sobota, 14 marca 2009

"Nie damy tej muzyce umrzeć" - wywiad z Shotem

Znany jesteś głównie z grupy Supa Skillz, od niedawno słuchacze kojarzą Cię z solówką "Origami". Jak toczyła się Twoja przygoda z rapem do momentu wydania tego albumu?

Kocham to pytanie, ale wiadomo - jak trzeba to trzeba: Początek rejestrowanych rapowych "bełkotów" mogę przypisać końcowi 2002 roku. Wiesz co jest - magnetofon, nagrywane po raz enty kasety, później jakaś komputerówka i pierwsze zajawki na mix i mastering. Nawijaliśmy sobie z Kietlą w garażu, graliśmy wszędzie gdzie nas chcieli. Jakoś później z Aronem i Prdx'em założyliśmy SAP, którym po pewnym okresie czasu zainteresowała się A.A. MTJ z Warszawy. Właśnie nakładem MTJ wyszła płyta SAP "Trzy Stany Ducha" obecnie wciąż dostępna w sklepach muzycznych. Promocja mega marna, więc rewelacji nie było. Podczas nagrywania 3SD poznaliśmy Baśkę - dograła na LP swoje trzy grosze… No i nie byłbym sobą, gdybym w tym miejscu nie wspomniał o GNC, tj. Gram Na Czysto w składzie Kietla, Prdx, Basia i Ja. Wspólnie wyrzeźbiliśmy mixtepe "A Ty?", który zaczął śmigać w necie jakieś 2-3 miesiące przed "Supa" - epką, którą pewnie dobrze znacie. 2007-2009 to czas leniwego kompletowania materiału na "Origami", a w międzyczasie ogarniania gościnek i koncertów. W dużym skrócie tyle.

Pomińmy Twoje dotychczasowe dokonania i zajmijmy się samym solowym debiutem. "Origami" – skąd taki tytuł płyty?

Głównie chodziło o to żeby odwzorować różnorodność muzyczną albumu. Tu szczerze mogę powiedzieć, że nie było jakiegoś szczególnego zamysłu na całość. Po prostu nagrywałem numery, wyrzucałem, nagrywałem, wyrzucałem - jak z karteczką, coś się zegnie, tu się zawinie, gdzieś się przedrze i coś z tego wyjdzie - wyszła z tego płyta.

Twój solowy album to - jak sam przed chwilą powiedziałeś - dość różnorodna mieszanka. Z jednej strony poważne "Out of the dark", z drugiej erotyczne wręcz "Nie patrz na mnie jak…", poza tym śpiewane refreny, elementy bragga - słowem jest tu niemal wszystko. Nie uważasz, że płyta traci tu na spójności, że choć każdy znajdzie tu coś dla siebie, to równocześnie będzie zawiedziony kilkoma trackami, że powinieneś się jednoznacznie określić już na "Origami"?

Jak mówiłem, ogarniałem ten album 2 lata, w międzyczasie zdążyłem skończyć liceum, zacząć pracować. To dość rozbity w czasie okres, co wiąże się tu i ówdzie ze zmianą priorytetów, jakichś zapatrywań na pewne sprawy i sytuacje. Wiesz, z wiekiem doświadczenia przybywa i jakby się porządnie wsłuchać w numery z tej płyty, to słychać, że w niektórych kawałkach treść jest bardziej dojrzała, a w innych, że tak powiem jeszcze idzie zauważyć podejście typowo nastoletnie, licealne. Poza tym mam tak, iż co chwile jaram się czymś innym, milion pomysłów umierających śmiercią naturalna bądź wdrożonych przy samej nagrywce.

To moje pierwsze solo, mam 20 lat i myślę, że mam jeszcze czas na to żeby się określić, choć nie będzie to łatwe, bo - jak mówię - inspiracji wokół jest mnóstwo. Dla porównania najstarszy kawałek z płyty to "Femme", a najmłodszy "Mam na tyle odwagi" - skończony na 2 dni przed oddaniem płyty do tłoczenia.

Przypuszczam, że nie jesteś w 100% zadowolony ze swojej płyty. Zmieniłbyś coś w płycie po ponad miesiącu od jej wypuszczenia? Jeśli tak to co?

Z perspektywy merytorycznej wszystko mi jak najbardziej pasuje. Ale fakt zadowolony do końca nie jestem. LP było nagrywane na trzech różnych zestawieniach sprzętowych, więc kawałki różnią się jakością mixu i tu - przyznaje się bez bicia - niektóre z nich powinienem był nagrać jeszcze raz, ale z czystego lenistwa ominąłem ten ruch. Drugą sprawą jest brak Temate na płycie, nad czym szczerze ubolewam. Podesłałem Mateuszowi kilka numerów, niestety nie widział się na nich. Nagrał zwrotkę na jednym z utworów, z której w efekcie później zrezygnował. Wiadomo - nic na siłę, słuchacz to wyczuje. Jeszcze spizgamy multum numerów i Temat o tym wie!

Wspomniałeś o Temate, czym otworzyłeś niejako nowy temat rozmowy, krążący wokół gości. Tych na "Origami" nie brakuje. Najciekawiej prezentuje się trójka - Wdowa, Raca i VNM. Mógłbyś ujawnić co łączy Cię z nimi i co sądzisz o twórczości każdego ze wspomnianych wykonawców?

(westchnienie) To może po kolei: Zaczęliśmy z Człowieniem nagrywać "Wrak", nie myśląc jeszcze o tym, że będzie to singiel. Człowień powiedział, że ostatnio mailuje z Gosią i może zapytać jej czy nie wrzuciłaby zwrotki. Jej płytę znam bardzo dobrze, rap lubię, więc czemu miałem się nie zgodzić. Poza tym, gdzie na aktualną chwilę znajdziesz tak dobrze nawijającą kobietę, której flow nie powstydziłby się niejeden raper?! Dostałem acapelle, podesłałem gotowca. WdoWA zaakceptowała - numer skończony. Uważam, że jej zwrotka jest mocną zaletą tej płyty.

Z Venomem było nieco inaczej. Track "Z dedykacją" to numer Speca - miał iść na jego płytę, która była już w jakimś stopniu skończona. Niefartownie chłopakom spalił się dysk i poszła się jebać większość wokali. Sesje mixu do tego kawałka miałem ja, więc te się ostały. Baliśmy się, że kawałek się zestarzeje na HDD, więc gdy Specu do nas przyjechał, przy piwku ustaliliśmy, iż ten numer pójdzie na moją płytę jako bonus. Pomysł dotarł do VNM'a - Tomek się zgodził i tak zostało. Uwielbiam techniczny rap, a 834 słuchałem już w pierwszej liceum, także opcja VNM’a na płycie jak najbardziej mi podeszła.

Natomiast kontakt z Racą wyszedł sam z siebie. Obaj zostaliśmy zaproszeni na wspólny numer z Poetikiem. Zaczęliśmy gadać przez neta. Jakiś czas później Raca dał cynk, że wpada do nas grać koncert, ustawiliśmy się, napiliśmy wymieniając kilka mniej lub bardziej sensownych zdań. Jego album też sobie zamówiłem, słuchałem wielokrotnie. Dla mnie Raca jest bardzo dobry w szczegółowym opisywaniu sytuacji. Faworytem z płyty dla mnie jest kawałek "Rewers'".

Zgodzę się co do "Rewersu" – naprawdę świeże podejście do storytellingu… Pozostańmy przy featuringach. Zastanawiałem się, czy Basia eM to Twoja druga połowa? Pojawia się ona na płycie aż trzykrotnie i znalazło się trochę osób, które oceniają jej śpiew pozytywnie.

Oj Basia, Basia… Nasze pierwsze spotkanie, to była straszna spina, byliśmy w dwóch rywalizujących ekipach tu, na Psim Polu. Dziś śmiejemy się z tego. Kiedy konflikt się rozpłynął, zaprosiłem Basię do siebie, pokazałem jej co nagraliśmy, jak to u nas wygląda. Spodobało jej się w ekipie. Od razu zaczęło nam się dobrze współpracować, każde z nas miało jakieś pomysły, a razem uzupełnialiśmy się do tego stopnia że w 3 godzinki składaliśmy cały numer. Pomijając stronę muzyczną, śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy z Basią najlepszymi kumplami i wspieramy się wzajemnie. Skoczyłbym za nią w ogień bez dwóch zdań. Aktualnie nie widzimy się już tak często jak kiedyś, ja pracuje, a Basia przygotowuje się do matury, ale to nie ma większego wpływu na nasze relacje. Info dla fanów chcących zaimponować Basi eM - księżniczka pięciolinii lubi pizze capriciose i chrupki pomidorowe! (śmiech)

(śmiech) Kończąc właściwie temat featuringów, nie można zapomnieć o numerze "Nie wolno", który wyprodukował Czes. W tym samym kawałku beatmaker ujawnia się jako raper. Wielu słuchaczy pewnie zdziwił fakt, że jeden z gości na "Origami" nawija po niemiecku. Mógłbyś powiedzieć coś więcej powiedzieć na temat Czesa? Skąd jest, jak doszło do współpracy między Wami?

Czes? Świetny typ! Jego zwrotki strasznie lubię, zajarałem sie nim na "Die Elite" z Człowieniem i Rekordem! Mieszka w zachodnich Niemczech, w Mullheim. Już szczerze nie pamiętam jak to było, że się poznaliśmy. Wiem, że nagrałem "Nie wolno" do instrumentala "Dead Presidents" treningowo, podesłałem Czesowi tak o, a on poprosił o acapelle i powiedział, że może jakiś remix sieknąć. Niedługo potem podesłał betę, która mi się spodobała i rzuciłem hasło, żeby położył zwrotkę. Następnie Czes namówił Upseta, aby ten dołożył cuty i – na koniec - podesłał całość. Nie podejrzewałem, że z treningowej zwrotki wyjdzie taki dobry - bo chyba nie jest zły - numer. Aktualnie kontakt między nami wygląda tak, że Czes co jakiś czas dzwoni do mnie i bardzo długo gadamy. Pozdrawiam go fest!

Ciekawostką jest, że Czes jako pierwszy Niemiec pokazał mi, iż można fajnie nawinąć w języku naszych zachodnich sąsiadów… Dobrze, porzućmy już tematykę featuringów i zacznijmy przyglądać się co ciekawszym utworom z "Origami". Na pierwszy strzał weźmy "Nie patrz na mnie jak…". Nagrywając ten numer, nie bałeś się reakcji niektórych słuchaczy?

Po pierwsze, Czes jest Polakiem i ma na imię Tomek, ale nie dziwi mnie to, że o tym nie wiesz. A co do kawałka, tak - miałem obawy co do tego, nie ma co ściemniać. Po wydaniu LP doszły do mnie takie opinie, że ten kawałek podjeżdża Mesem i żebym przestał nagrywać kawałki o pannach. Swoją drogą, wystarczy zaśpiewać refren na jednej linii melodycznej, dograć drugą oktawę niższą i podbić falsetem – od razu kojarzy się jednoznacznie, bo ktoś tak już kiedyś zrobił. Mówię jak to ludzie odebrali, ale gdzie mi do Mesa?! Nie miałbym na tyle śmiałości, żeby kawałki ze śpiewanymi wstawkami w moim wykonaniu podpiąć pod G-Funk, choć zdarza mi się przykatować czasem -nie jakoś wyczynowo - Kurupta (mistrzowski numer "Casting" na "The Golden Touch" DJ Wicha - jaram się jak Rzym) czy Warrena. Regularnie edukuje mnie w tej kwestii mój człowiek Prys, podklepując mi co jakiś czas ciepłe numery z zachodniego wybrzeża. Pozdrawiam!

