tak to działa. Zrobił zbyt wiele błędów, dzięki czemu ja mogę być pewien, że ich nie popełnię. Gościowi nie należy się już kompletnie nic, serio. Widziałem zbyt wiele rzeczy w domu będąc dzieckiem. I mogę dać słowo, że jeśli przyjdzie do mnie kiedykolwiek stary, chory, bez sosu na życie, to ode mnie uzyska jedynie serdeczne wypierdalaj.

Patrząc na Twoją odpowiedź może się wydawać, że w ciąż jesteś gnojem, który nie wierzy w ludzi, o czym wspominasz w "Pierwszym razie"...

Dokładnie. Zbyt wiele osób mnie przekręciło, by wierzyć w ludzi, wierzyć ludziom, cokolwiek. Mam moją bandę, której ufam i dla której oddałbym wszystko, jednakże reszta jest mi kompletnie obojętna. Ludzie kłamią w obronie własnej dupy, ludzie nie reagują widząc coś złego, ludzie są kurewsko bierni, więc po co mam w nich wierzyć, skoro kiedy na stacji metra w centrum, w środku dnia przekopie mnie 20 osób, to sam jeszcze będę musiał dzwonić na pogotowie.

Naprawdę jest z Tobą tak źle, jak nawijasz w "Cenie, którą płacę"?

Nie tyle jest, co było, alkohol bywał w moim życiu zbyt często, musiałem to ograniczyć. Chodzi o to, że żałuje wielu spraw, spieprzyłem parę ważnych rzeczy, więc tak to wygląda. Jestem synem gościa, który po pijaku chciał wysadzić dom. Nie oczekuj, że będę do końca życia pił herbatę, jednak już moja w tym głowa by nie przesadzić i się nie stoczyć.

Przejdźmy do Twoich poglądów. W "Niemym krzyku" pierwsza zwrotka traktuje o aborcji. Dlaczego jesteś przeciwnikiem takich praktyk?

To jedna z tych nielicznych kościelnych reguł, która w mojej opinii jest prawdziwa i uzasadniona. Nie wyobrażam sobie zabijania swojego dziecka, niezależnie czy jest ono owocem miłości czy nienawiści, pieprzyć to. Ludzie próbują szukać durnych uzasadnień, by uciec od poczucia winy, chcą sobie wmawiać, że zabili dziecko by ratować siebie, że zabili dziecko bo było efektem gwałtu, ale dla mnie to nie zmienia faktu, że są skurwysynami zabijającymi dzieci. Nie ma usprawiedliwień.

Jaki jest więc Twój stosunek do wiary? Odniesienia do Boga padają w Twoich kawałkach niejednokrotnie, to chyba nie jest przypadkowe...

Często wątpię. Podobno, jeśli wierzysz to nie zadajesz pytań, a ja zadaje ich aż za dużo. Ciężko mi czasami ufać w słowa księży, mając świadomość jak wiele mają za paznokciami syfu. Choć – z drugiej strony - mam świadomość, że nie mi jest dane ich oceniać i sądzić. Ciężko mi wierzyć w instytucje kościoła, kiedy wobec swoich wyznawców ma on tyle tajemnic. Ciężko mi odpowiedzieć nawet na pytanie czym jest modlitwa, bo nie mogę powiedzieć że rozmową z Bogiem, skoro nikt mi nie odpowiada, dla mnie to raczej mówienie do obserwatorów. Kiedyś wierzyłem w to bezgranicznie, dzisiaj zadaję pytania.

Mój człowiek Radek przy piwku sprzedał mi jednak bardzo dobrą zasadę. Uczy dzieciaki angielskiego, powiedział mi, że często nazywa ich głąbami i idiotami - chodzi o to, że w momencie, w którym te dzieciaki skupią się na tym, co jest istotne, mianowicie na języku angielskim, wtedy są naprawdę mądrymi ludźmi. Człowiek ma w sobie swego rodzaju "sitko", przez które przecedza informacje. Kiedy palisz szlugi, a kobieta powie Ci "PRZESTAŃ PALIĆ" to powiesz "Okej kochanie" i wyrzucisz paczkę? Nie sądzę. Tak samo w kościele, kiedy słucham księży, staram się wyłapywać tylko to co istotne, nie patrzę na nich, a na to co stoi za nimi i co reprezentują, czyli moją wiarę. Nigdy nie wątpiłem w Boga, zbyt często wątpiłem w kościół.

Nawijałeś kiedyś, że nie utożsamiasz się z żadną subkulturą. Dlaczego? Uważasz, że nie mają one nic ciekawego do zaoferowania?

Nie utożsamiam się, aczkolwiek kocham hip-hop. Tak to wygląda, robię materiał z Sekaku i nigdy nie będę "rockmanem", od zawsze robię rap. Nie utożsamiam się z subkulturą jako tako, bo musiałbym brać na barki wygrzewki typu Firma, Peja czy tego typu jazdy. A tego robić nie chcę. Autentycznie jestem fanem hip-hopu i kocham go, bo to najbarwniejsza z tych wszystkich subkultur - znajdź mi inną, która wykształciła sobie swój styl ubioru, tańca, malowania, swój slang i kupę innych fajnych rzeczy. I kiedy miliard razy dziennie słucham utworu Joell Ortiza "Hip Hop", to wiem, że to właśnie chcę robić, serio. To jest piękne.

W "A ja co" nawijałeś coś o oglądaniu "Prison Breaka". Łykasz jeszcze jakieś seriale? Może podobnie jak Mes jarasz się "Dr Housem"?

Prisona odstawiłem od tego czasu w kąt, aczkolwiek oglądam z zamiłowaniem Herosów, Lostów i House'a. Dla mnie niezależnie czy w Lostach oni będą się miliard razy przenosić w czasie, czy Bóg wie co tam jeszcze, dla mnie to nadal będzie serial, na który będę czekał. Z Herosami podobnie, jak długo będzie grał tam Hiro (choć ostatnio ma problemy z mocami) i Ando aka Szkarłatna Iskra, tak długo będę śledził ich poczynania, poza tym utożsamiam się z Bennetem. (śmiech) A House jak House, lubiłem go jeszcze zanim nawijał o nim Mesiwo. Z polskich seriali Ojciec Mateusz jest mistrzem i tyle. Pozdrawiam też The Returners którzy wielbią Ankę Przybylską aka Marylkę ze Złotopolskich.

Jacy są Twoi ulubieni wykonawcy z Polski i zagranicy?

Wolę raczej powiedzieć czego ostatnio słucham, bo ulubionych wymienić nie dałbym rady. Z Polski więc ostatnio słucham dużo rzeczy z Asfaltu, czyli Ostry / Fisz / Afront. Wiadomo, dobry, fajny rap. Poza tym odsłuchałem nowego Mesa, jednak nie mogę się do niego kompletnie przekonać. Słucham też dużo Riverside, polskiego bandu który za granicą jest kochany, a w Polsce zna go garstka. Do tego dorzuciłbym Fonotekę, czyli mixy 77cutsa, które są mega mocne i ostatni mixtape Daniela Drumza, przy którym robię śniadania. To Polska. A Zagranica? Bun B, który po śmierci Pimpa wyskoczył na takiego zawodnika, że hoho, Termanology nowy, Statik Selektah, Elsiane – polecam okrutnie, Goapele, Nneka, Ayo i wszystkie inne Nigeryjki niemieckie, do tego jestem zmuszony słuchać dużo DMX-a, bo mieszkam z Kopciem, a Kopeć uwielbia raperów naśladujących psy.