A temat numeru? Lubię sobie nawinąć o płci pięknej jako jej zdrowy entuzjasta. Który z Was nie lubi pogadać sobie o pannach? Ja zrobiłem to tylko w bardziej subtelny sposób. Nagrywam takie numery jakich sam chciałbym słuchać.

Od subtelnych – jak to ująłeś - relacji damsko-męskich przejdźmy o poziom niżej, do przyjaźni. Kawałek "Tekturowcy" daje do myślenia. Dużo w swoim życiu miałeś takich "tekturowych" przyjaciół?

Jak u wszystkich. Zdarzali się dickriderzy, którzy lizali nam dupę w celu uzyskania jakichś konkretnych rzeczy bądź żeby po prostu przypucować japę. A gdy nas nie było obok, mieszali nas z błotem w obecności naszych znajomych, wypierając się później wszystkiego bądź tłumacząc "Nie, nie, nie, to nie o to chodziło, źle zrozumiałeś…" etc. Wiesz o co chodzi. Normalnie typ nie zadzwoni do Ciebie, dowiedzieć się jak żyjesz, co w pracy i czy kryzys też powoli wygryza Cię ze stanowiska… Ale wystarczy, że coś jest potrzebne i jesteś w stanie to załatwić, a oni zwykle o tym wiedzą, to potrafią męczyć 24h na dobę. No i to wkurwia. Myślę, że nie tylko mnie. Nie użyłem imion i ksyw, bo nie jestem zwolennikiem dissów. Czy słusznie, dopiero się okaże.

Podczas naszej rozmowy wymieniliśmy już kilka porządnych utworów z "Origami". Wydaję mi się jednak, że najmocniejszym momentem płyty jest kawałek "Out of the Dark", w którym przewija się temat zamachów w Londynie z 7 lipca 2005 roku. Czy przedstawione w niej osoby są fikcyjne, czy może są to najprawdziwsze postacie, znane przez Ciebie osobiście bądź przez znajomych?

Czysta inspiracja tym kwaśnym wydarzeniem. Wiem, że odbiorcami mojej muzyki nie są troglodyci i impotenci intelektualni, wiec często w numerach stawiam na emocje i uczucia. O ile pamiętam w wyniku tego zamachu nie zginął żaden mężczyzna z Polski, niemniej jednak trzy Polki straciły życie. Chciałbym żeby ten kawałek został potraktowany jako hołd dla ofiar i apel o pokój.

Dobrze, że wspomniałeś o pokoju. Widzisz jakieś rozwiązanie islamskiego terroryzmu? Masz jakikolwiek pogląd na tą sprawę?

Jasne, jestem pacyfistą i to dla mnie chore. Mam niestety przykre zdanie, że kiedyś pozabijamy się wszyscy nawzajem. Ostatnio obejrzałem parę filmów w podobnej tematyce. To tak naprawdę walka kilku osób, którzy mają nas - zwykłych śmiertelników - za rekwizyty w swojej prywatnej wojnie. Polska jest zbyt mało znaczącym krajem, żeby cokolwiek zrobić w tym kierunku, pewnie i tak wszyscy mają nas w dupie. Ogromne państwa mają we władaniu media, które pokażą to co im się każe lub pozwoli. Wszelkie prowokacje oczerniające rząd jednego państwa, też będą dziełem kogoś, powstałym na zlecenie kolejnego kogoś. Tak z każdej strony każdy będzie Ci wciskał inny kit, wypiorą Ci mózg i pewnie nigdy nie dowiesz się czemu i jak to było naprawdę. Pewne jest, że giną ludzie! To nie tak miało być. Imponuje mi stanowisko Eldoki w tej sprawie: "Patrzę w lustro, zaczynam od siebie".

Pozostając wciąż przy drugim tracku z "Origami", chciałbym poznać Twoje podejście do kończącej się powoli (w związku z kryzysem finansowym) emigracji zarobkowej Polaków. Pracowałeś lub miałeś zamiar podbić Wyspy? Denerwuje Cię to, że żeby godnie żyć, trzeba czasem opuszczać ojczyznę i harować w innym kraju?

Ciężko mi osobiście byłoby tego nie odczuć choćby dlatego, że mój ojciec od 5 lat pracuje za granicą i widzę się z nim może pięć razy w roku. To raz, a dwa, że nie ma co się dziwić, tam można było zarobić i faktycznie odczułem to na własnej skórze zanim zacząłem pracować. Sam nigdy nie wyjechałem i szczerze mówiąc wolałbym tam nie lecieć. Był taki czas, kiedy z Supa Skillz tylko ja byłem w Polsce. Człowień, Paciwo, Temate czy Wozu siedzieli w Wielkiej Brytanii. Mnie przytrzymała szkoła, jako że jestem z nich najmłodszy. Obecnie jest jeszcze kilku ludzi za którymi tęsknie fest, bo nie widziałem ich strasznie długo, np. autor okładki "Origami" Michał czy znajomi z ogólniaka. Tak, denerwuje mnie to.

Kwestie polityczne zostawmy już na boku… Powróćmy do Twojego solowego debiutu. Jaki był jego nakład? Płyta rozeszła się dość szybko, więc podejrzewam, że był on niewielki nawet jak na podziemną produkcję.

Sprawa tu jest o tyle dziwna, że do samego końca zastanawiałem się czy w ogóle robić fizyczny nośnik, czy po prostu puścić w mp3 do neta. Czemu? Najzwyczajniej w świecie bałem się że to mi nie zejdzie. Myślałem, że ludzie nie będą chcieli zamawiać płyt. Mimo tego Prdx z Człowieniem przypiłowali mi ten temat i suma sumarum uległem im tłocząc próbne 100 sztuk przed wrzuceniem płyty do sieci. Zapytasz czemu tak mało? Krótko - brak funduszy, trzeba było opłacić szkole, jakieś tam pierdoły, w grudniu też poleciałem z sianem, wiesz - typowa sytuacja 20-latka.

Pod koniec stycznia poszło info, że można za symboliczną dyszkę zamówić Origami i w tym miejscu niemal zderzyłem się z zaskoczeniem. To, co wyrzuciłem z kieszeni w wytłoczenie płyt, zwróciło mi się po trzech dniach. Ludzie z różnych stron kraju, zaczęli wysyłać zamówienia. Osobiście dla mnie to była fest niespodzianka, ogromnie mnie to cieszy i z tego miejsca ślę wielką pionę wszystkim, którzy ten krążek zamówili i słuchają sobie w furze w drodze do pracy czy uczelni!

Jak oceniasz wydanie "Origami"? Nie uważasz, że lepiej byłoby wydać materiał w digipacku?

Jasne, że lepiej. Digipacki są bardziej estetyczne i wytrzymałe niż plastikowe slimy, a tym samym droższe, także po raz kolejny – hajs, hajs, hajs… Na pliku .jpg okładki w wersji internetowej widać, że kolory frontu wytłoczonych płyt są bledsze. To już spierdoliła drukarnia - obiecuje, że następne płyty będą wraz z opakowaniami bardziej papuśne.

Bardzo spodobało mi się to określenie… Papuśne! (śmiech). Bądźmy jednak przez chwilę poważni. W prawie każdym wywiadzie pojawia się pytanie o inspiracje. To nie ominie i Ciebie. Na czym się wzorujesz pisząc teksty, klecąc bity?

Wiesz, kilka lat temu jak sobie tam rapowaliśmy, to Seba, czyli Prdx, bardzo mnie jechał, żebym nawijał o tym z czym mam styczność, nie koloryzował - za co teraz mu dziękuję, jak słyszę kawałki ludzi, których znam osobiście, a rapują o jakichś niestworzonych rzeczach. Więc czym się inspiruje? Swoim życiem - imprezy, problemy, niepowodzenia, ludzie których znam - panny i kumple. Jeśli słuchasz kawałka w którym mówię o czymś, to musisz mieć świadomość, że tak było. A ludzie, którzy mnie znają, z pewnością by to potwierdzili. Pytałeś wcześniej czemu jest taka rozbieżność tematyczna na "Origami" - bo jestem nieco rozchwiany emocjonalnie i mam tego świadomość. Wiadomo, że jak się pokłócę z ziomkiem i chcę napisać tekst w ten sam dzień, to nie będzie to tekst o baunsujących pierogach, tylko zrobię to tak, żebyś poczuł, że tekst był wynikiem pewnego zdarzenia, sytuacji.

Jeśli chodzi o stronę muzyczną, to nie mam swojego ulubionego producenta, aczkolwiek podobają mi się stare bity Noona - jeśli chodzi o sampling. Grane - Goldena ze "Złotych Twarzy" czy Flamastra. Sam również gram i staram się nie używać sampli, więc woski leżą w kącie. Wiesz, jak skończe jakiś bit i sądzę, że mi wyszedł, to mam świadomość, iż jest od początku do końca mój.

Mówiliśmy wcześniej o gościnnych występach na Twojej płycie. Ciekaw jestem, czy masz jakichś swoich ulubionych polskich raperów? Z którym z nich najbardziej chciałbyś współpracować?

Jasne, że mam! Jak wiele osób z mojego miasta czekam na nowe produkcje spod szyldu Pepe. Znamy się nie od dziś i pewnie nagramy jeszcze niejeden dobry numer. Często wracam tez do "Bybzi Bybzi" Laika czy kawałków Grześka Labela. Jak jedziemy w aucie z Kostonem - naszym perkusistą - słuchamy 2cztery7. Generalnie chciałbym współpracować z większością dobrych przewijaczy, których słucham. Nie mam faworytów.

A u kogo gościnnie pojawisz się w najbliższej przyszłości?

Na pewno na mixtape Prysa "Wroakland" w kawałku z Basią, na płycie Temate, Człowienia, Gedza, mixtape Rapduma.pl o ile dojdzie do skutku, "SW" Szopsa, mixtape Demona z Wrocławia. To z pewniaków już nagranych. Poza tym Raca podklepał ostatnio srogi bit na „RacaStona2”, no zobaczymy co z tego wyjdzie.

A jak posuwają się prace nad LP Supa Skillz?

Zbieramy świeże bity, piszemy zwrotki. Czekamy teraz aż poleci Temate/Henson "Miejski styl bycia" i "Człowiek z krwi i kości" Człowienia i bierzemy się ostro za zgrywanie wokali na Supa, które wyjdzie pod banderą Step Records.

Jakie masz plany na przyszłość? Drugie solo, jakieś koncerty?

W dalekiej przyszłości na pewno kolejne solo, wcześniej Supa. Myślę, że zrobimy też przynajmniej epkę z Człowieniem - temat wielokrotnie już poruszany przy nagrywkach. Może odświeżę kontakty z warszawskim MTJ. A bliżej planuje odkryć kilka nowych damskich twarzy. Było mi dane poznać dwie nowe świetne wokalistki z Jelcza i jestem pewien, że wkrótce usłyszycie o Oli czy Dorotce!

"Origami" zyskuje na ogół dobre oceny. Może masz w planach jakiś teledysk?

Tak, jestem już po zdjęciach do "Nie powiem Ci" i aktualnie czekam na gotowy klip. Zajmuje się tym Adam, znany z pracy z grupą Dwaem i Krzysiek DedoCe - bitmejker i raper. Myślę, że jest kilka naprawdę ciekawie zrobionych momentów i wyjdzie z tego coś dobrego.

Oprócz tego dostaliśmy już z Człowieniem trailer do klipu "Definicje" - zajął się tym Puzon. Klip będzie rysunkowy i nie chce zapeszać, ale ktoś się chyba obsra makowcem. (śmiech) Scenariusz napisał Seba - Prdx.

Czas nam się powoli kończy… Przy okazji wywiadu z każdym raperem zawsze mnie interesuje to, czy słucha czegoś poza gatunkiem, w których obraca się na co dzień. Jak to wygląda u Ciebie?

Słucham reagge - Anthony B., Damian Marley czy Martin Jondo. Czasem jakiś kalifornijski punkrock, np. ostatnio Prdx podklepał mi dobre numery Bloodhound Gang i Breaking Benjamin. Oprócz tego lubię słuchać kawałków soulowych, r&b i pop w damskim wykonaniu, bo pomaga mi to w robieniu kawałków dla nowych wokalistek, podpatruje jak są zbudowane chórki, drugie głosy bądź nawet wokalizy w takich numerach. Uczę się wszystkiego ze słuchu.
Wielu słuchaczy interesuje to, czy czytasz komentarze na forum Ślizgu? Interesuje Cię w ogóle to, jak Twoją płytę oceniają Internauci?

Czasem sobie wchodzę poczytać, czemu nie. Sam się nie wypowiadam. Czasem ktoś rzuci trafnym argumentem i myślę: "Kurwa, no racja, musze zwrócić na to uwagę następnym razem", czasem bywa mega śmiesznie, zwłaszcza gdy spalimy sobie spliffa z chłopakami i czytamy pojedynczych hejtrów. Interesuje mnie zdanie internautów, choć na to co robię nie mają większego wpływu. Z reguły najświeższe nowinki podklepują mi znajomi. Ja też nie zawsze mam czas, żeby to sprawdzać, bo pracuję na dwie zmiany dziennie.

No i nadszedł wywołany przed dwoma pytaniami koniec. Chciałbyś coś jeszcze dodać, kogoś pozdrowić?

Tak - podziękować za wywiad i pozdrowić wszystkich słuchaczy wrocławskiego podziemia, moich ludzi w Trzebnicy i w Jelczu! A przy tym obiecać, że nie damy tej muzyce umrzeć.

piątek, 13 marca 2009

Skandaali - Kultalevy

Mówiąc o Finlandii myśli się przede wszystkim o mroźnym klimacie, świętym Mikołaju, telefonach Nokia oraz o bardzo dziwnym i pokręconym języku charakteryzującym się aż 13 przypadkami. Mi od jakichś dwóch lat kojarzy się on jeszcze ze Skandaalim - jednym z czołowych raperów (może nawet najpopularniejszym) z działających na tamtejszej scenie. Choć polecono mi kilka jego albumów, szczególnie przypodobałem sobie krążek "Kultalevy".

W rapie najważniejszy jest przekaz, tekst, warstwa liryczna - to dość obiegowa opinia odnośnie mojego ulubionego gatunku muzyki. Na ogół się z tym zgadzam, lecz czasami przesłanie staje się całkowicie nieistotne, zwłaszcza gdy sprawadzam produkcje z krajów dość egzotycznych, kiedy nie mam najmniejszych szans na zrozumienie treści albumu. Słuchając Skandaaliego szybko zajarzyłem, że mam do czynienia z raperem o prawdziwie kosmicznym skillu. Oczywiście w związku z moją nieznajomością fińskiego może mi się tylko tak naprawdę wydawać, że chłopak dysponuje znakomitym flow. Posłuchajcie sobie jednak otwierające album "Tää O Räppii" - Skandaali miejscami nawija tam z taką szybkością, że aż wydaje się to nieprawdopodobne. A trzeba przecież pamiętać, iż na jednym z dwóch urzędowych języków Finlandii można dosłownie połamać sobie język. Nie mam pojęcia, czy Skanadaali faktycznie posiada rewelacyjną dykcję, ale co najmniej sprawia takie wrażenie. Ciekawe ile zajęłoby dobrze wyszkolonemu polskiemu raperowi nauczenie się kwesti z "Tää O Räppii".

Drugim mocnym punktem "Kultalevy" są bity. Nie mam zielonego pojęcia, czy smaży je sam Skandaali, czy może robi to za niego cały sztab najlepszych fińskich producentów, co jednak nie zmienia faktu, że pod względem brzmienia albumowi dosłownie nic nie można zarzucić. Absolutnym mistrzem w tej materii jest największy przebój z płyty, kawałek "Elämä On Peli", w którym znakomicie podsamplowano skrzypce. Warto zwrócić też uwagę na numer "Mä en tee mitää" - bit oparto tu o sampel budzący skojarzenia z komedią "Va Banque". Wydaję mi się jednak, że akurat ta melodia nie została zaczerpnięta z polskiego filmu, a raczej wykorzystano jakieś klasyczny przykład jazzu z Nowego Orleanu.

Są takie albumy, których w ogóle nie rozumiem. Coś jednak przykuwa do nich moją uwagę. Tego typu krążkiem jest właśnie "Kultalevy" Skandaaliego. Nie jest to może materiał na miarę "73 Touches" i "Place 54" Hocus Pocus, a przecież - nawiasem mówiąc - francuskiego też nie znam, lecz trzyma naprawdę wysoki poziom. Jeśli jesteście ciekawi jak to wszystko brzmi po fińsku oraz chcecie się przekonać, czy naprawdę Skandaali ma tak potężne umiejętności jak pisałem, to "Kultalevy" powinniście jak najbardziej sprawdzić. Doskonałą zachętą powinny być wyśmienite bity, które nie są na porządku dziennym w tak egzotycznych dla hip-hopu miejscach.

Ocena: 8/10

niedziela, 8 lutego 2009

"Nie ma polskiego rynku muzycznego" - wywiad z Afrojaxem

Afrojax (wł. Michał Hoffmann) to polski raper znany z zespołu Afro Kolektyw. Autor ironicznych i sarkastycznych tekstów. Najlepszy informatyk w mieście, który już jako młokos lubił, gdy murzyn bił w kokos. Przed Wami wywiad z Afrojaxem autorstwa Łukasza Rutkowskiego z AllRap.pl oraz Macieja Blatkiewicza, w sieci znanego jako Litosław Nieśmieszny.

Jesteś dość charakterystyczną postacią na polskiej scenie. Twoje początki z muzyką muszą być ciekawe. Jak one wyglądały?

Zawsze chciałem na czymś grać, a już na pewno od momentu w którym w mojej podstawówce wystąpił punkowy zespół Paranoya i zauważyłem jak wszystkie laski patrzą na grajków. Ciekawostka – perkusistą był wtedy w tym zespole bardzo młody Jan Młynarski (teraz gra u Kayah na przykład). Najpierw miałem zostać gitarzystą, ale kiedy moja mama pożyczyła skądś gitarę, żebym sobie pograł, to uznałem że jednak łatwiej jest dociskać do progu jedną strunę niż sześć naraz i że będę basistą. Z tym że pochodzę z rodziny średnio zamożnej i dopiero kilka lat później, w liceum, uzbierałem sobie kasę na basówkę. Zaczepiłem się od razu w kilku - dość gównianych, tak jak ja byłem gównianym basistą - zespołach naraz, graliśmy słabego bluesrocka, zły metal, kiepskie reggae (w tym ostatnim przypadku grałem na perkusji). Na szczęście dość wcześnie zetknąłem się z hip-hopem, nagrywałem jakieś linie basu dla Ceube, potem spotkałem Nestora, zacząłem dla niego robić podkłady i szybko się okazało że nie jestem stworzony do grania na instrumencie, lepiej sobie radzę przy produkcji i na mikrofonie. Niech to ci uświadomi, jak bardzo gównianym basistą byłem. (śmiech)

Basistą może gównianym, ale tekściarzem na pewno zajebistym. Znane są słowa Kazika: "Jak powstają Twoje teksty, gdy mnie ktoś tak spyta, zakurwię z laczka i poprawię z kopyta", ale mimo to, chciałbym się dowiedzieć, skąd bierzesz inspiracje do pisania sarkastycznych do szpiku kości linijek. To jedynie zasługa wrodzonego poczucia humoru, czy może czegoś jeszcze?

Wiesz co, tak pomysły na teksty jak fragmenty tych tekstów biorą się głównie z rozmów, z kontaktów z ludźmi, z trudnych do zapomnienia sytuacji, które siedzą mi potem we łbie i nie dają spać. A piszę zwykle ironicznie, bo przywykłem do tego, staram się ogólnie traktować świat z dużym przymrużeniem oka. Taki mam styl, sposób na przetrwanie.

Dlaczego tak często poruszasz w swoich kawałkach tematy kręcące się wokół relacji damsko-męskich?

Może dlatego, że w epoce, w której żyjemy – czyli przejściowej, jeśli chodzi o powszechne zmiany obyczajowe, szczególnie w sferze związków – relacje damsko-męskie są dość słabo zdefiniowane. I dlatego często bywają źródłem zabawnych albo kompletnie nieśmiesznych, ale ciągle inspirujących, nieporozumień.

Na ile Twój, wykreowany w paru utworach, wizerunek nieudacznika ma odzwierciedlenie w prawdziwym życiu?

W ogóle nie ma. Ja sobie całkiem nieźle radzę, tyle że nie umiem o tym napisać nic ciekawego. Dlatego skupiam się na tych aspektach życia, w których nie idzie mi tak brylantowo.

Jeśli już przy tym jesteśmy. Czy refren "Już jako młokos najbardziej lubiłem, gdy murzyn bił w kokos" z utworu "Czytaj z ruchu moich ust" ma jakieś metaforyczne znaczenie? Z jednym znajomym próbowaliśmy kiedyś Twoje słowa zinterpretować, więc chętnie poznalibyśmy wersję oficjalną.

Chodziło o to, że w muzyce od zawsze największą uwagę zwracam na bębny. Wiem, kiepskie tłumaczenie. Ale prawda jest to. No i całkiem nieźle brzmi ta linijka.

Wydaną w ubiegłym roku płytą "Połącz Kropki" kolejny raz udowodniliście, że nie kręci Was granie klasycznego hip-hopu. Skąd czerpiecie inspiracje na muzykę Afro Kolektywu? Kto z zespołu ma największy wpływ na brzmienie?

Chyba ja, bo to ja ogarniam rejestrację śladów, edytuję sesje i przygotowuję tracki do miksów. Inspiracje każdy ma inne, a płytę przygotowaliśmy właśnie w taki sposób, żeby każdy mógł przepchnąć swoje, zrobić numery w takiej stylistyce, jaką się jara. Kto przynosił szkic numeru, ten go kończył, włącznie z nadzorem nad miksem i masterem. Tylko dzięki temu Afro przetrwało w całości do ukończenia albumu, bo każdy z nas ma zupełnie inne wzorce, inny background. Gitarzysta na przykład jest starym blackmetalowcem zafascynowanym poważką, bębniarz wychował się na disco, pianista na syntetycznym popie, perkusjonalista na rapie, basista (już były) na jazzrocku. A ja, jakbym miał się uczciwie określić, to na punku chyba. Nie pamiętam.

Wasz rap zawsze był "organiczny". Chciałbyś kiedyś nagrać płytę hip-hopową opartą na bardziej klasycznym brzmieniu?

Nie bardzo. To musiałby być krok wstecz, bo na samplach już robiłem, przez kilka lat, dawno temu. Chociaż dalej bardzo mnie inspiruje klasyczny, ciepły, 12-bitowy sound samplerowy rap. Wiesz, El-P na przykład, Blockhead, z nowszych produkcji Flying Lotus; jaki to ma miły dół i środek, jak to kopie i grzeje, stary, kuuuurwa. Wzorzec pod tym względem.