Jakbyś miał wybrać 5 swoich ulubionych albumów, to na co byś się zdecydował?

Nie dam rady, naprawdę, zbyt wiele rzeczy i albumów miało na mnie wpływ od kiedyśtam do dziś. Zawsze ważne płyty dla mnie to Jay-Z, Common, Talib Kweli / Reflection Eternal, Gang Starr, De La Soul, The Roots, Looptroop, Nas, Hocus Pocus czy nawet Joell Ortiz. Tego jest zbyt wiele i z każdym albumem wiąże się zbyt wiele uczuć i wspomnień, by teraz wyłapywać najfajniejsze.

Wymieniasz czołówkę europejskiego hip-hopu – Looptroop i Hocus Pocus. Jak myślisz, czy europejscy raperzy nadal są daleko w tyle za amerykańskimi?

No właśnie, problem w tym, że chyba jedynie ta "czołówka" dotrzymuje kroku raperom ze Stanów, aczkolwiek uważam, że gonienie za Stanami jest głupotą. Murzyn to jest murzyn w tej sprawie. Inaczej ma się sprawa, jeśli chodzi o produkcje, gdyż uważam, iż europejscy producenci są naprawdę mocni, Francuzi, Hiszpanie, czy nawet polskie Returners to żywe świadectwo na to, że europejski beatmaking ma doprawdy sowity poziom. Tak więc, odpowiadając na pytanie, raperzy tak, producenci nie.

Masz jakieś propozycje na featy? Była możliwość gościnnego występu na legalnym wydawnictwie (poza nową Ortegą)?

Będę na Ortedze z fajnym utworem. Poza tym Red/Spinache chociaż nie wiem czy to w końcu dojdzie do skutku, mój ziom Red coś zamulił. (śmiech) Oprócz tego będę na następnym Sekaku. (śmiech) Nie no tak serio to wiadomo, zgłaszają się ludzie po featy, ale ja za tym nie gonię jakoś, dogram się komuś znajomemu bez problemu, ale ludziom z MySpace, których słyszę pierwszy raz to raczej ciężko. Poza tym ja już mam bandę ludzi, których lubię słuchać i z którymi chciałbym coś nagrać, więc wiesz, ciężko mnie zadowolić rapowo.

Jakie są Twoje koncertowe plany na wakacje? Masz już z Sekaku jakieś umówione eventy?

Bierzemy z Sekaku transita i ruszamy w kraj, serio. Przygodowo, wakacyjnie i koncertowo w jednym.

Masz może już jakąś wstępną listę miast, które odwiedzicie?

O wszystkim zwykłem dowiadywać się na końcu, także nie dam rady przytoczyć tu miast. Na pewno będziemy w Olsztynie, Warszawie i Trójmieście. Wygrywając trójmiejską Famę, zostaliśmy zaproszeni na ogólnopolską Famę w Świnoujściu, więc i tam będzie można nas usłyszeć. Będzie to jeden z nielicznych koncertów, na których zagramy z Golasem, także oczekujcie mocnej bomby!

Powoli kończymy. Zastanawiam się dlaczego czasem boisz się ryknąć w piosence mimo, że czasem aż się o to prosi?

Może dlatego, że 7 lat robię rap, więc nikt nie nauczył mnie ryczeć? Ciężko jest być raperem i nagle stać się mistrzem śpiewania, rozumiesz, ja nie wiem co to jest growl nawet. (śmiech) Robię swoje w Sekaku, jak czegoś nie potrafię, to proszę o to znajomych, którzy zrobią to lepiej.

Swoją drogą, również nie wiem czym jest growl… (śmiech) Na koniec - czemu jesteś w swoich utworach takim smutasem? Kiedy będzie jakiś pozytywny wałek?

Moja kobieta określiła mnie mianem "RAPER NIHILISTA", tego się trzymam. Czemu taki jestem? Bo jestem typem człowieka który gdy widzi milion zakochanych ludzi idących pod rękę i tysiąc dzieciaków umierających dziennie z głodu, to patrzy na tych drugich. Sam sobie dorzucam problemów, ale co zrobić. Dla mnie są rzeczy ważne i mniej ważne, problem w tym że te ważne są w większości dość trudne, przykre, a - co za tym idzie - smutne. Kiedy będzie coś pozytywnego? Na płycie z Patr00 będzie fajny numer. Hola!

poniedziałek, 18 maja 2009

Sekaku - Zła Karma

Jednym z najciekawszych wydarzeń polskiej sceny muzycznej z 2007 roku były, moim zdaniem, 2 debiutanckie materiały od Sekaku – muzycznego kolektywu, wykonującego mieszankę rapu z ostrzejszym graniem. Od strony stricte muzycznej na pewno nie było to żadne wirtuozerstwo – ot, przyjemne rzępolenie gitar połączone z naprawdę niezłym waleniem w zestaw perkusyjny. Ponad wszystko wybijał się jednak Mielzky – autor znakomitych tekstów oraz raper, który doskonale odnalazł się w innej niż dotychczas stylistyce. Przez rok o Sekaku było cicho. Zespół wreszcie powraca ze swoją trzecią epką. Już we wstępie mogę powiedzieć, że "Zła Karma" jak najbardziej spełniła moje oczekiwania.

Materiał wydaje się być nieco ostrzejszy od poprzednich płyt z repertuaru Sekaku. Ogólnie rzecz biorąc, te 6 nowych kawałków brzmi po prostu lepiej od wcześniejszych dokonań Mielzky'go i spółki. Nie wiem, na ile to zasługa swoistej poprawy warsztatu, a na ile lepszego sprzętu, urządzeń nagrywających i korzystniejszego masteringu. Mocy w dwóch utworach dodaje niejaki Golas z zespołu Lont. Jego głos brzmi dosłownie fenomenalnie. Chłopak idealnie wpasował się w refreny, które wypadają tak, jak wypaść powinny – Mielzky nie potrafi się wydrzeć w ten sposób, a w tych piosenkach krzyk buduje klimat.

Jeśli już wywołujemy rapera współpracującego swego czasu z BennCartem, a obecnie nagrywającego płytę z Patr00, to trzeba coś powiedzieć odnośne jego roli na "Złej Karmie". Wielu słuchaczy już pewnie zauważyło, że w tekstach Mielzky'ego dominuje pesymizm, choć niektórzy z kolei mogą powiedzieć, iż to tylko tzw. "trzeźwe spojrzenie na świat". Najlepiej o tym świadczą wersy chociażby rzucone w utworze "Wszystko prysło", który pojawił się na longplayu "Nic się nie dzieje" Ortegi Cartel. Mam tu przede wszystkim na myśli linijkę "Wierzymy w lepszą przyszłość, ale jej i tak nie będzie" – moim zdaniem jeden z wyraźniejszych przykładów na pesymizm Mielzky'ego.

O tym, że współautor "Umrzeć w super butach" raczej nie przywykł do wesołych tekstów, już wiemy. A czym nas konkretniej uraczył nas na "Złej Karmie"? Przede wszystkim znakomitą historią z singla "Zamykam Oczy" o narkotycznej miłości, która nie kończy się – lekko mówiąc – najlepiej. Do gustu bardzo przypadł mi też kończący epkę utwór "Co z tego". Tutaj przede wszystkim szybko wyłapałem mnogość pytań retorycznych, których styl przypomina mi piosenkę "Marność" Kultu. Swoją drogą, wydaję mi się, że teksty Staszewskiego mają nie taki znowu mały wpływ na twórczość Mielzky'ego, bowiem trochę z Kazika odnajduję również w kawałku "W nie mojej wojnie" (zalatuje on chociażby "Świadomością"). Inna sprawa, że przecież nie tylko lider Kultu wykonywał utwory o takiej tematyce, więc moje rozważania mogą być całkowicie nie poparte faktami.