Powróćmy do Waszej najnowszej płyty. "Połącz Kropki" wydało Polskie Radio. Dlaczego właśnie padło na podmiot, który przecież nigdy nie zajmował rapem oraz około hip-hopowymi brzmieniami?

Dostaliśmy propozycję i skorzystaliśmy z niej. Co prawda nie byłem przekonany, że to dobry pomysł, ale chłopaki mnie przegłosowali. W sumie to było jednak fajne, nagrywać płytę mając wydawcę i deadline. Gdyby nie to, album ukazałby się pewnie dopiero w tym roku albo wcale.

Wasi fani zastanawiają się, co takiego stało się z Nestorem? Czemu nie ma go w składzie Afro Kolektywu? Konflikt ze składem czy inne prywatne sprawy, o których wolisz nie mówić?

Nestor sam się wymiksował z Afro. I zniknął, przepadł na własne życzenie. Nie wiem, co się z nim dzieje teraz. To był genialny gość, fenomenalny talent i niebywała siła komiczna, tylko mało pracowity, a żeby być w zespole, trzeba jednak coś robić i Nestor zdał sobie w pewnym momencie z tego sprawę.

Jeśli już przy roszadach w składzie jesteśmy, może ujawnisz jaka była przyczyna tego, że niedawno z zespołu odszedł Mariusz Chibowski?

Mariusz nieszczególnie lubi grać koncerty, a zespół jeździ i gra koncerty. Głównie o to poszło. I trochę się rozminęliśmy w kwestii preferencji muzycznych. On chciał grać funk, a ja już grałem funk i chciałbym spróbować innego podejścia, bardziej z naciskiem na różne tempa, różne podziały, różne stylistyki, te mało funkowe też.

W ostatniej zwrotce numeru "Najlepszy informatyk w mieście", nawiązując do Powstania Warszawskiego, dajesz do zrozumienia, że nigdy nie broniłbyś kraju z karabinem w ręku. Skąd ten mało patriotyczny pogląd?

Proste – przeważnie nie stać mnie na prawidłowe reakcje w sytuacji zagrożenia. Zdarza się, że jak jestem dostatecznie wkurwiony, to rozstawiam po kątach, w końcu mam warunki. Niestety, w większości przypadków ignoruję agresorów. Jak większość z nas. I dlatego wkurwia mnie, gdy ktoś jest w stu procentach przekonany, że walczyłby wtedy i heroicznie bronił. Bo ja bym prawdopodobnie wydygał i wiem o tym.

Wśród fanów Afro Kolektywu bardzo popularnym numerem jest utwór "Karl Malone". Wciąż interesujesz się koszykówką? Oglądasz mecze NBA, Euroligi? Masz swoją ulubioną drużynę, zawodników? A może sam chętnie rzucasz do kosza?

Teraz to rzucam już tylko do wiadra. (śmiech) Jako szczeniak grałem trochę w koszykówkę, trenowałem w Polonii Warszawa. Cosobotnie podsumowania tygodnia w NBA, a potem mecze, oglądałem jak mszę. Ale teraz prowadzę tryb życia głównie na dupie i już mi prawie przeszło, także dlatego że nie mam Canal Plus.

Na Waszych płytach pojawiali się już Duże Pe, Roszja, Lilu. Jakich innych polskich raperów cenisz? Z którymi chciałbyś nagrać kiedyś wspólny numer?

O, stary, masa jest dobrych MC’s w Polsce. Najwyżej chyba cenię Fokusa, to jest flow i głos na skalę światową. Potem standardowo: Pezet, Łona (tu mam obiecane, że jeszcze coś razem zrobimy, chociaż na „Połącz kropki” się nie udało), Mes, Smark, Tetris, Sokół, Wankej. I tak dalej. Nie lubię właściwie tylko gości, którzy nie zauważyli daty w kalendarzu i uprawiają psychorap - z wyjątkiem Ramony Rey. (śmiech)

Co Cię skłoniło do nagrania gościnnej zwrotki na płycie Świntucha (Tymona) do kawałka "Zrób to sam"? To bardzo nietypowe posunięcie i czy nie obawiałeś się, że konserwatywni odbiorcy hip-hopu mogą dać Ci łatkę, która mogłaby troszkę napsuć twojej dobrej sławy. Jak wspominasz ten kawałek, współpracę ze Świntuchem?

(śmiech) Jakiej dobrej sławy? Ziom, to były czasy, kiedy narażałem się wszystkim naokoło. W ogóle nie myślałem takimi kategoriami. Poza tym Tymona bardzo szanowałem i nadal szanuję za ogromną wiedzę o gatunku, a temat zaproponował dobry; o biciu konia – zwłaszcza wtedy – sporo mieliśmy do powiedzenia.

(śmiech) Możesz powiedzieć, jakie były przyczyny nie dogrania się Łony na "Połącz Kropki"?

Zwyczajnie, nie dał rady, nie zdążył, miał kryzys twórczy.

A co takiego musi zrobić podziemny raper, aby namówić Cię na wspólny kawałek?

W tej chwili nic, bo każdy skrawek akceptowalnego tekstu idzie na kolejną płytę Afro. A - jak zwykle - piszę tak powoli i tak mało, że raczej nie ma opcji, żebym dał radę pierdolnąć coś specjalnie na czyjś nielegal, na legal zresztą też. Chyba że zaprosiłby mnie ktoś, kogo naprawdę kurewsko szanuję za dorobek.

Są już jakieś plany na następną płytę Afro Kolektywu?

Tak, będzie się pewnie nazywać "Mało miejsca na dysku", muzyka w większości nie moja, teksty - same storytellingi. Taki jest plan, ale wiesz, "plans can fall through and so often they do".

Co sądzisz o polskim rynku muzycznym?

Nie ma polskiego rynku muzycznego. Jest rynek okołomuzyczny, na którym sprzedaje się płyty jako bonus do czegoś, do książki, filmu, rocznicy, kontrowersji, wizerunku. Chociaż oczywiście, gdybym zaistniał na tym nieistniejącym rynku, to bym zmienił zdanie na mniej krytyczne. (śmiech)

Jakiej muzyki słuchasz w wolnych chwilach?

Jak najróżniejszej. Od Autechre przez Erykah Badu aż do Pantery. Byle dobre było.

2008 rok już za nami, jaka płyta zauroczyła Cię najbardziej?

Trafione pytanie, bo akurat dzisiaj podjąłem decyzję (śmiech) – nieoficjalna epka nowojorskiego zespołu Violens. Kombinacje harmoniczno-melodyczne dotknięte ręką Boga kurde, odpadam. Sześć tracków, z czego pięć oceniłbym maksymalnie w każdej skali.

Czy chciałbyś kogoś oprócz siebie na koniec pozdrowić?

(śmiech) Nie. Nie lubię ludzi. A serio, to swoją żonę, oczywiście, kolegów z zespołu, i tych, którzy wierzą jeszcze - chociaż ja sam nie bardzo wierzę - że Afro Kolektyw zasługuje na to, by odnieść jakiś tam sukces i w związku z nim nie jebnąć o glebę wkrótce.

Wywiad został przeprowadzony w lutym 2009. Rozmawiali Łukasz Rutkowski (AllRap.pl) i Maciej Blatkiewicz. Zdjęcia: Mariusz Chibowski; Wojciech Graczykowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wywiad również na AllRap.

czwartek, 29 stycznia 2009

"Muzyka to droga, która choć zapowiada się na krętą, jest mi właściwą" - wywiad z Dagą Gregorowicz

Dla czytelników bloga jesteś najprawdopodobniej osobą anonimową. Mogłabyś się im jakoś przedstawić?

Jestem osobą, która przedstawia się jako Daga Gregorowicz. Obywatelstwo polskie. Pierwszy okrzyk nastąpił w Poznaniu.

Posiadasz wyuczony zawód, studiujesz?

Skończyłam geoinformatykę na UAM Poznań. Obecnie kończę Studium Piosenkarskie im. Czesława Niemena w Poznaniu.

Od jak dawna zajmujesz się śpiewem? Już jako mała dziewczynka chętnie udzielałaś się wokalnie, czy odkryłaś "to" w sobie dopiero później?

Zawsze "wyłam", jak nazywa to moja siostra. Kiedy byłam małą dziewczynką mój ukochany wujek wołał do mnie tylko w jeden sposób: "Artystka z telewizji". Mimo, że nic nie zapowiadało moich ciągot do sceny, on to przewidział. Może nie z telewizji, ale zdecydowanie mogę nazywać się artystką. Wpierw były chóry, śpiew pod prysznicem etc. Jako, że mieszkam w domu jednorodzinnym, kiedy rodzinki w nim nie było, nikt za ścianą mnie nie słyszał i tak darłam się wniebogłosy, wygłupiałam no i zaczynałam tworzyć. Dziś najchętniej muzykę tworzę jadąc w nocy samochodem - to taka moja mekka twórcza. A kiedy odkryłam? No cóż. Odkrywcami, którzy pozwolili mi w siebie uwierzyć byli artyści sceny bydgoskiej. Wpierw Wacek Węgrzyn z The Ślub a potem Tomasz Gwinciński, który zaprosił mnie do nagrania płyty "Klub Samotnych Serc Pułkownika Tesko".

Możesz powiedzieć coś więcej odnośnie tej płyty?

"Klub Samotnych Serc Pułkownika Tesko" to swojego rodzaju manifest. Manifest czego - niech każdy ze słuchaczy odpowie sobie sam na to pytanie. Płyta zawiera genialne teksty Tomka. W sferze muzycznej nawiązuje do słynnej płyty "Klub Samotnych Serc Sierżanta Pieprza" ("Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band") Beatlesów. To przed wszystkim świetne piosenki świetnego gitarzysty. Projekt miał szansę zrobić niezłe zamieszanie na polskiej scenie muzycznej. Niestety po kilku koncertach (dodajmy, że w pękających w szwach klubach) zawieszono działalność. Wielka szkoda, ale swoich fanów płyta ma nadal.

Przejdźmy do jednego z najnowszych projektów, w którym bierzesz udział. Z opakowania "Wygadanej" możemy przeczytać, że wraz Mikołajem Pospieszalskim i Daną Vynnytską poznaliście się na międzynarodowych warsztatach "International Summer Jazz Academy in Cracow (ISJA)". Mogłabyś powiedzieć trochę więcej nt. tej imprezy oraz samego nawiązania współpracy z wymienionym wyżej dwojgiem muzyków?

Warsztaty jazzowe w Krakowie skupiają niesamowite środowisko. Po pierwsze to fenomenalni wykładowcy z całego świata, jak i międzynarodowa grupa studentów. Charakteryzują się one niesamowicie rodzinną atmosferą. Polecam zarówno początkującym jak i zaawansowanym. Wokalistom, jak i instrumentalistom. Z Daną polubiłyśmy się przez wzajemne słuchanie, zaciekawienie. Dopiero po chwili nastąpiła konfrontacja słowna. Po roku spotkałyśmy się znów na warsztatach, bogatsze o nowe doświadczenia muzyczne. To Dana była jedną z osób, które upewniły mnie w przekonaniu, że muzyka to ta droga, która choć zapowiada się na krętą, jest właśnie mi właściwą. Marzenia wspólnego grania, projektu?! Nie jestem do końca pewna, czy zrodziły się wtedy. Kilometry jednak działały na wyobraźnię, a raczej ją lekko odurzały i tłumiły w rozwijaniu skrzydełek. Wszystko nabrało rumieńców, kiedy to wraz z kolegami poznanymi na ISJA zaczęliśmy prace nad projektem Aerobit. Wraz ze Stefanem Nowakowskim (kontrabas), Remkiem Zawadzkim z Afro Kolektywu (perkusja) i Danielem Grzeszykowskim z Tricphonix wkraczaliśmy w klimaty muzyczne, z którymi świetnie mogłam się utożsamiać.