"Zła Karma" – jak wspominałem - spełniła moje oczekiwania. Zawsze musi być jednak jakieś "ale". W tym wypadku minusów jest w sumie niewiele, niemniej występują. Mam wrażenie, że dostarczona w moje ręce wersja przedpremierowa posiada poważny mankament – otóż wokal Mielzky'ego wydaje się być nagrany stosunkowo za cicho w porównaniu do całego instrumentarium. Poza tym spore uczucie niedosytu sprawia długość materiału. Chciałoby się od Sekaku wreszcie coś dłuższego. W moich oczach zaistniał Golas, czyli wokalista, który śmiało mógłby wstąpić do zespołu i spełniać podobną rolę co Marek Dulewicz w Bakflipie, tj. śpiewać (wrzeszczeć?) w refrenach. Swoją drogą, członek kapeli Lont posiada moim zdaniem ciekawszy od łodzianina tembr głosu.

Ze "Złą Karmą" jest tak, że raczej nie przypadnie do gustu ona hip-hopowym ortodoksom, którym łączenie rocka z rapem niezbyt się podoba. Otwarte umysły, nie szufladkujące zespołów na poszczególne gatunki na pewno znajdą tu coś dla siebie. Najnowsza epka Sekaku jest bardziej dopracowana od dwóch ostatnich. Wydaję mi się jednak, że trochę mniej przebojowa od "Greatest Hits", czego kompletnie nie potrafię już wytłumaczyć. Mimo tego, "Złą Karmę" trzeba wręcz polecić, w końcu to wciąż bardzo dobra płyta, zarówno od strony czysto muzycznej, jak i lirycznej. Mnóstwo rewelacyjnych albumów musiałoby wyjść, abym nie umieścił trzeciego materiału od Sekaku w swoim końcoworocznym zestawieniu.

Ocena: 8/10

PS W powyższej recenzji zabrakło oceny tego, co nie zostało mi udostępnione przed premierą, a mianowicie bonusowego numeru z LaikIke1 oraz opisu wydania (kosmicznego i oryginalnego w zapowiedziach) albumu. Gdy obie te rzeczy wpadną w moje łapska, na pewno nie zapomnę o nich wspomnieć.

sobota, 25 kwietnia 2009

Kazik Na Żywo w Palladium (22.04.2009)

Początkowo KNŻ w warszawskim Palladium miał zagrać już 16 kwietnia bieżącego roku. Parę dni wcześniej prezydent ogłosił jednak żałobę narodową. Czy było to słuszne, czy nie – o tym już swego czasu pisałem. Kazik potwierdził jednak moje przekonanie, że na taki koncert warto czekać te parę dni dłużej.

W Palladium pojawiłem się koło 19, kiedy na scenie grał jeszcze drugi z supportów, zespół Soulburners, który ogólnie zaprezentował się całkiem w porządku, lecz miał strasznie obciachowego wokalistę – gdy tylko na niego patrzyłem, od razu chciało mi się śmiać. Potem na scenę wkroczył jeszcze Większy Obciach. Bez wątpienia był to najbardziej "lajtowy" występ środowego wieczoru. Takie lekkie, softrockowe granie okraszone jednakże satyrycznymi, często zarazem mocnymi tekstami.

Chwilę po 20 na scenie zaczął instalować się Kazik Na Żywo. Jako pierwszy pojawił się Robert Friedrich. Litza został przywitany przez publiczność wręcz gorączkowo. I nie ma się w sumie co dziwić. Wprawdzie to Staszewski jest postacią nr 1 podczas koncertów KNŻ, lecz przecież to ortodoksyjny katolik w dreadach podkręca atmosferę i rozgrzewa zgromadzonych. Jeszcze większymi oklaskami powitano samego Kazika. Tylko się pojawił i od razu się zaczęło.

Na początek zespół zagrał tradycyjnie "Legendę ludową", dalej były również same hity. Zresztą nic dziwnego, w końcu w koncertowym repertuarze KNŻ ciężko znaleźć słabsze numery. Staszewski – a wraz z nim ja i tysiące innych gardeł – zaśpiewał chociażby "Tatę Dilera", "Kalifornię ponad wszystko", "Artystów", "Nie zrobimy wam nic złego, tylko dajcie nam jego", "Świadomość", "Łysy jedzie do Moskwy", "W południe", "Nie ma litości", "Las Maquinas de la Muerte" czy "Konsumenta". Ciekawie wykonano cover "Krzesła Łaski" Nicka Cave’a. Zgodnie z tytułem Kazik cały utwór przesiedział na krześle. Ogromnie zaskoczył mnie gościnny występ Maleo, który wlazł na scenę w czasie grania "I’m on the top". Wyglądający z daleka jak brat bliźniak Roberta Friedricha wokalista reggae odśpiewał swoje i sobie poszedł.

Na bisy KNŻ moim zdaniem nie zostawił wcale najlepszych utworów. Pewną niespodzianką była "Ballada o kobiecie żołnierza", której się szczerze mówiąc w ogóle się nie spodziewałem. Co jeszcze Staszewski zaśpiewał na pożegnanie? Wstyd to przyznać, ale dokładnie nie pamiętam. Na pewno po raz drugi usłyszeliśmy "Legendę ludową" oraz kończącego koncert "Tatę Dilera" w wersji kilkunastominutowej. Swoją drogą brakowało mi kilku piosenek - mam tu na myśli przede wszystkim "100000000", "Spalaj się" i "Pierdolę Pera".

Warto było spędzić w Warszawie mniej czasu niż trwała podróż w jedną i drugą stronę do stolicy. Kazik Na Żywo zagrał fenomenalnie. Śpiewałem niemal wszystko, skakałem przy wielu piosenkach, przy paru największych hitach pozwoliłem sobie nawet wejść w pogo, co normą raczej u mnie nie jest. Pod sceną było gorąco – pod tym względem dobrze, że KNŻ nie grał 3 godzin, do których przyzwyczaiła mnie inna formacja Staszewskiego, Kult. Ile bym dał, aby na taki koncert pójść jeszcze raz. No cóż, może kiedyś. Póki co, muszą wystarczyć niesamowite wspomnienia.

Zdjęcia wykonał Artur Rawicz, opublikował je na swoim blogu.

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

WhiteHouse - Poeci

Czasem mówi się o raperach jako o współczesnych poetach. Prawdę mówiąc niewielu jest jednak zawodników, którzy na takie nazewnictwo zasługują. Naprawdę rzadko dzieje się jednak tak, żeby MC's brali na warsztat wiersze prawdziwych poetów. W historii polskiego rapu kojarzę jedynie "Stepy Akermańskie" Mickiewicza w wykonaniu Eldoki. Dzisiaj jednak sytuacja ta uległa zmianie. Duet producencki WhiteHouse, czyli Magiera i Laska zaprosił na swój najnowszy album - podobnie jak w przypadku trzech "Kodexów" - istną śmietankę krajowej sceny. Tym razem jednak nawinęli oni nie autorskie zwrotki, a po swojemu zinterpretowali utwory największych wieszczy narodowych.

Polscy raperzy pod lupę wzięli twórczóść m.in. Juliana Tuwima, Stanisława Wyspiańskiego, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego oraz Jana Lechonia. Rodzynkiem jest tu na pewno "Pijak" Jacka Kaczmarskiego, który przecież przez autora nie został tylko napisany, ale również - ma się rozumieć - zaśpiewany. Warto jeszcze nadmienić, że Ostry, jako jedyny, postanowił nie podpierać się cudzymi tekstami i sam sporządził sobie utwór. Wprawdzie od razu czuć, że nie jest to żaden wiersz, to jednak jakimś cudem pasuje on do reszty albumu. Zresztą lirycznie "Ballada o Jaromirze Jagrze" stoi na naprawdę niezłym poziomie.

Interpretacja poszczególnych dzieł polskich wieszczów pokazuje, że pewna grupa scenowych wyjadaczy potrafi przeistoczyć się w znakomitych raperów, gdy tylko posiłkują się czymś znacznie bardziej uduchowionym, niż tworzone przez nich na co dzień linijki. Najbardziej zaimponował mi Peja - od razu słychać, że w "Pijaku" Kaczmarskiego znakomicie się odnalazł. Nawinął w taki sposób, że zadziwił nawet swoich fanów. Mnie zaskoczył jeszcze Gural - "Mochnackiego" Jana Lechonia zinterpretował naprawdę fajnie. Pokazał, że potrafi stylowo rapować nie tylko swoje puste braggadocio. Nigdy bym nie pomyślał, że obu panów z Poznania będę słuchał z przyjemnością. A tu proszę, niespodzianka.

Świetnie zaprezentował się też Numer Raz. "Świat Zepsuty" Ignacego Krasickiego zinterpretował po swojemu. Członek Warszafskiego Deszczu na potrzeby tego wierszu nie porzucił swojego stylu - luz bije od niego wręcz na kilometr. Typowo dla siebie popłynął też Pih, który wykonał erotyk "Lubię kiedy kobieta" Kazimierza Przerwa-Tetmajera. Swoją drogą doskonale - co najmniej moim zdaniem - pasuje on do osoby białostockiego rapera. Podobnie zresztą jak "Reduta Ordona" Mickiewicza do Trzeciego Wymiaru. Skład ten też muszę pochwalić. Swoją drogą, aż w to nie wierzę, przecież to on wypuścił chałę w postaci komercyjnego gniota "Dla mnie masz stajla". Co ciekawe, najbliższą recytacji interpretację zaproponował Sokół. Jego wykonanie "Nikt nad grobem mi nie płaczę" Stanisława Wyspiańskiego spokojnie mógłby zamałpować uczeń przed nauczycielką polskiego. Nie no, chyba trochę jednak przesadzam.

Nie można jednak powiedzieć, że wszystkim raperom do końca wyszło. "Lokomotywa" w wykonaniu Lilu nie spełniła moich oczekiwań. Wydaję mi się, że łodzianka może nie mieć po prostu aż tak wysokich umiejętności, aby nawinąć ten dynamiczny wiersz w taki sposób, jak jak to widziałem. Tutaj potrzebny byłby Mes, Ostry, ewentualnie Pezet, czyli MC's, dla których nie jest żadnym problemem nagła zmiana tempa swojego rapowania. Zawiódł mnie też Łona. Mieszkaniec Szczecina wykonał "Młodzieżowy zaciąg" Ryszarda Daneckiego bez żadnej ikry. Tak jakby odbębnił swoje i tyle.

"Poeci" to również doskonała robota duetu producenckiego WhiteHouse. Magiera z Laską skomponowali 14 naprawdę dobrych bitów. Część z nich jest bardziej spokojna i melancholijna od tych prezentowanych na wszystkich trzech "Kodexach". Jednocześnie nie odnajdziemy tu tego samego Magierskiego co rok temu na "Oddycham Smogiem" Tymona. Stary styl WhiteHouse wciąż odczuwamy, lecz równocześnie odnoszę lekkie wrażenie, że jest to już coś nieco innego. Może nie rewolucja, ale ewolucja na pewno.

Pochwalić trzeba przede wszystkim sam - nie ma co ukrywać - niezwykle odważny pomysł. Przy słabej promocji album się pewnie za bardzo nie sprzeda. "Poeci" pokazują jednak, że nawet polskim raperom wiersze nie są obce. Wśród zaproszonych gości ewidentnie brakuje Eldo, choć w momencie, gdy nawet Peja i Gural potrafią zachwycić, w gruncie rzeczy się tego nie zauważa. Niby nie powinna to być płyta przebojowa, lecz moim zdaniem zarówno "Pijak", jak i całkiem odmienny stylistycznie "Świat Zepsuty" mogą do miana potencjalnych hitów aspirować. Nie jest to album-rewelacja, nie wszyscy raperzy się przecież spisali na medal. Niemniej, wysoka ocena się po prostu należy. "Poetów" polecam sprawdzić, w końcu to jeden z ciekawszych, tegorocznych projektów.

Ocena: 8/10

niedziela, 12 kwietnia 2009

"Realizuję wewnętrzną, egoistyczną potrzebę ekspresji" - wywiad z Nieukiem (AlboAlbo)

Lite: Chociaż standardowe, początkowe pytanie o muzyczną przeszłość byłoby może w Twoim przypadku ciekawe, to zaczniemy trochę inaczej, bo od ksywki, którą nosisz. Skąd się ona wzięła? Biorąc pod uwagę treść Twoich utworów, typowym nieukiem raczej nie byłeś…

Nieuk (AlboAlbo): A co w moich utworach konkretnie masz na myśli?

Przede wszystkim szczerość i umiejętność jej przekazania. "Biały Kruk Czy Czarne Owce?" to jedna z najbardziej szczerych płyt z polskiego rapu jakie znam. Naprawdę jesteś taki szczery?

Zaraz, zaraz, czyli, że niby "typowy nieuk" nie może być szczery?

"Typowy nieuk" nie potrafiłby dobrać tak słów jak Ty.

Ale w pierwszym pytaniu stwierdziłeś, że "typowym nieukiem" raczej nie jestem biorąc pod uwagę treść moich utworów, natomiast dobór słów to raczej forma niż treść, więc jak to jest?

Tu mnie masz, chodziło mi o formę.

No właśnie. (śmiech) Ale wracając do Twojego pytania - co do "typowego nieuka" - po pierwsze chyba nigdy nie byłem człowiekiem "typowym" i to w zasadzie niezależnie od sfery owej typowości. Od dziecka moje pojmowanie rzeczywistości często różniło się od percepcji ludzi w moim otoczeniu, może jestem lekko autystyczny, nie wiem (śmiech). Po drugie to nie wiem jakie kryterium nieuctwa mielibyśmy przyjąć. Jeśli chodzi o ilość nieusprawiedliwionych nieobecności, to w liceum zawsze byłem liderem pod tym względem i miałem z tego powodu najniższe możliwe zachowanie, jakie można było mieć - najpierw naganne, potem naganne zlikwidowali i miałem nieodpowiednie (śmiech).