Ze Stefano oraz Remkiem wyruszyliśmy w podróż do Lwowa w celu jammowania z naszymi przyjaciółmi. Tam też i była Dana, której to przywiozłam z Polski mojego ukochanego Kaossa (Daga jest jedną z największych fanek tego sprzętu w Polsce - gra obecnie na trzech Kaoss Padach jednocześnie). Dowiedziałam się, że Dana wraz ze swoim zespołem Schocolad dostała się na półroczne stypendium Gaude Polonia do Warszawy. Pojawiło się światełko w tunelu. Obiecałam Danie, że pokażę jej nowe sztuczki na Kaossie. Miałyśmy się spotkać i pojammować we dwie. Spotkanie nastąpiło w Piasecznie, w sali prób Excessive Machine i nieistniejącego już Aerobitu. Atmosfera tego miejsca nie pozwoliła nam już się rozstać. Po kilku spotkaniach wiedziałyśmy, że nazywamy się DAGADANA.

I tak pewnie tkwiłybyśmy w swojej muzyce same dla siebie, gdyby nie nasz przyjaciel Karim Martusewicz (Karimski Club, Voo Voo). To on, wiedząc, że coś tam się tworzy zadzwonił i powiedział: "Hej dziewczyny, jesteście w Warszawie? W niedzielę w Coffee Karma na Placu Zbawiciela odbywają się taperowania. Przygotujecie coś na tę niedzielę?". Był piątek wieczór. Perspektywa, że nie będziemy się w sobotę widziały nie napawała nas optymizmem, ale się zgodziłyśmy. Zamiast 15-minutowego Chaplina wybrałyśmy ponad godzinną Godzillę – film z 1953 roku wyreżyserowany przez Ishiro Hondę. Plastikowe efekty. Dźwięk wyłączyliśmy, napisy polskie pozostały i tak stworzyłyśmy naszą wersję. I tak zaczęła grać DAGADANA, po raz pierwszy pokazałyśmy się szerszej widowni. Ludziom się spodobało. Karim uścisnął ręce. Wiedziałyśmy, że teraz to już decyzja zapadła - jesteśmy zespołem. Potem było jeszcze granie do filmu w poznańskim Meskalu. Mała przerwa i koncert z naszymi piosenkami. Oczywiście jako pierwszy musiał być Kraków i Piec Art. Bo tam się wszystko zaczęło. Tam obserwowałyśmy się na jammach.

Współpraca z Aerobitem upewniła mnie w przekonaniu, że w głowie siedzą mi kontrabasowe groovy. Dana podczas ISJA była w jednym combo z Mikołajem Pospieszalskim. Szykowaliśmy się do dużego koncertu w Hydrozagadce. Pomysł był prosty - zaprośmy jednorazowo kontrabasistę. Rozmawiałyśmy o Miku, ale telefon do niego był raczej takim odruchem z przewidywaną odmową. A tu zaskoczenie - Miko się zgodził. Troszkę obaw było, bo po pierwsze na próby mieliśmy mieć przeznaczone 2 dni po kilka godzin. Po drugie Miko nie miał pojęcia co gramy. Nagrań wtedy nie było. Uprzedziłyśmy go, że jest w tym trochę disco kiczu. Chłopak przyjechał. Zagraliśmy koncert i to on pierwszy powiedział, że jest to niespotykany projekt i jeżeli mamy ochotę to on z chęcią będzie grał z nami dalej. I tak zostało. DAGADANAMIKO? Po prostu DAGADANA z silną bazą. "Kontrabazą".

W jakim języku dogadujesz się z Daną? Mówicie po polsku, po angielsku czy może po prostu rozumiecie się nawzajem, w końcu ukraiński jest chyba dość podobny do naszego?

Dana słyszała troszkę polską mowę w domu. Na warsztatach ISJA zaczęła się uczyć. Na Ukrainie, szczególnie zachodniej, w modzie było oglądanie Polsatu. A już totalnie powaliło mnie to, że koledzy ze Lwowa znają więcej cytatów z filmu "Chłopaki nie płaczą" niż ja. Z Daną zatem porozumiewamy się po polsku. Czasem po angielsku. Ale najbardziej kochamy nasze słowotwórstwo. Ukraiński to piękny język. Coraz więcej rozumiem, ale ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Kiedy zaśpiewałam na jammie w ramach niespodzianki ukraińską piosenkę solo, koleżanki miały niezły ubaw, bo powiedziały mi, że to chyba był język mongolski... Cały czas się zbieram, aby zacząć się uczyć ukraińskiego. Jestem już z pokolenia nieznających rosyjskiego i jednak cyrylica mnie przerasta.

Na opakowaniu możemy również wyczytać, że udzielasz się na płycie nie tylko wokalnie, ale bawisz się również szeroko pojętą elektroniką. Możesz dokładniej powiedzieć, czym takim dokładniej się zajmujesz?

Odetnij wokal Dany, klawisze i kontrabas. Reszta to po prostu wynik dłubania z prądem i obwiedniami, względnie z samplerem. Interesuje mnie przetwarzanie głosu, zapętlenie na żywo, tworzenie przestrzeni elektronicznych poprzez nakładanie na siebie na raz bardzo różnych efektów. Należy podkreślić, że płytka dostępna obecnie jako "Wygadana" to nagranie na tzw. setkę, czyli na żywo na raz w studio. Chodzi o trans. Dla mnie granie elektroniki połączonej z wmiksowywaniem w nią wokalu, to najczystsza postać transu w jaki wchodzi się powoli. Kocham ten stan. Przede wszystkim to jest zabawa. Niesamowity flow. Do tego dochodzi na scenie granie na dziecięcych przeszkadzajkach i zabawkach. Dzieciaki, które są w nas ożywają i pokazują swoje pazurki.

Jaki wyniósł nakład "Wygadanej"? W jaki sposób promujecie swój album?

Nakład to 1000 sztuk. Zależy nam na tym, aby ludzie przepalali sobie płytę. Wychodzimy z założenia, że to jest EP-ka. Kto nas szanuje, kupi płytę jak już będzie wydana. Przy sprzyjających wiatrach przed wakacjami jest szansa, że zostanie nagrana i trafi na półki sklepowe. Wracając do promocji, w naszym przypadku sprawdza się portal myspace.com i tzw. marketing szeptany.

Następne pytanie wiąże się z tym, co przed chwilą powiedziałaś. Jakie są plany zespołu na przyszłość? Kolejna epka, longplay, a może nawet atak na Empiki?

Zdecydowanie atak. Skoro tysiące kilometrów nic dla nas nie znaczą, dopniemy swego. Materiał na półtora longlplaya jest gotowy. Zaczniemy zatem od jednego. Pojawi się szczypta gości. Plany są już na drugi krążek - wtedy będzie ich zdecydowanie więcej. Na pierwszej płycie musimy pokazać kim jesteśmy, a nie podpierać się nazwiskami. Nazwiska zatem będą miały tutaj tylko micro partie do zagrania. Producentem płyty będzie Marcin Pospieszalski. Reszty nazwisk nie zdradzam. Niech to będzie słodki dodatek. Krążek będzie promowany w Polsce i na Ukrainie.

Oprócz zespołu DAGADANA współtworzysz również formację DEGRADAZIA. Mogłabyś nieco przybliżyć czytelnikom ten projekt?

To zupełnie inna, całkiem nowa bajka. Na razie zagraliśmy pierwszy koncert wspólnie. Jest to projekt, w którym chcę się po prostu wyżyć. Obecne nagrania na myspace są po prostu grzeczne. Na koncercie pokazaliśmy pazurki i nie zamierzamy na tym poprzestawać. Ma być ostro i transowo. Kawałki są długie i towarzyszą im wizualizacje. W tym projekcie chcę łamać swoje podejście do śpiewania. Widzę, że otwieram się na nowe przestrzenie, które wcześniej istniały jedynie w nocy podczas szaleńczej jazdy moim samochodem. Ma tutaj następować DEGRADAZIA. Powoli, ale odkrywamy swoje brzmienie. Wojtek Grabek na elektrycznych skrzypcach, kaoss padzie i electribe. No i ja na wokalu i z dużą dawką elektroniki.

Warto też wspomnieć o zupełnie odmiennych 2 projektach, nad którymi teraz pracuję. Pierwszy to LISTONOSZ. Zespół składa się z muzyków z takich formacji jak POTTY UMBRELLA, czy OSTATNIE TAKIE TRIO. Jest to więc scena bydgoska, do której powracam po rocznej przerwie. Nie będę zdradzać, co przygotowujemy, ale mogę powiedzieć, że nazwa płyty to "Adresat Nieznany". Drugi projekt to jeszcze nie posiadający nazwy skład, z którym próbujemy w Bochni pod Krakowem. Jak na razie próby odbywają się okazyjnie, ponieważ perkusista studiuje w Londynie, ale w czerwcu ruszamy ostro do pracy. Będzie to najbardziej popowy z wszystkich projektów, w których gram. Od czasu do czasu występuję też solo. Ostatnio nawiązałam artystyczną współpracę z bydgoską malarką Martą Filipiak. Razem tworzymy performance, który jest wprowadzeniem do wernisażu prac Marty oraz innych artystów. Za nami wystawa w Białymstoku w Galerii Spodki. W planach mamy kilka wernisaży w Polsce, a potem w Kanadzie. Ta współpraca jest dla mnie wyjątkowo cenna. Łączenie różnych sfer sztuki to kolejne nowe doświadczenia, które wymagają ode mnie poszukiwań innej swojej odsłony.

Wojtka Grabka poznałaś również na międzynarodowych warsztatach jazzowych?

Nie. Wprost przeciwnie. Po wielu przygodach w PKP zapragnęłam współpracować z kimś z mojego miasta Poznania. Na Wojtka natrafiłam na myspace. Zaproponowałam współpracę. Pół roku się zbieraliśmy na spotkanie mimo, że mieszkamy od siebie 15 minut drogi autem.

Jak to się stało, że zostałaś managerem Afro Kolektywu? Trafiłaś do muzyków poprzez zwykłe ogłoszenie, czy w jakiś w innych sposób?

Zorganizowałam im koncert w Poznaniu. Zajmowałam się sprowadzaniem do Poznania składów offowych, czasami największych freeków. Chciałam udowodnić właścicielowi klubu, że na niszową muzykę też może przybyć dużo osób. Moim marzeniem było sprowadzać do mojego miasta składy, które uwielbiam, a które nigdy się w tym mieście nie pojawiły. Była to na początku walka z wiatrakami, ale nie zrażało mnie to. Wiedziałam, że to jest moje hobby. Przy okazji zawiązały się muzyczne przyjaźnie. A na Afro Kolektyw przyszło ponad 300 osób. Chłopaki od razu zaproponowali mi bym się nimi zajęła. Ja odmówiłam. Ważniejszy był garb na placach w postaci nienapisanej magisterki. To była trauma, którą trzeba było zwalczyć. Do tematu powróciłam sama. Zadzwoniłam do Michała - Afrojaxa. Spytałam, czy propozycja jest aktualna. I tak chłopaki powierzyli mi siebie w moje ręce. Ot, historia Dagi, która zrezygnowała z możliwości zarabiania kokosów w branży geoinformatycznej na rzecz muzyki i jej promowania. Trzeba powiedzieć, że gdyby nie rodzina, pewnie jednak wybrałabym opcję "Warszawa - 12 tys. miesięcznie w dużej korporacji". I umarłabym z nieszczęścia albo zostałabym świetnym geoinformatykiem. Chyba jednak byłabym bogatym, smutnym człowiekiem.