Dlaczego Nieuk? Ogólnie chodzi o mój stosunek do zorganizowanych procesów edukacyjnych zwanych szkołą - jakoś chyba zawsze miałem przeświadczenie, że duża część wiedzy oferowanej tam jest mi albo całkowicie zbędna i nigdy mi się nie przyda, albo można by ją opanować w dużo ciekawszy sposób i od najmłodszych lat sam starałem się mieć wpływ na proponowaną mi ofertę edukacyjną. Polski system szkolnictwa nie był w tamtym czasie na taką ewentualność przygotowany, więc siłą rzeczy musiałem stać się czarną owcą. Ponadto chciałem mieć ksywkę, która będzie słowem typowo polskim, żeby mi się nie zdublowała z kimś z zagranicy, kto może nie mieć pojęcia o moim istnieniu - miałem przeświadczenie, że jeżeli ktokolwiek wybierze sobie taką ksywkę w Polsce, to dowiedziawszy się o moim istnieniu będzie musiał ją zmienić, bo "ja byłem tu wcześniej" i "jestem lepszy". (śmiech) Z resztą obecnie przy mojej starej ksywce pojawiło się nieodzowne "AlboAlbo w nawiasie", czyli moja pełna ksywka to teraz Nieuk (AlboAlbo).

No a jak to jest z tą szczerością?

Wiesz co? Bisz nawinął taki wers na BiszOerKay: "Szczerość w rapie, to jak przeciąć gałąź siedząc na niej". Czuję, że to o nim, o mnie, i o paru innych ludziach, którzy w swoich kawałkach "wylewają siebie". Rap to dla mnie przede wszystkim sposób wyrażenia swoich emocji, czasem także myśli, ale częściej chodzi o emocje. Wypracowałem sobie jakąś umiejętność wylewania ich w tekstach, rozwiniętą do tego stopnia, że chyba łatwiej mi wyrazić emocje w tekście rapowym, niż wypowiedzieć je tak po prostu, czy okazać je niewerbalnie. Nosi to znamiona ekshibicjonizmu mentalnego i czasem wychodząc ze swoją twórczością do ludzi czuję się nieco dziwnie, taki "obnażony", ale w trakcie procesu twórczego staram się nie pamiętać o potencjalnych odbiorcach i o tym, że ktoś może usłyszeć o mnie "za dużo", tylko realizuję swoją wewnętrzną, egoistyczną potrzebę ekspresji, toteż pierdolę autocenzurę.

Z resztą na NIEUKubeu, czyli jedynej płycie, którą dotychczas wydałem ten wiwisekcyjny "ego-trip" nie jest jeszcze tak bardzo rozwinięty jak na tych, które dopiero zamierzam wydać. Mam trochę poczucie, że moje wnętrze jest w pewien sposób brzydkie, trudne, brudne, gnijące wręcz, a wyrzucanie tego na zewnątrz daje mi jakieś tam ukojenie i uporządkowanie... W sumie to też jest tak, że piszę teksty trochę niejednoznacznie, tak, że treść w nich zawarta często jest wypowiedziana nie wprost, a to co mówię stwarza słuchaczowi różne możliwości interpretacyjne - to z kolei ma chyba mi dawać jakieś poczucie bezpieczeństwa, że nawet jak się wylewam i obnażam mentalnie, to żeby ktoś to zrozumiał musi się wykazać pewnym poziomem wrażliwości i wnikliwości. Ale czy to o to chodziło w Twoim pytaniu?

Prawdę mówiąc, wyprzedziłeś przy okazji kilka moich następnych pytań. Właściwie to potwierdziłeś swoje słowa z utworu "Kłamca, kłamca": "Bo w rapie nie wystarczy tylko dobrze nawinąć / Bo w rapie liczy się jeszcze prawdziwość". Naprawdę uważasz, że w rapie liczy się autentyzm? Wkurza Cię, gdy niektórzy MC's nawijają niestworzone historie?

Wers z "Kłamca, kłamca", tak w ogóle jest followupem, tylko pewnie mało kto o tym wie. Wiesz co? Chyba mnie nawijanie "niestworzonych historii" nie wkurza, bo jak mi się nie podoba jakiś rap, to go nie słucham. Ale z drugiej strony to może jednak wkurza, bo mnie wkurza prawie wszystko, jestem typem aspołecznego frustrata, który pod nosem narzeka na wszystko i wszystkich, więc sam do końca nie wiem co Ci odpowiedzieć. Cenię autentyzm, lubię rap merytoryczny, z resztą nie tylko rap - ogólnie lubię, gdy poeta, muzyk, pisarz, czy inny twórca ma coś do powiedzenia, gdy nie są to tylko slogany, które powtarzają wszyscy, tudzież część populacji, tylko coś bardziej osobistego. To nie muszą być emocje, ale np. poglądy społeczno-polityczne czy obserwacje, ale te bardziej złożone niż "chłopak był biedny i kradł, złapali go, więc jebać policję" czy "panna, która się puszcza to dziwka". Emil Blef stwierdził, że "mówi prawdę nawet gdy kłamie" i jakoś to tak jest, że autentyczność to niekoniecznie stuprocentowa, naturalistyczna szczerość, o pewnych rzeczach nie trzeba mówić wprost, z własnego punktu widzenia, a na pewne pytania nie trzeba dawać odpowiedzi. Widziałeś taki film "Miasto gniewu"?

Nie, nie widziałem. Dlaczego pytasz?

No to obejrzyj, oryginalny tytuł to "Crash". Abstrahując od tego, że gra tam Sandra Bullock, która jest całkiem ruchalną niunią i miło na nią popatrzeć, to film ten jest świetnym przykładem tego, jak można opowiedzieć historię bez wbijania odbiorcy do głowy co ma być puentą, gdzie widz może sam sobie film zinterpretować, określić o czym on był i jakie treści niósł. Dla mnie jest on o tym, że nikt (i nic) nie jest jednoznacznie czarne czy białe, że istnieją odcienie szarości, każdy ma sfery ciemniejsze i jaśniejsze, zło i dobro. I odnosząc to do muzyki - chciałbym słuchać rapu, który ma narrację podobną do owego filmu, rapu, który ujmuje złożoność i niejednoznaczność jednostki ludzkiej, takiego rapu, że wiem, że MC nie boi się łamać schematów, albo jeszcze lepiej, że się boi, ale i tak je łamie. Mam wrażenie, że mało kto jest w stanie obnażyć się w rapie ze swoimi kompleksami czy słabościami, a przecież nikt nie jest Supermanem, nie?

Kontynuując temat autentyczności, mógłbym przytoczyć słowa rzucone w "Zbiera się ropień". "Wolę chamem być niż nie być sobą" - naprawdę lepiej być niesympatycznym człowiekiem niż owcą w ciele wilka?

Nie wiem czy lepiej, nie stwierdzam że lepiej. Mówię o tym co ja wolę, a każdy może sobie wybrać co woli on (tudzież ona). Osobiście nawet jeśli czasem zdarza mi się nagiąć do norm, oczekiwań etc. (a myślę, że każdemu się zdarza, nawet największym nonkonformistom), to zwykle odczuwam wtedy dyskomfort, toteż staram się unikać takich sytuacji. Jest takie powiedzenie, "sukces mierz ilością swoich wrogów" - dla mnie podstawową ambicją, a co za tym idzie w dużej mierze wyznacznikiem sukcesu jest owo enigmatyczne "bycie sobą", a że jestem osobą zdaje się dość nieszablonową, to w moim przypadku bycie sobą może mi przysporzyć wielu wrogów. Wiesz, też nie chodzi o to, żeby być prowokatorem-samobójcą i np. wbijać w różowej koszulce z napisem "jestem gejem" do siedziby Młodzieży Wszechpolskiej, ale żeby w określonej sytuacji, gdy na szale zostaje rzucona lojalność wobec siebie albo uniknięcie jakichś sankcji społecznych związanych z byciem w opozycji do tłumu, mieć odwagę wybrać jednak tę lojalność.

Można więc powiedzieć, że pozostając sobą spełniasz "Nadzieje złudne, by nie iść za tłumem", o których wspominałeś we wspominanym już utworze "Kłamca, kłamca"? Spróbowałeś i Ci się najwyraźniej udało.

No tak jak już wspomniałem przed chwilą - raczej to jest ciągłe próbowanie, czasem zakończone powodzeniem, czasem nie. Odwołując się ponownie do Emila Blefa - "życie brudzi wszystkich, nie zostawia nagich". Niejednokrotnie czułem się jak Syzyf, zawodziłem ludzi, których nie chciałem zawieść, no i zawodziłem siebie samego przede wszystkim. Myślę, że cierpię na jakiś rodzaj chorego perfekcjonizmu, ale wszelkie sytuacje, gdy nie starcza mi odwagi czy pracowitości, żeby z czymś się zmierzyć jeszcze długo odbijają się we mnie echem i ciążą mi. Z resztą - tekst do "Kłamca, kłamca" był pisany w 2004 roku, od tego czasu sporo się w moim życiu pozmieniało, a pewne rzeczy które w tamtym czasie wydawały mi się jednoznaczne, okazały się być bardziej złożone, toteż nawet jeśli kiedykolwiek uważałem, że udało mi się stanąć w opozycji do tłumu i całkowicie pierdolić jego wpływy, to dziś muszę stwierdzić, że ta walka nadal trwa i nie zawsze wychodzę z niej zwycięsko. No ale staram się. (śmiech)

"Kłamca, kłamca" to swoją drogą bardzo ciekawy utwór, mój faworyt - obok "Nie wiem" - z albumu "Biały Kruk Czy Czarne Owce". Biorąc pod uwagę słowa "I pomimo, że nagminnie oszukujesz się sam / Uderza mnie fakt, że złości to twej nie wznieca", można wnioskować, że co najmniej ten dwuwers był do kogoś kierowany. Miałeś na myśli kogoś konkretnego, czy może adresowałeś te dwie linijki do każdego słuchacza?

Wers ten był inspirowany konkretną sytuacją, ale nie był kierowany do konkretnej osoby. Konkretniej natomiast odnoszę się w drugiej zwrotce tego kawałka, ale może nie będę zdradzać w czyją stronę są tam słowa. Kto ma wiedzieć, ten wie.

Wspomniałem przed chwilą o kawałku "Nie wiem". Wydaje się być on dość tajemniczy. Miał on jakieś ukryte znaczenie, czy było to zwykłe ogólniki nieinspirowane żadnymi wydarzeniami?

Kawałek "Nie wiem" dotyczy konkretnego wydarzenia, które w pewnym momencie dość mocno namieszało w moim życiu, ale - jak zresztą sporo moich tekstów odnoszących się do konkretnych sytuacji - napisany jest w sposób umożliwiający mniej jednoznaczną interpretację.

A jak to wygląda teraz, identyfikujesz się z rzucanymi przez siebie słowami w tym kawałku, choćby z pojedynczymi wersami?

Jeśli chodzi o wersy dotyczące tamtej konkretnej sytuacji, to została ona rozwiązana - toteż nie mogę powiedzieć, że np. nadal czekam na tamtą rozmowę, bo mam ją już za sobą. Ale ujmując temat szerzej - chyba zawsze się może wydarzyć jakaś sytuacja, nieporozumienie, którego wyjaśnienie wymaga poważnej, trudnej rozmowy, bez której nie będzie się wiedziało na czym się stoi, toteż generalnie tak, nadal utożsamiam się z treścią tego kawałka. Z resztą czwarta zwrotka została dopisana już po tej "rozmowie, która ma wszystko wyjaśnić" i odnosi się do tych, którzy mówili mi, żeby wykładać na to chuj. Ej, właśnie odsłuchalem sobie ten utwór i zorientowałem się, że nawinąłem "Wielu chciało, bym znajomość tą przekreślił", dziś bym nawinął "Wielu chciało, bym znajomość tę przekreślił", więc w sumie nie utożsamiam się już z tym w 100%. (śmiech)

Gdzieś nawijałeś o tym, że nie pijesz. Nadal jesteś abstynentem? Jeśli tak, to dlaczego?

Tak, nadal jestem abstynentem. W pewnym momencie, na jednym z melanży doszedłem do pewnych wniosków, między innymi takiego, że trzeźwość jest dla mnie wartością i że chcę doświadczać świata w sposób czysty, nie modyfikowany przez jakiekolwiek substancje zmieniające świadomość - i podjąłem decyzję o abstynencji.

W jednym z nowszych utworów nawinąłeś, że jesteś traktowany przez matkę jak własność. Nadal tak jest? Może usamodzielniłeś się?

Po pierwsze to nie przez matkę, tylko przez babkę. Po drugie, to nie tyle, że jestem tak traktowany, tylko że ona ma zapędy, by mnie tak traktować - oddzielną kwestią jest natomiast to, czy ja się na to godzę i pozwalam na takie traktowanie - a nie zamierzam się na to godzić. Co do pełnej samodzielności, to póki co nie dysponuję własnym kwadratem, a moja obecna sytuacja materialna nie pozwala na wynajęcie mieszkania w Warszawie, toteż mieszkam z rodziną, ale dążę do tego, by ten stan rzeczy zmienić. Przy okazji zapraszam organizatorów koncertów do angażowania nas, potrzebuję hajsu, a STREETWORKERZ daje dobre show. (śmiech)

No to jak już to wywołałeś... Jak wiadomo, pracujesz obecnie w ramach projektu STREETWORKERZ. Mógłbyś szerzej opowiedzieć nt. zbliżającego materiału? Kiedy będziemy mogli usłyszeć "Street Art"? Dużo roboty jeszcze przed Tobą i Zaginionebity?

Płyta jest w drodze, teoretycznie możliwe jest, że ukaże się już w maju, ale wiadomo jak to bywa w polskiej rapgrze - tylko Asfalt się wywiązuje z podawanych przez siebie terminów, a i tak nie zawsze. (śmiech) Materiał realizujemy u Flamastra w studio BAZA, gdzie powstał m.in. ostatni album grupy Grammatik. Flamaster będzie odpowiedzialny za mix i mastering. Głównym producentem jest Pan Ed (AlboAlbo), ale będzie można usłyszeć też coś od Kosy (także AlboAlbo), który niedawno wydał kolejną epkę z Biszem. Ten z kolei pojawi się gościnnie w jednym kawałku. Ponadto na albumie ma być jeszcze kilku ciekawych gości, ale póki nie mam ich wokali na dysku, to wolę nie zdradzać kto miałby to być. Wiemy już natomiast, że na 99% nie da rady dograć się Eleha z grupy Nietakt - raper może mało znany, ale moim zdaniem mega stylowy. Niestety jest obecnie zbyt pochłonięty finalizowaniem pracy magisterskiej, żeby zajmować się czymkolwiek innym, ale jestem przekonany, że jeszcze niejednokrotnie coś wspólnie zrobimy. Co do samego wydania materiału, to "Street Art" na pewno ukaże się na fizycznym nośniku, może po wyczerpaniu nakładu także w wersji internetowej, ale niekoniecznie.

Zaginionebity nie jest postacią wielce rozpoznawaną na polskiej scenie undergroundowej. Mógłbyś przybliżyć nieco jego sylwetkę?