Czy w związku z tym, że jesteś managerem Afro Kolektywu mogłabyś zdradzić nam najbliższe plany zespołu? Jakieś koncerty, nowe single i teledyski promujące „Połącz Kropki”, a może nawet prace nad kolejną płytą?

Mogę zdradzić, to że zespół będzie coraz więcej koncertował. Zainteresowanie jest spore. Są plany i na Gorzów. Wszelkie szczegóły znajdują się na www.myspace.com/afrokolektyw. Afro Kolektyw przede wszystkim jest konsekwentny w swoich działaniach, uparty i sunący do przodu. Jeśli będzie się komuś wydawało, że chłopaki odpoczywają, to jest to tylko cisza przed burzą, bo Afro odpala po kolei kolejne torpedy, a ma ich w zanadrzu cały arsenał. Będzie więc wybuchowo!

Jak zainteresowani doskonale wiedzą, na „Połącz Kropki” Afro Kolektywu w jednym z utworów pojawić miał się szczeciński raper Łona. Ostatecznie jednak się nie dograł i jego miejsce zajęła Twoja znajoma, wielokrotnie wspominana tu Dana Vynnytska. Czy Ukrainkę było trzeba długo namawiać do nagrania – bądź co bądź – hip-hopowego numeru?

To był jej pierwszy rap. Napisała tekst w chwilę. Trzy "tejki" i po sprawie. Chłopaki byli pod wrażeniem. I tak DAGADANA też po części pojawia się w Afro. Czas na rewanż. No, ale to ma być niespodzianka.

Gdzie szukasz inspiracji tworząc swoją muzykę?

Na inspirację przede wszystkim składają się doświadczenia z życia wzięte. Miłość, porażki, sukcesy. Może powiem, kto wywarł na mnie największy wpływ. Voo Voo, Baaba, Molly Johnson, muzyka improwizowana. Z elektroniki bardzo podoba mi się podejście do sprawy Cassiusa, naszego polskiego Excessive Machine - chłopaki wymiatają producencko. Dalej nie można zapomnieś Mujaji, Django Bates, niektóre produkcje DJ Vadima, Jamie Lidell, Benny Sings. W Polsce warto zaciekawić się jeszcze lekkością Loco Star, wirtuozerią DJ Krime'a, przestrzeniami jakie generuje Snowman i konsekwencją Kasi Nosowskiej. Bawić mnie będą zawsze Blendersi. A kocham oczywiście Afro Kolektyw. Nie jestem ich managerem tylko dlatego, że są fajnymi facetami. Skądś się to bierze. Genialne teksty Afrojaxa (Michał dostał niedawno zasłużoną Miazgę od miesięcznika Pulp za najlepsze teksty 2008 roku), to coś, co nie raz wyprowadza mnie ze złego humoru. Do tego genialna muzyka.

Kontynuując temat inspiracji niemożliwe pokłady energii czerpię z solowych koncertów Marcina Maseckiego. To samo tyczy się występów Tomka Dudy, czy to w Saksoforcie, czy w innych projektach, czy kiedy gra solo. Są to pewnego rodzaju mistyczne uniesienia. Człowiek wpada w trans i cieszy się, że jest we właściwym miejscu i o właściwej porze tu i teraz. Uwielbiam słuchać muzyki szpiegowskiej, muzyki filmowej. Mistrzostwo świata dla Davida Holmesa. Mogę słuchać godzinami. Genialną dyskografię Steve'a Reicha pożeram, gdy się chcę odstresować. Polecam filmowe akcje okolic Voo Voo. Najwspanialsza płyta na świecie „Seszele” z Bogusławem Lindą recytującym puentę filmu. Najcudowniej słucha się jej na winylu. Znakomita muzyka - niestety nie wydana - do filmu „Trzeci”. Z Polskich wspaniałych projektów zahaczających o muzykę world/folk cenię Alamut, Tołhaje i Żywiołaka. Troszkę chaotycznie podałam wszystkie nazwiska i składy, ale też tak chaotycznie ich słucham. Na koniec muszę powiedzieć, że świat byłby uboższy bez "Akademii Pana Kleksa", Kabaretu Starszych Panów no i całej serii "Z Archiwum X".

Dziękuję za udzielenie wywiadu. Chciałbyś coś jeszcze dodać na koniec?

"Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic".

piątek, 23 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - TOP 6!

Czołowa szóstka to dwie płyty polskie, dwie zagraniczne i – tu pewne kuriozum – dwie ani rodzime, ani auslanderskie. Dwie z podziemia. Jedna oparta na filmie, jedna w klimatach reggae, a jeszcze jedna w dość imprezowym nastroju. Lecz tylko jedna z nich jest numerem jeden. Tamtararam!

06. Jimson – Gorączka w parku igieł
Jedna z pierwszych premier w 2008 roku i od razu genialna produkcja. Koncept epka oparta na wyśmienitym filmie "Natural Born Killers". Jimson idealnie wpasował się w mroczny, trochę psychodeliczny klimat obrazu Olivera Stone’a. Pewne kontrowersje zapewne budzi długość epki. Niektórzy źle odbiorą również dwa utwory, w których studiujący w Szczecinie raper atakuje co najmniej połowę polskiej sceny hip-hopowej. Dostaje się głównie VNM-owi i Smarkowi. No i jeszcze gorzowskim drzewom się trochę oberwało. Wszystkie te ataki traktuję z dużym dystansem. Ważne, że Jimson spisał się naprawdę rewelacyjnie. I ten klimat rodem z "Urodzonych Morderców"...

05. The Let Go – Tomorrow Handles That
Jedna z niespodzianek, które poznałem pod koniec ubiegłego roku. A szkoda, bo mam wrażenie, że jeszcze bardziej bym się nią zajarał latem. W tym przekonaniu utwierdza mnie przede wszystkim optymistyczny nastrój płyty, duża ilość śpiewanych refrenów oraz bity na soulowych i funkowych samplach. Patrząc na to zestawienie, można stwierdzić, że w tym roku absolutnie w USA zarządziły składy z Seattle – najpierw Common Market, a potem The Let Go. Prawda jest jednak taka, że największe miasto ze stanu Waszyngton wygrało chyba tylko w moim, prywatnym rankingu. Niemniej "Tommorow Handles That" to prawdziwy powiew świeżości, który znany powinien być dosłownie każdemu.

04. Afro Kolektyw – Połącz Kropki
Afro Kolektyw mnie bardzo, ale to bardzo zaskoczył. Wprawdzie spodziewałem się dobrej płyty, lecz nie miałem pojęcia, że Afrojax i spółka przygotują taką rewelację. Można pokusić się o stwierdzenie, że brzmienie jakie zaserwował nam zespół, to daleko posunięta ewolucja tego, co muzycy zaprezentowali jeszcze na "Płycie Pilśniowej". Na "Połącz Kropki" powiększyło się instrumentarium – głównie o instrumenty smyczkowe, które tak fenomenalnie spisały się w "Ostatecznym rozwiązaniu naszej kwestii". Poza tym, genialne, ironiczne i przezabawne teksty napisał Afrojax – polska, hip-hopowa płyta roku.

03. Gera Morales i Dubska – Dubska Divison
O tej kolaboracji usłyszałem przy okazji gorzowskiego Reggae nad Wartą. Wspólnym występem Gerberta Moralesa z Jah Division oraz zespołu Dubska byłem tak zachwycony, że natychmiast zacząłem poszukiwania płyty. Kiedy ją wreszcie znalazłem, nie zawiodłem się. Gera jak nikt inny w tej części Europy potrafi przekazać pozytywną energię samym swoim śpiewem. Od Moralesa aż bije optymizm i autentyczność. Album zawiera kilka nowych utworów oraz parę starych piosenek znanych z repertuaru Jah Division, acz w nieco innych aranżacjach. Fajnym pomysłem było dodanie do wydawnictwa filmu dokumentalnego, będącego swoistą relacją z pobytu jednego z ojców rosyjskiego reggae w Polsce.

02. Looptroop Rockers – Good Things
Wstyd się przyznać, ale dopiero dzięki „Good Things” poznałem szwedzki Looptroop. Wprawdzie podzielam opinię, jakoby to nowa płyta była gorsza od dwóch poprzednich, lecz nie zmienia to faktu, że jest to naprawdę wyśmienity krążek. Mniej trueschoolowy od poprzednich dokonań Promoe, Embee i spółki, ale za to bardziej bujający. Nic dziwnego, w końcu „Good Things” wypełnione jest bangerami po brzegi. Najbardziej do ruchu pobudzają dwa single – „The Building” oraz czerpiące garściami z house’u „Naive”. Mnie do gustu przypadło jeszcze kończące album „Puzzle”. Utwór kojarzy mi się z finiszem świetnej imprezy, kiedy to uczestnikom zabawy zaczyna już brakować sił i zaczynają powoli rozmyślać o powrocie do domu. „Good Things” = MIAZGA.

01. The Jonesz – Season One
W Japonii wydane w 2007, do Polski – za sprawą Asfalt Records – trafiło dopiero w 2008. „Season One” niemal w całości wyprodukował urodzony w naszym kraju producent. Patr00 na co dzień mieszka jednak w kanadyjskim Montrealu, gdzie poznał Jessie Maxwella. Razem z nim założył duet The Jonesz. Debiutancki album grupy, to przede wszystkim genialne bity patr00 – dla mnie jest to obecnie jeden z najlepszych polskich producentów na scenie. Co ważne, Jessie Maxwell również spisał się znakomicie. Nie tylko ma całkiem fajne teksty, ale również posiada naprawdę spore umiejętności. „Season One” znalazło się na najwyższej pozycji również dlatego, że nie schodziło z mojej playlisty przez naprawdę długi okres. Poza tym, album został naprawdę pięknie wydany - wykorzystano digipack najwyższej jakości, który stylistyką nieco przypomina mi opakowania od winyli. W 2008 roku to właśnie The Jonesz było numerem jeden.

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

czwartek, 22 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 12-7

Miejsca 12-7 przypadły w głównej mierze debiutantom. Jest zbrodniarz od wielu morderstw. Jest duet, co jeszcze grubo ponad rok temu pytał, czy ich znamy, a w październiku wydał już swój pierwszy legal. Jest też łodzianin, który pierwszą swoją mainstreamową płytę nagrał na dziesięciolecie działalności. Są wreszcie reprezentanci Lublina – ci od dobrej muzyki i ładnego życia. Poza tym pomiędzy 12. a 7. pozycją znajdziecie mieszkającą w Niemczech Nigeryjkę oraz najlepszy rap oparty na gitarowych riffach w Polsce.

12. Bonus/Matek – Wspomnienia z domu umarłych
Kolejna podziemna produkcja, która wywołała spore zamieszanie w moim „muzycznym życiu”. Bonus wraz z Matkiem nagrali koncept album jak na Polskę bardzo oryginalny. Tematyka wszystkich utworów kręci się wokół – a to ci heca – zabijania. Samobójstwo, masakra w szkole, morderstwo na zlecenie – to wszystko się na „Wspomnieniach z domu umarłych” znalazło. Sugestywne teksty Bonusa uzupełniane są przez mroczne, znakomicie dopasowane do klimatu krążka bity Matka. Materiał obowiązkowy dla osób, narzekających na brak świeżości w polskim rapie. Ostatnio przeprowadziłem z Bonusem wywiad.

11. Raca/Stona/DJ Ike – Samotność, Wolność, Pasja
Tak wysoka pozycja legalnego debiutu Racy pewnie spotka się ze sporą krytyką hejterów, którzy zarzucają mi swoiste podlizywanie się raperowi z Olecka, ale nic nie poradzę na to, że „Samotność, Wolność, Pasja” podoba mi się o wiele bardziej od chociażby takiego „Ja tu tylko sprzątam”. Na longplayu znalazło się parę naprawdę pomysłowych tracków (mam tu w głównej mierze na myśli „Rewers”, „Gdy Cię Znajdę” oraz „Samotność”). Dobrze spisali się również goście – m.in. W.E.N.A., Ras Luta oraz – przede wszystkim – Duże Pe. Z Racą również był swego czasu wywiad.

10. Bakflip – 12 Nędznych Ludzi
W 2007 roku rock z rapem łączyło rewelacyjne Sekaku, w 2008 do głosu powrócił Bakflip, czyli Janek Gajdowicz z łódzkiego składu Afront oraz swoisty człowiek renesansu w dziedzinie muzyki, niejaki Marek Dulewicz. „12 Nędznych Ludzi” to bez wątpienia album znacznie przewyższający wydane 2 lata wcześniej „Ke Ke Ke”. Podobać się może nie tylko ostre, gitarowe granie, ale również warstwa liryczna. W swoich tekstach Janek Gajdowicz wylicza najbardziej denerwujące go wady ludzkie, czasem zdarza mu się też zahaczyć o tematy około-polityczne jak chociażby w rewelacyjnym „Szahidzie”.

09. Nneka – No Longer at Ease
Mieszkająca obecnie w Niemczech Nigeryjka nagrała w 2008 roku hit „Heartbeat”, oparty – jak sama nazwa wskazuje – na podkładzie imitującym bicie serca. Jak się jednak okazało cała płyta „No Longer at Ease” to naprawdę fenomenalna robota. Nneka posiada rewelacyjny głos, który potrafi – w razie czego – całkiem dobrze modulować. Dzięki temu może spokojnie balansować pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi – od soulu, przez reggae, aż po rap. Wszystko polane dźwiękami kojarzącymi się z Afryką. Mistrzostwo świata!

08. Rasmentalism – Dobra muzyka ładne życie
Jedna z dwóch najlepszych podziemnych produkcji z 2008 roku. Genialne bity zapodał Ment, świetnie na nich popłynął Ras. Na „Dobra muzyka ładne życie” znajdziemy zarówno luźniejsze utwory, jak i te poważniejsze. W powstaniu płyty swój wkład mieli m.in. PeeRZet, Jot, Rebels of the Grain oraz trio beatbokserskie Al-Fatnujah. Takie numery jak „Pierwszy i ostatni raz”, „Nie słuchasz”, „Bez zmian Panie Waglewski”, „Kupuj polskie rap płyty” czy „Linia ognia” opanowały moją foobarową playlistę na bardzo długo. Mógłbym słuchać tego w kółko. Z niecierpliwością czekam na „Duże Rzeczy”.

07. Zeus – Co nie ma sobie równych
Po „Co nie ma sobie równych” szczerze mówiąc nie spodziewałem się za wiele. Zeus nigdy nie kojarzył mi się z żadnym super raperem, a właściwie – mówiąc szczerze – brałem go raczej za mocno przeciętnego MC. Łodzianin przygotował jednak drugą – obok „Seansu Spirytystycznego” – najszczerszą i najbardziej autentyczną płytę w 2008 roku. Proste linijki, brak jakichś wielkich umiejętności. Mimo wszystko, trudno się legalnym debiutem Zeusa nie zajarać. Może to przez naprawdę dobre bity? Ciężko powiedzieć. Świetny album, który kręcił się w odtwarzaczu bardzo długo.

Ostateczne rozwiązanie naszej kwestii już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

środa, 21 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 18-13

Miejsca 18-13 przypadły w większości reprezentantom Asfalt Records. W tym gronie znalazł się raper-cyborg, dwaj dorośli chłopcy wspominający modę na heavy metal, redaktor CD-Action oraz jedyny Polak, który rozmawiał przez telefon z samym Bogiem. Oprócz tego mamy zdobywcę nagrody „Najbardziej szczery i autentyczny w 2008” oraz tych samych, dwóch panów, których wymieniłem dosłownie przed chwilą. Tym razem jednak zagrali oni z tatą, co ma zespół o nieco krótszej nazwie od skrótu wyrażenia World Wide Web.

18. Medium – Seans Spirytystyczny
Jedna z większych, tegorocznych niespodzianek. O kielczaninie nikt wcześniej nie słyszał, a tu proszę, powstaje album, który wręcz poraża szczerością oraz ogromnym wkładem pracy i serca. Wprawdzie cierpi na tym czasem technika, a niektóre polityczne wersy są trochę populistyczne (acz nie można odmówić im autentyzmu), jednak nie zmienia to ostatecznej, wysokiej oceny płyty. Swoją drogą, jakiś czas temu przeprowadziłem wywiad z Medium, dotyczący w głównej mierze jego debiutanckiej płyty.

17. Waglewski Fisz Emade – Męska Muzyka
Rodzinna płyta klanu Waglewskich. Współpracowali ze sobą raper, producent hip-hopowy oraz wokalista i gitarzysta w jednej osobie, posiadający powalający staż na polskiej scenie muzycznej. „Męska Muzyka” to przede wszystkim świetne, zahaczające o country, blues i klimaty softrockowe, akustyczne i – zarazem – minimalistyczne granie. Do tego znakomite teksty Wojtka Waglewskiego oraz jego syna, Fisza. Nie wiem dokładnie czemu, ale wydaję mi się, że jest to tak właściwie album dla każdego.

16. Magierski/Tymon – Oddycham Smogiem
W 2008 roku do gry powrócił Tymon, autor hitu „Oto ja” oraz jednego z najsłynniejszych dissów w historii polskiego rapu. Swego czasu dziennikarz kultowego „Klanu”, obecnie pisze dla „CD-Action” oraz „Clicka!”, którego zresztą jest redaktorem naczelnym. „Oddycham Smogiem” to również mistrzowska metamorfoza Magiery, który przygotował całkiem inne niż na wszystkich trzech „Kodeksach” bity. Świetnie wydane. I jeszcze ta rewelacyjna okładka. Byłoby wyżej, gdyby album był nieco dłuższy.

15. O.S.T.R. – Ja tu tylko sprzątam
Wielu z Was tak niska pozycja dziewiątej płyty Ostrego może dziwić. W końcu „Ja tu tylko sprzątam” to bądź co bądź płyta świetna, sam się nie zresztą przez długi czas mocno jarałem. Pozwoliłem sobie jednak ostatnio album łodzianina przypomnieć. Wrażenia moje były już o wiele słabsze niż cały miesiąc (jak nie dwa) po premierze krążka. Bity wciąż są wprawdzie rewelacyjnie, ale pewna monotematyczność w tekstach Ostrowskiego jednak jest zauważalna. Ponadto, styl reprezentanta Asfalt Records tak jakby trochę mi się przejadł. Szkoda, że singiel, zwiastujący kolejny krążek najpopularniejszego rapera w Polsce, nie zapowiada żadnej zmiany w tym temacie.

14. Łona i Webber – Insert EP
Epka, której tak na dobrą sprawę nikt się nie spodziewał. W końcu wcześniej Łona trzymał się trzyletnich odstępów między płytami. „Insert” zadowala pod każdym względem – Webber jak zwykle wysmażył ciekawe bity, zaś Adam Zieliński zdaje się być jakby nieco weselszy niż na wydanym nieco ponad rok wcześniej „Absurd i nonsens”. Co więcej, wreszcie u mieszkańców Szczecina pojawili się goście. W genialnym „Świat jest pełen filozofów” swój storytelling opowiedział Smarki, natomiast w „Co to będzie?” słyszymy Paco, z którym Łona swego czasu nagrywał w grupie Wiele CT.

13. Fisz Emade – Heavi Metal
Bracia Waglewscy zaskoczyli mnie w 2008 roku dwukrotnie. Najpierw nagrali wraz z ojcem nieco inną od poprzednich dokonań „Męską Muzykę”, potem zaatakowali swoją własną, utrzymaną w hip-hopowych klimatach płytą pt. „Heavi metal”. Do gustu przypadły mi przede wszystkim bity Emade. Piotr Waglewski często korzysta na nowej płycie z prawdziwej, klasycznej perkusji, czym zyskał moją ogromną sympatię. Fisz jakby nieco gorzej niż kiedyś, nie ma już tego błysku, co na początku kariery. Inna sprawa, że nadal potrafi serwować ciekawe historie, a nawet… braggadocio, które jest jednak utrzymane w typowej dla Bartka Waglewskiego, niekoniecznie prostej, formie.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

wtorek, 20 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 24-19

Pomiędzy 24. a 19. pozycją znalazły się aż trzy zagraniczne tytuły. Dwa ze Stanów, jeden z Czech. Na płycie od Pepików jest jednak tyle przedstawicieli sceny zza oceanu, że jest ona wręcz bardziej amerykańska niż czeska. Co poza tym? Polak śpiewający z duńskim akcentem, rap ocierający się o jazz wprost z Wrocławia oraz opanowany prze mrok gdański MC, stały bywalec teatru niemych lalek.

24. Roszja i Lu – Przez Ścianę
Materiał wydany na winylu jeszcze w 2007 roku, lecz do szerszego grona słuchaczy – za sprawą Internetu – trafił dopiero w 2008. Roszja i Lu swego czasu tworzyli wrocławski Sfond Sqnksa, czyli grupę z powodzeniem mieszającą rap z funkiem. Teraz porzucają jednak ulubione brzmienie George'a Clintona i przenoszą swoją twórczość w bardziej jazzowe klimaty. Dodajmy, że cała ta operacja wyszła naprawdę bardzo dobrze. Jedynym minusem jest długość albumu. „Przez Ścianę” to tylko epka, a chciałoby się jakiś album długogrający od tego duetu.

23. Common Market – Tobacco Road
Album utrzymany w podobnym klimacie, co docenione przy okazji podsumowania 2007 roku „Bayani” Blue Scholars. Nic dziwnego, w końcu Tobacco Road wyszło spod dłuta tego samego producenta. Warto zaznaczyć, że Sabzi – Irańczyk z pochodzenia, to nie tylko wyśmienity bitmejker, ale również pianista jazzowy, co wyraźnie odbija się na brzmieniu albumu. Pod jego podkłady nawinął RA Scion – raper o porównywalnych umiejętnościach, co Geologic z przywoływanego przed chwilą Blue Scholars. Jazz-hop na najwyższym poziomie.

22. eMC – The Show
Kolejna, nie ostatnia, zagraniczna produkcja w zestawieniu. Amerykańskie eMC przykuło uwagę prawie każdego wielbiciela rapu, zwłaszcza jeśli ktoś gustuje w produkcjach zza oceanu. Nic dziwnego, w końcu grupę nie tworzą anonimowi ludzie. „The Show” przypadało mi do gustu stopniowo – pierw zajarałem się numerem „Winds of Change”, następnie utworami „U Let Me Grow” i „Make It Belter”. Później wszystko poszło już z górki. 22. pozycja jak najbardziej zasłużona.