Z Marcinem (Zaginionebity) poznałem się kilka lat temu przez kumpla z Freestyle Palace - Gołego. Nagrywał wtedy z moimi ziomami z ekipy - m.in. Flintem, Skajsdelimitem, Gołym czy Klasiikiem. W zasadzie od początku dobrze się z nim dogadywałem i cały czas stawał mi się coraz bliższym człowiekiem, a że w ciągu jakichś 2-3 lat poczynił bardzo duży progres w rapie, to w pewnym momencie zaproponowałem mu wspólny projekt - tak powstało STREETWORKERZ. Zaginiony równolegle pracuje nad projektem Zaginionebity/Skajsdelimit, z resztą pod tym szyldem zakwalifikowali się do finałowej piątki prestiżowego konkursu Coke Live Fresh Noise, co nie udało się wcześniej żadnemu rapowemu twórcy, toteż niebawem może być o nich głośno.

fot. Magda
Ostatnio było trochę szumu wokół utworu "Jestem wolny, jestem szybki" nagranym wraz z Polską Dyplomacją. Wzbudził on spore kontrowersje. Nie obawiałeś się reakcji słuchaczy, a zwłaszcza fanów szczerego, ambitnego rapu z "BKCCO"? Nikt się nie spodziewał po Tobie tak bezpośredniego tracku…

Ale co, miałem obawiać się, że jakiś słuchacz mnie zastrzeli jak Lennona?

(śmiech) Raczej tego, że słuchacze od Ciebie odejdą.

Nie no, zasadniczo to tak: po pierwsze ten track jest trochę jakimś tam żartem - tzn. moje zwrotki są pisane szczerze i na poważnie, ale cała konwencja kawałka jest raczej luźna i żartobliwa. Po drugie to jakoś niespecjalnie mnie obchodzi co pomyślą o mnie słuchacze, tworzę ze swojej egoistycznej potrzeby ekspresji twórczej, dla siebie, a nie dla kogoś. Natomiast jeśli chodzi o treść kawałka "Jestem wolny, jestem szybki", to myślę, że merytorycznie przewyższa on kawałki z "BKCCO?", ponadto wyraża mój, być może niepopularny, pogląd na temat wolności seksualnej. Otóż jakoś tam sprzeciwiam się kulturze patriarchalnej i "kultowi czystości". Zresztą - sama etymologia słowa "czystość" wskazuje na konotacje z higieną, tzn. wyobrażam sobie to tak, że w czasach, gdy "kult czystości" się wykształcał, czyli pewnie gdzieś tam w średniowieczu, wstrzemięźliwość seksualna była jedynym sposobem na uniknięcie śmiertelnych wówczas chorób wenerycznych. Jak wiadomo głównym organizatorem życia społecznego był wtedy kościół - ludzie nie umieli czytać i pisać, wierzyli w zabobony, etc, więc to kler narzucał pewne rytuały czy normy mające na celu utrzymanie porządku, takie jak np. post. Myślę, że zaistnienie "kultu czystości" było skutkiem działań kościelnych, którym łatwiej było wpłynąć na ludzi mówiąc, że to jest złe, niż mówiąc, że to jest niezdrowe. A że dla uzyskania wiarygodności kościół dodawał do takich zabiegów mających na celu normalizowanie życia społecznego "podkładkę" duchową, to mogą one funkcjonować do dziś, bezrefleksyjnie przyjmowane przez całe rzesze ludzi.

Uważam, że życie seksualne każdego człowieka jest jego kwestią osobistą i innym nic do tego ilu osoba X miała partnerów seksualnych w ciągu ostatniego tygodnia, jakiej byli płci etc. Zresztą - przypiąć łatkę "dziwka" i potępić jest łatwo, natomiast powody takiego a nie innego trybu życia mogą być różne, oceniających pochopnie odsyłam chociażby do zwrotki Bisza z kawałka BiszOerKay "Gwiazda". Skutkiem tego, że zachowania takie jak częste zmiany partnerów seksualnych (zwłaszcza przez kobiety) są sankcjonowane społecznie, jest zjawisko, które mi się nie podoba i osobiście mnie dotyka - mianowicie, że niektóre kobiety w pewnych sytuacjach rezygnują z realizacji swoich potrzeb seksualnych z obawy przed sankcjami społecznymi. A dla mnie naprawdę ważniejsze jest to, co kobieta ma w głowie i jak wygląda, niż to ilu miała przede mną partnerów seksualnych. Z doświadczenia zaś wiem, że kobieta, która rucha się ze mną, mimo, że poznała mnie 2 godziny wcześniej może się potem okazać mądrą i naprawdę bardzo wartościową osobą. Myślę, że dużo istotniejsze jest w takiej sytuacji pytanie "Dlaczego ona to robi?" niż "Czy ona to robi?". A tak swoją drogą - kontrowersja bywa dobrym punktem wyjścia do wywołania fermentu intelektualnego.

Składasz na wolno? Masz jakiegoś swojego ulubionego freestyle’owca?

Wiesz, byłem (a może i nadal jestem - bo w sumie to sam nie wiem czy ta ekipa jeszcze istnieje) członkiem Freestyle Palace, czyli najlepszej ekipy fristajlowej w Polsce, więc samo przez się się rozumie, że fristajluję. Natomiast cytując jeden z moich niewydanych tracków "na fristajlu nigdy nie byłem królem strzelców", nie wyszkoliłem się na maszynkę do panczy, raczej mogę sobie pofristajlować w cypherze albo na koncercie, ale nie nadaję się do bitew. Z resztą - mam już przesyt polskiego fristajlu, nasłuchałem się tego tyle, i tak wysoko stawiam poprzeczkę jako odbiorca, że ciężko mnie czymkolwiek pozytywnie zaskoczyć na wolno. Może czasem się jeszcze udaje Muflonowi, sporadycznie może paru innym osobom, ale coraz rzadziej.

Jak pewnie niektórzy wiedzą, jesteś współprowadzącym audycji "Odwrócony Leming" nadawanej na wirtualnych falach Radia Aktywnego. Lubisz to, co robisz? Jakie są Twoje odczucia po ponad 50 wydaniach "Odwróconego Leminga"?

Tak, lubię. Jest to dla mnie jakaś alternatywa wobec rapu - po pierwsze mam przeświadczenie, że niewielu jest w Polsce dobrych dziennikarzy hip-hopowych, więc ktoś musi wypełniać tę lukę. Po drugie to przypuszczam, że łatwiej mi będzie w przyszłości znaleźć utrzymanie jako dziennikarz, niż jako twórca, toteż można powiedzieć, że jest to trochę plan B, jeśli chodzi o drogę do utrzymywania się z uprawiania hobby. Przy okazji apel do potencjalnych pracodawców: jeśli szukasz kogoś, kto za dobre pieniądze poprowadzi w Twoim radio dobrą audycję autorską, to dawaj znać.

Jak audycja wpływa na Twoje postrzeganie siebie jako artysty i czy cokolwiek zmienia, oprócz oczywistych możliwości jakie daje, poprzez nawiązanie nowych znajomości.

Chyba nie mam poczucia, że coś zmienia. Zresztą - nawet z tymi znajomościami to nie bardzo tak, bo raczej wykorzystuję swoje znajomości zdobyte jako raper przy tworzeniu audycji niż odwrotnie.

Czyli zapraszacie głównie znajomych? A może też ludzi, których muzyką się jaracie albo też macie jakiś inny klucz wynajdowania gości?

Zapraszamy głównie znajomych, których działalność twórczą cenimy. Przynajmniej dotychczas tak było - nie przypominam sobie, żebyśmy gościli w audycji kogoś, kogo wcześniej nie znaliśmy.

Słuchasz innych audycji hip-hopowych?