21. Czesław Śpiewa – Debiut
Jedna z nielicznych pozycji w zestawieniu, reprezentujących inny gatunek muzyczny niż rap. Ponadto, jest to jedna z tych ambitniejszych produkcji, którą z wielką chęcią połykają masy. Spowodował to charakterystyczny akcent i głos Czesława Mozila w połączeniu z zabawnymi tekstami napisanymi przez internautów oraz z dość niecodziennym i rzadko spotykanym brzmieniem. Przyszłość pokaże, czy był to jednorazowy wyskok mieszkającego w Danii Polaka, czy może tylko preludium do jakiejś większej kariery.

20. Skor – W teatrze niemych lalek
Jedna z większych, ubiegłorocznych niespodzianek. Trzecia solówka Skora poraża mrocznym do szpiku kości klimatem. Przy okazji tego podsumowania, pragnę dopuścić się sprostowania pewnej nieścisłości jaka pojawiła się w mojej recenzji. Otóż materiał nie został wyprodukowany przez Skora, a przez Shadowville. Trzeba zaznaczyć, że bity znakomicie oddają klimat krążka. Nastroju trzyma się też sam raper, nagrywający – nawiasem mówiąc – w Gdańsku. Jego flow, głos oraz dykcja idealnie dopasowują się do tematyki albumu.

19. DJ Wich – The Golden Touch
Płyta, która udowodniła, że również w Europie Środkowo-Wschodniej można nagrywać producenckie płyty z gościnnymi występami największych tuzów amerykańskiej sceny. Lil’ Wayne, Talib Kweli, Little Brother, M.O.P., Rasco – ci wykonawcy robią spore wrażenie, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że DJ Wich jest Czechem. Co więcej, producent zza południowej granicy przygotował naprawdę kozackie bity, które bujają aż miło. Czego chcieć więcej?

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - miejsca 30-25

Płyty ulokowane między 30. a 25. miejscem to zarówno zawody, niespodzianki, jak i materiały dosłownie znikąd oraz twory niedocenione. Jeden polski raper z najwyższej półki, jeden światowej klasy producent, jeden zespół punkrockowy, który na najnowszej płycie z punk rockiem nic wspólnego już nie ma. Mówiąc prościej, jest ciekawie!

30. Pih – Kwiaty Zła
Jedynym czynnikiem powodującym, że jako tako wyczekiwałem „Kwiatów Zła” był featuring Brudnych Serc. Okazało się jednak, że Pih nie jest takim złym raperem. Zwłaszcza, jeśli już przyzwyczaimy się do jego nietypowej barwy głosu i jeszcze bardziej oryginalnego sposobu jego wydobywania. Liryzm na wysokim poziomie przeplatany jest tu niestety ze słabymi, często wręcz zabawnymi wersami. Miejsce w czołowej „trzydziestce” się jednak jak najbardziej należy.

29. KSU – Akustycznie
Album, dzięki któremu poznałem twórczość bieszczadzkiego KSU. Siczka i spółka przygotowali krążek mniej ostry od poprzednich, co zresztą nie dziwi, w końcu taka już specyfika płyt nagrywanych „bez prądu”. Akustyczna wersja piosenki „Jabol punk” to prawdziwy majstersztyk. Pozostałe utwory w większości przypadków wypadły gorzej niż w oryginale, choć takie „Moje Bieszczady”, mimo utraty swojej – nazwijmy to – „punkowości”, zyskały klimat idealnie pasujący do charakterystycznego nastroju gór z południowo-wschodniej Polski.

28. Emil Blef – Mam taką twarz, że ludzie mi ufają… Biling
Krążek przeze mnie początkowo niedoceniony, co niestety odbiło się na dość krytycznej recenzji. Z czasem jednak zacząłem dostrzegać, że Emil Blef całkiem fajnie to sobie wszystko wymyślił. Można zarzucać, że śpiewane refreny, że na dłuższą metę nudzi, ale obiektywnie rzecz ujmując, członek składu Flexxip przygotował jeden z najbardziej ambitnych, ubiegłorocznych albumów w polskim rapie. A przecież takich pozycji wciąż jest chyba na rynku za mało, prawda?

27. Abradab – Ostatni Poziom Kontroli
Płyta po której w sumie nie oczekiwałem za wiele. Początkowo „Ostatnio Poziom Kontroli” nie przypadł mi za bardzo do gustu, lecz z czasem zacząłem doceniać luźny klimat przeplatany tu i ówdzie mocniejszymi, dosadniejszymi i poważniejszymi wersami. O dziwo, w końcu nawet wycie Gutka przestało mi przeszkadzać. Jeśli już przy gościach jesteśmy, to wypada wspomnieć o Marice, która w numerze „Szukam Cię pod swój rytm” spisała się więcej niż rewelacyjnie.

26. Nicolay & Kay – TIME:LINE
Pierwsza zagraniczna produkcja w zestawieniu. Nicolay to uznany, holenderski bitmejker, członek chwalonego Foreign Exchange. Pod jego mistrzowskie podkłady tym razem nawinął Kay, czyli raczej mało znany, amerykański raper. Efektem tej współpracy jest „TIME:LINE”, tj. album z co najmniej dwoma hitami. Mam tu na myśli szybko wpadające w ucho „When You Die” oraz bujające „The Gunshot”. Szkoda, że wydanie krążka raczej nie powala. Wolałbym mieć „TIME:LINE” w gustownym digipacku, a nie w atakującym zwykłością plastikowym pudełku.

25. Eldo – Nie pytaj o Nią
Piątej solówki warszawskiego rapera nie wyczekiwałem. Głównie przez to „Nie pytaj o Nią” się nie zawiodłem. Gdybym oczekiwał czegoś pokroju „Eternii” bądź „27” to podejrzewam, że do dziś nie mógłbym się pogodzić z tym, co przygotował Eldoka. Dominują nowoczesne bity wymieszane z produkcjami opartymi na tkliwym brzmieniu pianina. Pod względem lirycznym mamy do czynienia z bardziej poważniejszymi tematami. Wyraziste wersy są wprawdzie w większości, lecz zdarzają się na płycie zwrotki, które mnie po prostu nudzą. „Nie pytaj o Nią” to dobra płyta, w zestawieniu nie mogło jej zabraknąć. Nie jest to jednak ten sam Eldo co parę lat wcześniej, dlatego też ulokowałem go na tak niskiej pozycji.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]

niedziela, 18 stycznia 2009

Najlepsze albumy 2008 roku - wyróżnienia

2008 rok pod względem muzycznym był naprawdę bardzo dobrym, mocnym okresem. W polskim rapie wychodziły zarówno świetne płyty starych wyjadaczy (a nawet swoistych dinozaurów rodzimej sceny), jak i wręcz szokujących debiutantów. Za granicą również się działo, czego dowodzą czołowe pozycje na liście. Innych gatunków starałem się nie zaniedbywać, aczkolwiek polskie reggae w 2008 roku przynosiło mi głównie same zmartwienia. Ranking najlepszych albumów składać się będzie z sześciu części, na które składać będzie się 30 miejsc oraz wyróżnienia.

Chciałbym jeszcze wyraźnie zaznaczyć, że ranking niekoniecznie oddaje wyższość jednej płyty nad drugą. Pozycja ulokowana np. na 27. miejscu, wcale nie musi być gorsza od tej z 23. Na ostateczną ocenę wpływ miała wprawdzie głównie jakość, lecz ważne dla mnie było również spełnienie oczekiwań (co nie udało się paru artystom), odbiór danego krążka po czasie (tu najwięcej stracił Ostry) oraz ew. powiew świeżości, który można odnaleźć szczególnie w niektórych tytułach ulokowanych w samym czubie zestawienia. Przejdźmy do wyróżnień:

El Da Sensei & Returners – Global Takeover: The Beginning

Na początku 2008 roku prorokowałem, że może być to najlepszy album jaki wyjdzie pod szyldem polskiej wytwórni. Jeszcze przed premierą wiedziałem, że tak niestety jednak nie będzie. Mimo tego, krążek warto wyróżnić ze względu na to, że wreszcie polscy producenci w całości wyprodukowali płytę uznanemu raperowi ze Stanów. A przecież przyszłość ma dostarczać takich wydawnictw więcej.

Lilu – La
Choć zawiodłem się strasznie, to w podsumowaniu minionego roku „La” pojawić się musiało. Najlepsza polska raperka wreszcie wydała legalny album – posiada on swoje wzloty i upadki. Swego czasu trochę się go nasłuchałem. Głównie z uwagi na naprawdę pierwszoligowe featuringi. Rahim, Łona, Smarki, Wankej i – przede wszystkim – Finker.

Marika – Plenty
Marta Zarębska to obecnie pierwsza dama polskiego reggae, choć swoim debiutanckim krążkiem udowadnia, że chętnie miesza jamajski styl z innymi gatunkami muzyki. Tylko wyróżnienie ze względu na to, iż mimo wszystko „Plentów” za często nie słuchałem.

Molesta – Molesta + Kumple
Wprawdzie żadna rewelacja, lecz warto zwrócić uwagę na kilka featuringów (Ero!). Cieszy również to, że Vienio, Włodi i Pelson postanowili dorosnąć i wyjść z tematyki kręcącej się wokół osiedlowej ławki. Niektórym starym fanom to się pewnie nie spodobało, ale cóż, mentalności pewnej grupy ludzi się już nie zmieni.

Na pół etatu – Materiał Promocyjny
Pozytywne zaskoczenie pod sam koniec 2008 roku. Wprawdzie żadna rewelacja to nie jest, ale słucha się jej całkiem sympatycznie. Szczególnie numery „Zostaję tu” i „Socjologia” przypadły mi do gustu. Gościnnie m.in. W.E.N.A, VNM oraz – mniej znany, ale naprawdę dobry – Pivot.

Nosowska – Osiecka

Wiadomość o kolejnej płycie z piosenkami Agnieszki Osieckiej przyjąłem – mówiąc dyplomatycznie – ze sporym dystansem. Kasia Nosowska po raz kolejny udowodniła, ze śmiało można ją nazwać królową polskiej muzyki alternatywnej. Tylko wyróżnienie z prostego powodu – „Osiecką” potrafię słuchać raz na jakiś czas.

PeeRZet – Hipocentrum
Żeby się załapać do pierwszej trzydziestki nie wystarczyło nagrać kilkunastu numerów kręcących się wokół melanży, dziewczyn i braggadocio. „Hipocentrum” i PeeRZeta można jednak wyróżnić za dobre punche, głos, technikę oraz flow. Poza tym płyta wydaje się być lepsza od utrzymanej w podobnej tematyce „Muzyki Rozrywkowej” Pezeta.

Taki Jeden Krzysiek – Bezczelne Gówno EP

Inna płyta od wszystkich jakie wyszły w ubiegłym roku. Taki Jeden Krzysiek to autor jednych z zabawniejszych punchów. Płyta nagrana dla jaj, choć byłaby znacznie lepsza, gdyby wraz z humorystyczną treścią szła zjadliwa forma. Wielu osobom flow Krzyśka raczej nie przypadnie do gustu i może być ono poważną przeszkodą w polubieniu płyty.

Ciąg dalszy już jutro...

[wyróżnienia] [miejsca 30-25] [miejsca 24-19] [miejsca 18-13] [miejsca 12-7] [TOP 6]