Czasem słucham "HipHopery" w Radio Białystok prowadzonej przez Roballa i EsDwa, zdarzało mi się słuchać audycji Grafa - obecnie w Radio Rewers, a wcześniej 313, czasami także słucham audycji Procenta w Radio Kampus. W zasadzie to też nie tylko dobre audycje, ale zarazem audycje znajomych, więc pewnie również ma to wpływ na fakt, że ich słucham. Ponadto wiele lat temu słuchałem w dawnej Radiostacji audycji Druha Sławka "Raptime", i innych typu "600Volt gra, Tytus nawija", "Polfader" czyli Mario i Deszczu, etc., w Radio Jazz czasem Lexusa, w Bisie "Tej Audycji" Dużego Pe ze Spoxem, natomiast w Trójce "Czarnego Piątku" Hirka Wrony.

Jakiś czas temu zadałeś pytanie Młodziakowi na wirtualnych falach radiowych, ile by się zgodził zmienić "pod wydawcę", by móc żyć z muzyki. Więc to samo pytanie, tym razem do Ciebie. Nadal aktualne są Twoje słowa: "Nie jestem pacjent, który goni za hajsem"?

Szczerze mówiąc - nie wiem. Kiedyś wydawało mi się, że nie ma takiej opcji w ogóle, teraz wiem, że gdybym dostał taką ofertę finansową, że za jednorazowe "skurwienie się" twórcze mógłbym być ustawiony do końca życia, to bym ją co najmniej rozważył. Sporo by zależało od perspektyw zarobkowych nie wymagających sprzedawania się, jeśliby takowe były, to na pewno dużo łatwiej byłoby mi odrzucić intratną ofertę niezgodną z moją wizją twórczą. Zasadniczo to marzę o tym, żeby mieć taką sytuację materialną, aby takie dylematy nie były dla mnie żadnymi dylematami - a myślę, że naprawdę nie potrzebuję specjalnie dużo, nie jestem typem materialisty - i w tym sensie nadal "nie jestem pacjent, który goni za hajsem". Hajs jest środkiem, nie celem. Na marginesie dodam, że jestem dużo bardziej skłonny do kompromisów na płaszczyźnie wydawniczej, niż na płaszczyźnie twórczej.

Jak oceniasz polską scenę hip-hopową? Co Ci się w ostatnim czasie spodobało? Masz jakichś ulubionych raperów? Z którymi z nich chciałbyś nagrać wspólny numer?

Po pierwsze, to niekoniecznie idzie w parze moje uznanie dla danego twórcy i chęć nagrania z nim. Numerem jeden wśród polskich MC's jest dla mnie bezkonkurencyjnie Afrojax - i nie ukrywam, że gdybym go poznał, to pewnie chciałbym coś z nim kiedyś nagrać, ale już np. Łona, będący jednym z niewielu polskich raperów, którzy są w stanie mnie naprawdę pozytywnie zaskoczyć, raczej nie jest typem, o kawałku z którym marzę. Od dawna chodzi mi po głowie taka myśl, że chciałbym mieć track z Włodim - to jeden z moich ulubionych polskich raperów, myślę, że robiąc z nim numer mógłbym się jarać jak dzieciak. Podobnie, chociaż może trochę mniej, mam z Dizkretem. Reszta ludzi, z którymi chciałbym nagrać to raczej znajomi, więc jeśli jeszcze do wspólnego kawałka nie doszło, to pewnie dojdzie prędzej czy później - Bisz, W.E.N.A. (moim zdaniem autor najlepszej polskiej rapowej płyty w 2007 roku), Eleha z Nietaktów, Pogz, Zaginionebity...

Gdzie można będzie Ciebie usłyszeć w najbliższym czasie? O "Street Art" już wiemy, jakieś featuringi, może jakieś koncerty?

Jeśli chodzi o featy, to nie wiem jeszcze, z tego co pamiętam, to miałem coś nagrać z Flintem, Skajdelimitem i Kiddem, Elehą z Nietaktów oraz Oerem, ale trochę te pomysły stanęły w martwym punkcie, toteż nie wiem kiedy i czy będzie można coś takiego usłyszeć. Ponadto jeśli uda mi się dopisać to znajdę się na mixtejpie Klasiika i na płycie Zaginionebity/Skajsdelimit - bardzo chciałbym się tam dograć, bo nie dość, że to moje bliskie ziomy, to ich materiały zapowiadają się całkiem kozacko, ale z weną twórczą bywa u mnie ciężko. Ponadto po wydaniu płyty STREETWORKERZ zamierzam w końcu dokończyć i wydać płytę Praskiego Humoru (ja i Klasiik) oraz płytę solową - obie robię już od paru lat i niewiele z tego wynika, czas najwyższy coś w tym kierunku ruszyć. Co do koncertów, to wiem, że 22 maja mam pojawić się w roli hypemana na koncercie warszawskim Zaginionebity/Skajsdelimit, gdzie wystąpią obok m.in. Fisza z Emade i pozostałych czterech finalistów konkursu Coke Live Fresh Noise. Póki co nic więcej o koncertach mi nie wiadomo, ale czekamy na oferty, toteż organizatorzy, dawajcie znać!

Czego słuchasz w wolnym czasie? Rap zza Oceanu, a może całkowicie odmienne gatunki muzyki?

Na co dzień słucham naprawdę różnych rzeczy, np. teraz leci u mnie mixtape z serii Dj Kicks z Erlendem Oye, track nr 13 z niego, czyli "Poor Leno" Royksopp'ów w remixie Silicone Soul, z wokalem Erlenda - to chyba mój ulubiony utwór do ruchania. (śmiech) Można się spodziewać u mnie naprawdę przeróżnych rzeczy, ostatnio dodałem do tracklisty płyty takie jak Danny! - "And I Love H.E.R.", Bisz-Kosa - "Idąc na żywioł", Kraak & Smaak - "Plastic People" (najlepsza moim zdaniem płyta w 2008), Dysfunkshunal Familiee - "Unreleased Album 1994", Little Dragon - "Little Dragon", Inverse - "So True EP", Silent Poets - "To come", Kero One - "Early Believers", Muchy - "Terroromans" czy Kaskade - "San Francisco Sessions vol. 4", także rozrzut stylistyczny chyba naprawdę spory. Za mój ulubiony utwór muzyczny w ogóle uchodzi Groove Armada - "Lovebox", zaś za ulubiony utwór rapowy Blackstar – "K.O.S. Determination", ale nie wiem czy takie informacje kogokolwiek interesują. (śmiech)

Masz może jeszcze coś do przekazania swoim słuchaczom? Jakieś pozdrowienia?

Jeśli jesteś bogatym organizatorem koncertów, to daj mi zagrać za dobre hajsy, jeśli jesteś bogatym właścicielem dobrej rozgłośni radiowej to zatrudnij mnie za dobre hajsy, jeśli jesteś ładną, ciepłą, zdrową niunią to zaproś mnie do siebie na noc, a jeśli oprócz tego, że jesteś ładna, ciepła i zdrowa masz mocno poukładane we łbie i dobry gust muzyczny to zaproś mnie do siebie na stałe. (śmiech) A tak bardziej serio - kim byś nie był - jeśli wydaje Ci się, że gadam z sensem, to sprawdzaj co się dzieje na stronie www.alboalbo.info i słuchaj co niedzielę od 19 do 21 audycji Odwrócony Leming w RadioAktywne. No i pozdrawiam Patetika, "Blanty Tulić" - dobra epka. (śmiech)